Kopenhaga, miasto rowerów.

   Kopenhaga to nadzwyczaj przyjazne miasto. A tą „przyjazność” tworzą rowerzyści i wszędobylskie rowery. Wprowadzają do chłodnej Skandynawii, a nie chodzi mi wyłącznie o temperaturę powietrza, powiew ciepła. Ubrana w surową kamienną architekturę stolica Danii wydaje się przez bezpośredni kontakt z ludźmi pedałującymi z uśmiechem na twarzy bardziej bliska. Mieszkańców Kopenhagi widać. Nie są, jak w większości wielkich miast, zamknięci za chłodną maską przyciemnionej szyby samochodu. Można ich niemal dotknąć. I to jest naprawdę fajne. A ścieżka rowerowa wytyczona przez jeden z ogromnych cmentarzy pozostawiła mnie na długo z szeroko otwartymi ze zdumienia ustami. Ale po kolei…

   Hołdując moim ulubionym „filmom drogi” wybrałem do Kopenhagi, trochę w poprzek obecnym trendom maksymalnego skracania czasu dotarcia na wakacje, trasę lądową. Jeśli można tak powiedzieć o podróży, której znaczna część odbyła się na promie Skanlines. Wsiadłem na niego w powiewającym enerdowskim duchem Rostoku.

   Ogromny statek w czasie niemal dwugodzinnej podróży zapewnia wszelkie wygody. I atrakcje. Czas płynie szybko, szybciej nawet niż sam prom. Można tu na kilku poziomach pokładu dobrze zjeść, poczynając od samoobsługowego baru na restauracji oferującej wspaniałe owoce morza kończąc. Bezcłowe sklepy oferują w dobrych cenach  alkohole, kosmetyki czy pamiątki z Danii. Na miłośników marynistycznych krajobrazów czekają otwarte pokłady.

   Przejazd lokalnymi środkami lokomocji do Kopenhagi daje wyobrażenie o dwóch duńskich światach. Malowniczej prowincji i będącej jej przeciwieństwem kosmopolitycznej stolicy.

   Po krótkiej walce na dworcu głównym z automatami sprzedającymi bilety do podmiejskiej kolejki rozgościłem się w hotelu Scandic Sydhavnen, który jest klasycznym przykładem duńskiego design. Wszystko jest tu na wskroś lekkie, ekologiczne, jasne, funkcjonalne. A zaraz potem ruszyłem „na miasto”. W Kopenhadze w 125 oznaczonych miejscach odebrać możemy jeden z ponad dwóch tysięcy bezpłatnych rowerów. Wrzucamy kaucję w wysokości 20 DKK (10 PLN) i odbieramy ją przy zwrocie roweru. Proste. I jak tu nie skorzystać z takiej okazji…

   Zaczynając trasę spod głównego dworca nie sposób ominąć wielki plac koło miejskiego XIX-wiecznego Ratusza z charakterystyczną ekspresyjną Smoczą Fontanną z 1904 roku. Plac otoczony jest zabytkowymi budynkami jak eklektyczny Palace Hotel upstrzonymi setkami neonowych reklam, będącymi o zmroku nie lada atrakcją dla miłośników fotografii. Wpadam na chwilę do wnętrza ratusza, gdzie już na wejściu wzrok przyciąga potężny portal i grupa turystów oczekujących na możliwość wejścia na ratuszową wieżę (10 DKK, ok. 5 PLN). Gigantyczny, pełen wewnętrznych krużganków interior ratusza ozdobiony jest dziesiątkami duńskich flag. Ogrom i dostojność zabytkowego wnętrza stoi w kontraście z takimi detalami jak ciągle czynna na ratuszowym korytarzu umywalka z epoki.

   Przemieszczając się wąskimi uliczkami starego centrum zaglądam do licznych galerii i sklepików z duńską sztuką użytkową. Piękne, oryginalne wyroby są prawdziwą gratką dla koneserów. Przycupnęły tu również sklepiki z antykami i niezwykle sympatyczne kawiarenki, herbaciarnie czy restauracyjki. Zmierzam w stronę budynku Borsen. Jest to zabytkowa Giełda na Slotsholmen przy Borsgade. Jej długi ozdobiony wieloma rzeźbami budynek ze szczytem wieży wykonanym z czterech skręconych smoczych ogonów, to jedna z najbardziej charakterystycznych budowli Kopenhagi. Wybudowana w latach 1619-1625 na zlecenie Chrystiana IV do 1974 roku mieściła duńską giełdę. Obecnie jest siedzibą Duńskiej Izby Handlowej. Niestety nie można zwiedzać jej wnętrz.

