Tunezja, wakacje po rewolucji

Każdy z Was, komu marzy się wakacyjny wyjazd do krajów Afryki Północnej, oprócz wertowania przewodnika sięga zapewne również do prasy codziennej lub śledzi wiadomości. Rewolucja arabska, która przez nie się przetoczyła, zmieniła nasze postrzeganie tego turystycznego kierunku. Wybrałem się do Tunezji, by sprawdzić, jak dzisiaj wygląda mój ulubiony skrawek świata.

Mój pobyt rozpocząłem od Tunisu. Wylądowaliśmy w Enfidh, na nowym lotnisku między Sousse a Hammametem. Odprawa celna i paszportowa niczym nie różni się od poprzednich. Tylko ścisk jakby mniejszy. Transfer do hotelu El Mouradi Africa usytuowanego przy głównej arterii miasta przebiega bez zakłóceń. Spacer po Av. Habib Bourguiba i medynie uwidacznia sporo śladów porewolucyjnych. Graffiti na murach, pojazdy opancerzone, młody żołnierz pozuje mi do zdjęcia opierając się o maskę hummera. Ale ludzie po obu stronach ulicy siedzą w kafejkach, palą szisze i piją miętową herbatę. Jak gdyby nigdy nic. Obowiązkowo zaliczam pierwszą fajkę wodną.

Zaskakuje mnie zupełnie nowy obrazek z miasta – całe rodziny spacerujące z uśmiechem po ulicach i placach. Mężczyźni byli zawsze. Ale dzisiaj spotykam ich ze swoimi kobietami i dziećmi. Tak radosnej i spontanicznej manifestacji swobody i wolności w tym kraju jeszcze nie widziałem. A dziewczyny już nie chowają się przed moim aparatem. O dziwo, często chętnie pozują do zdjęć! Jeszcze trochę zawstydzone, ale jakże piękne.

Hotelowe śniadanie zjadam w niezbyt licznym gronie gości. Cel na dzisiaj to Sidi Bou Said, niezwykle malownicza wioska koło Tunisu. Rozlokowana jest na wysokim klifie z pięknym widokiem na port jachtowy, który przycupnął u jego stóp i błękitną zatokę zamkniętą na horyzoncie niewielkimi górami. Wędrówka wąskimi uliczkami pomiędzy białymi domami ozdobionymi błękitnymi czy turkusowymi drzwiami i okiennicami to niezapomniana przyjemność. Znajdziemy tu barwne kawiarenki i niezliczone kramy z wszelkiej maści sztuką, pamiątkami, przyprawami i Bóg, przepraszam – Allah, wie czym jeszcze. Każdy centymetr głównej uliczki wypełniony jest kolorowymi towarami, każde szeroko otwarte drzwi zapraszają do sklepiku czy galerii. Dałem się, oczywiście, namówić na zakup różnych drobiazgów. W tym ciekawej biżuterii z tutejszego bursztynu. Postanowiłem na straganie uregulować należność kartą. I to był błąd. Mój bank zapłacił należność, po czym zablokował dostęp do konta. Na szczęście tylko na dwa dni. Przezornie zawsze mam jakąś dolarową gotówkę w zanadrzu.

Przyjemnością samą w sobie jest zjedzenie lokalnego posiłku w Sidi Bou Said. Wybór nie jest tu duży, bo Au Bon Vieux Temps to bodajże jedyna restauracji z prawdziwego zdarzenia we wiosce. Ale za to jaka! Owoce morza przyrządzane na wiele sposobów czy lokalna ryba z grilla poprzedzone są degustacją klasycznego brika z krewetkami. A na samym początku na stole ląduje domowa harrisa, ostra pasta zrobiona z czerwonych papryczek wysuszonych na tunezyjskim słońcu i startych na żarnach. Do tego dodaje się trochę oliwy, czosnku i przypraw według recepty pani domu. Zostawia w słoiczku na kilkanaście godzin po czym podaje z oliwą. I świeżym pieczywem, które maczam w miksturze oliwy z harrisą. Boskie! Całości dopełnia schłodzone białe tunezyjskie wino i miętowa herbata lana z czajniczka trzymanego wysoko nad głową kelnera.