   Teraz czas na Stroget, ciągnący się na przestrzeni dwóch kilometrów główny deptak handlowy miasta. Jest to najlepsza okazja by odchudzić swój portfel. Nie mniej miło jest usiąść w kawiarnianym ogródku czy gwarnej restauracyjce. Oszczędniejsi mogą zaopatrzyć się w słodkości czy owoce na kilku ulicznych straganach. Choć znam tańsze miejsca na takie zakupy. Stroget niemal wypada na kolejną mekkę turystyczną Kopenhagi jaką jest Nyhavn,
Nowy Port. Chyba najbardziej charakterystyczną i malowniczą uliczkę Kopenhagi podzieloną na dwie części kanałem pełnym stateczków, jachtów i barek. Toczy się na nich niezależnie od knajpianego własne żeglarskie życie. Właściciele jachtów czy barek niezrażeni tłumem gapowiczów sączą na pokładach swoich jednostek wyśmienite wino zagryzając owocami morza. Ten widok zachęca do przyłączenia się do degustacji lokalnych pyszności. Jednak w przyklejonych do murów zabytkowych kamienic ogródkach restauracji, knajpek czy barów mimo kosmicznie wysokich cen trudno znaleźć miejsce. Upolowałem mały stolik i za danie wyróżniające się formą a nie wielkością – rybę przyrządzoną na dwa sposoby i piwo zapłaciłem prawie sto złotych (200 duńskich koron).

   Tuż za rogiem Nyhavn atmosfera zmienia się diametralnie. Na nabrzeżu dominuje sztuka i nowoczesne budynki znakomicie ożywiające portowe tereny. Znajdziemy tu wspaniały The Playhouse – siedzibę Duńskiego Teatru Królewskiego zaprojektowanego przez pracownię Lundgaard & Tranberg. Ciemna cegła, ciepłe drewno, miedź i szkło elewacji doskonale harmonizując ze sobą tworzą elegancką architekturę budynku. Z przestronnego tarasu budynku widać imponujący gmach Opery (proj. Henning Larsen) usytuowany po drugiej stronie portu. Przemieszczając się dalej nabrzeżem podziwiać można wkomponowane w starą architekturę wspaniałe hotele, przy których cumują ogromne jachty i łodzie motorowe. Mijam rozprzestrzeniającą wodną mgiełkę okazałą fontannę i zaprojektowany w latach 1749-1760 przez słynnego architekta Nicolai Eigtveda barokowy pałac królewski Amalienborg. Od 1795 roku zameczek jest siedzibą duńskich monarchów i dworu królewskiego. Tuż za nim majaczy ogromna kopuła kościoła Frederiks Kirke. Ten XVIII-wieczny kościół parafialny, nazywany przez Duńczyków Marmorkirke, wzorowano na Bazylice św. Piotra w Rzymie. Okazją do jego postawienia był jubileusz 300-lecia panującej dynastii.

   Dalej mijam dzielnicę drogich sklepów i banków by zapuścić się w kolejne magiczne miejsce Kopenhagi, Nyboder. Jest to sieć krótkich, wąskich uliczek zabudowanych podłużnymi, niskimi żółtawo-brązowymi domami o dachach z czerwonej dachówki. Pośrodku mini dzielnicy pyszni się kościół Skt. Pauls, wokół którego przy Skt Pauls Gade przycupnęło kilka wspaniałych kamienic. W stosunku do pozostałych malowniczych budynków utarło się określenie „standard spartański „. Miejski konserwator zabytków nie zgadza się na jakiekolwiek zmiany w architekturze XVII-wiecznych obiektów zbudowanych z polecenia Chrystiana IV.

   Przekraczając ruchliwą Oster Voldgade wkraczam do pełnego bujnej zieleni i małych stawów parku na końcu którego usytuowany jest przy Solvgade zabytkowy gmach Galerii Narodowej SMK (Statens Museum for Kunst). Mieści on głównie sztukę duńską czy królewską kolekcję malarstwa holenderskiego i flamandzkiego. Oraz to, po co głównie tu przyszedłem – genialne prace Picassa, Braque’a, Leger’a, Modiglianiego czy Matisse’a. Nowo dobudowany futurystyczny gmach mieści dzieła sztuki współczesnej twórców z Danii i całej Europy. Znajdziemy tu również amfiteatralne siedziska ze sceną i miejsca, gdzie prawdziwą sztukę poznają najmłodsi mieszkańcy Kopenhagi. W nowej części usytuowała się również artystyczna restauracyjka serwująca podane w wyszukany, designerski sposób potrawy. Skusiłem się na sławnego duńskiego śledzia. W dwóch smakach. Rewelacyjny!