Trochę poniżej, w ogromnym parku na skarpie, usadowiła się rezydencji francuskiego barona powstała w latach 1912 – 1922. Mieszkający w Tunisie Rodolphe d’Erlanger był malarzem i muzykologiem, zafascynowanym sztuką arabską. Po jego śmierci w roku 1932 w domu stworzono muzeum, którego wnętrza goszczące orientalne festiwale i koncerty to fascynująca opowieść o arabskiej architekturze.

Następny przystanek to starożytna Kartagina, jej punickie początki na wzgórzu Byrsa. Tutaj w 814 roku przed naszą erą królowa Dydona przypłynęła wraz z osadnikami fenickimi z Tyru (obecny Liban). Od miejscowego władcy uzyskała zgodę na zajęcie i zagospodarowanie takiej powierzchni ziemi, jaką obejmie skóra wołu. Królowa pocięła skórę na cienkie paski i otoczyła nimi znaczną połać ziemi, którą wzięła w posiadanie. Tak narodziła się Kartagina. A nazwa Byrsa znaczy – Skóra Wołu. Po wojnach z Rzymem dawnych punickich elementów zostało tu niewiele. Tym bardziej godne są obejrzenia.

Tutaj też został znaleziony w roku 1994 sławny już w świecie szkielet młodego Kartagińczyka z VI wieku przed naszą erą. Nazwano go Człowiekiem z Byrsy. Należał do wyższej klasy społecznej a w chwili śmierci miał zaledwie około 20 lat. Jego szkielet zachował się w doskonałym stanie. Pani Elizabeth Daynes, słynna rzeźbiarka i dermoplastyczka, odtworzyła wiernie całą postać, nadając jej wygląd z epoki. Człowieka z Byrsy oglądać można w muzeum na wzgórzu. Jeśli nie podróżuje po światowych muzeach.

Nad wzniesieniem króluje katedra św. Ludwika zbudowana na początku XX wieku na cześć króla francuskiego Ludwika IX Świętego, który w XIII  wieku odbywał tu rycerskie krucjaty i zmarł na dżumę pod Tunisem. Z miejsca tego rozpościera się wyborny widok na zatokę.

W usytuowanych poniżej termach z okresu rzymskiego zwiedzam znakomicie zachowane podziemne systemy dostarczania wody. Ciekawostką jest lustrzane założenie architektoniczne term. Zbudowano dwa identyczne kompleksy, z których każdy czynny był pół roku. Podczas, gdy użytkowano jedną z części, druga w tym czasie poddawana była pracom konserwacyjnym, naprawczym i oczyszczaniu wody.

Dzień kolejny to wizyta w urokliwym, usytuowanym tuż nad brzegiem morza Hammamet.

Jego niewielka medina zamknięta jest murami obronnymi a góruje nad nią stary arabski fort. Wewnątrz na niezliczonych straganach kupić można piękne kolorowe materiały czy równie barwną ceramikę. Ręka Fatimy składająca się z kilku fantazyjnie wygiętych miseczek jest moim celem na dzisiaj. Warto na chwilę usiąść w kawiarence usytuowanej pomiędzy murami fortu a morzem i podziwiać malowniczą zatokę, piękne plaże i kolorowe łodzie rybackie wyciągnięte na biały piach.