   Dokładnie po drugiej stronie skrzyżowania znajdują się wspaniałe Ogrody Królewskie z zamkiem Rosenborg. Na perfekcyjnie przystrzyżonych trawnikach wylegują się studenci pobliskich uczelni, zmęczeni turyści, całe rodziny z dzieciakami urządzają małe pikniki a przytulone do siebie pary szukają bardziej ustronnych zakątków. Idealne miejsce na relaks. Położyłem sobie plecak pod głowę i podziwiałem reprezentacyjny pałac podglądając życie zrelaksowanych mieszkańców Kopenhagi. Rosenborg powstał na ruinach pierwszej, wzniesionej w 1167 roku twierdzy. W roku 1794 siedziba duńskiej monarchii spłonęła niemal doszczętnie. Dwór przeniósł się do niedalekiego Amalienborg, gdzie mieszka i urzęduje do dziś. Obecny zamek wzniesiono relatywnie niedawno, bo w latach 1907-1928 i jest dziś siedzibą duńskiego rządu i parlamentu. Znajdziemy tu również reprezentacyjne komnaty królewskie, Ministerstwo Finansów i Sąd Najwyższy. Wnętrza można zwiedzić wyłącznie z przewodnikiem.  

   Mocno rozleniwiony sjestą na królewskim trawniku wędruję dalej. Mostem Dr. Louises Bro nad kanałami wielkości jezior wkraczam do studenckiej dzielnicy Norrebro. Młodzież stolicy „ucieka” tu z turystycznego i biznesowego, drogiego śródmieścia. Miejsce wyrasta na kolorowe i alternatywne centrum kultury. Awangardowy klimat tworzą młodzieżowe kawiarnie, kluby muzyczne, etniczne bary i orientalne sklepiki. No i tu rowerzyści i rowery dominują już absolutnie. Przy ważniejszych węzłach komunikacji miejskiej zalegają dosłownie całe sterty jednośladów. Stoją i leżą na ziemi, wiszą na piętrowych stojakach, przytwierdzone są do wszystkich barierek i balustrad. Istne szaleństwo. Nic dziwnego, w Kopenhadze rowerzyści mają faktyczne stuprocentowe pierwszeństwo. I wygodne, często odizolowane od drogi własne ścieżki. Nie tylko w Norrebro.

   Przylegający do ulicy Norrebrogade mur cmentarny intryguje mnie swoją długością. Gdy tylko znajduję niewielką furtkę wchodzę do zupełnie innego świata. Cisza i spokój kontrastują tu z poprzednim gwarem ulicy. Podzielony na kwartały zabytkowy cmentarz Assistens Kirkegard zachwyca swoim parkowym szykiem. Piękne figury i grobowce stoją tu w sporej (jak na cmentarz) odległości od siebie przedzielone ozdobnymi drzewami, krzewami czy perfekcyjnie przystrzyżonymi trawnikami. Kompozycje kwiatowe upiększają schludne groby. Zaskakuje mnie widok czarnoskórego studenta leżącego z książką na trawniku między grobami i prowadzącego ożywioną, wesołą rozmowę telefoniczną. Zrzucam jego zachowanie na karb obcej, pozaeuropejskiej,  zupełnie odmiennej kultury. Ale za następnym grobem wyłania się grupka młodych białych mieszkańców Kopenhagi, urządzających sobie pomiędzy leżącymi rowerami prawdziwy piknik na cmentarzu. Na centralnej alei nekropolii dziesiątki ludzi uprawia tu jogging, spacerują rodziny z psami a pomiędzy nimi pomykają ludzie na rowerach. Jak się doczytałem na jednej z tablic u wejścia na cmentarz – wytyczone są przez jego ogromny teren ścieżki rowerowe! Kopenhaga – miejsce inne niż wszystkie.

   Na europejski stały ląd, tym razem do Hamburga, z duńskiego półwyspu wracam znów promem Skanlines. Na dworcu głównym Kopenhagi wsiadam do futurystycznego pociągu ICE. Jakie jest moje zdziwienie, gdy na wybrzeżu cały skład wjeżdża w czeluścia ogromnego promu! Zostawiam główny bagaż pod opieką załogi pociągu i wchodzę na górne pokłady promu by dać się porwać szaleństwu zakupów, hazardu i zasmakować wyśmienitej kuchni. Resztę podróży odbywam wylegując się na leżaku górnego, otwartego pokładu. Życie potrafi być piękne…

 Jerzy Pawleta

Kopenhaga

Publikacja: http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,10891017,Dania__Kopenhaga_na_rowerze.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.