Kilka minut drogi od portu usadowił się Golf Citrus. Nowoczesne, pierwsze w Tunezji 45- dołkowe pole golfowe rozlokowane wokół siedmiu jeziorek na powierzchni 175 hektarów w gajach oliwnych i lesie. Pola golfowe dostosowane są do każdego poziomu umiejętności, ale znajdziemy tu również dwa 18-dołkowe pola mistrzowskie. Kompleks uzupełnia wygodny hotel. Bardzo atrakcyjne i przyjazne miejsce, raj dla miłośników golfa. I chociaż nie jestem specjalistą od tej gry, dałem się wciągnąć magii golfa w arabskim klimacie.

Yasmine Hammamet, nowoczesna dzielnica miasta stworzona na potrzeby turystyki zaprasza do nowej mediny zbudowanej od podstaw na wzór i podobieństwo starych arabskich dzielnic. Wygląda to trochę tak, jakby medinę przeniesiono do ogromnego centrum handlowego. Turyści z całego świata to uwielbiają, o czym świadczą tłumy przelewające się pomiędzy sklepikami, knajpkami czy placami zabaw.

Miłośników Gwiezdnych Wojen połączonych z bajkami 1000 i jednej nocy zapraszam do niezwykłego hotelu Yasmine –  Lella Baya. Jego wnętrza utrzymane w takim właśnie klimacie robią spore wrażenie. A drink przy pokaźnym hotelowym basenie smakuje wyjątkowo dobrze.

Czas na moje ulubione Sousse. W centrum miasta, na skrzyżowaniu koło starej pięknej mediny wita mnie następujący obrazek: samochód policyjny włącza „koguta” i zajeżdża drogę sfatygowanej taksówce. Kierowca i uzbrojony funkcjonariusz podają sobie ręce a następnie policjant „po arabsku” całuje taksówkarza w policzek. Po czym z surową miną strofuje za przekroczenie, którego dopuścił się skruszony kierowca. Piękny obrazek, który dobitnie obrazuje zmiany w Tunezji. Przed rewolucją sytuacja wyglądała by podobnie. Tyle, że bez powitań.

W Sousse oprócz zwiedzania zabytkowej, pięknej mediny z okazałym ribatem i Wielkim Meczetem z IX wieku warto zajrzeć, tuż obok targu rybnego, do niewielkiego pomieszczenia, gdzie można kupić tunezyjską oliwę laną z wielkich beczek za pomocą ręcznej pompy wprost do plastikowych butelek po napojach gazowanych. Oliwę, której produkcja to tradycja i tajemnica wielu pokoleń tutejszej rodziny. O tej oliwie reportaże kręciły już telewizje całego świata.

Pomiędzy mediną a plażą, na elewacji jednej z kamienic, znajduję kolorowe murale o rewolucyjnej treści. Ich pokojowe, pozytywne przesłanie zostaje już niestety zamalowywane przez służby miejskie. A szkoda, to wspaniała pamiątka wydarzeń, które powoli przechodzą do historii.

W Sousse warto odwiedzić rzymskie katakumby z czasów wczesnego chrześcijaństwa. Odkryto je podczas wykopalisk archeologicznych w 1888 roku, mają 5 kilometrów długości, w 240 korytarzach znaleziono 15 tysięcy grobów. Zwiedzamy fragment z końca III wieku, tzw. „Katakumby Dobrego Pasterza”, gdzie udostępnionych do zwiedzania jest około 100 metrów z półtorakilometrowego odcinka katakumb.

Dzień wieńczy obiad w uroczym zakątku Sousse jakim jest pełna białych jachtów marina i port El Kantaoui. Restauracja Daurade staje na wysokości zadania serwując znakomite przystawki czy świeże ryby prosto z morza. Dla smakosza tortów czekoladowych, jakim jestem, znalazł się i pyszny kawałek ciasta.

Kolejny dzień pobytu w Tunezji to następne magiczne miejsce. W Mahdii, stolicy imperium Fatymidów z X wieku nie ma śladów rewolucji. Tutaj nieco prowincjonalne życie toczy się spokojnie. Miasto założył kalif Abdallah al-Mahdi w 912 roku. Faktyczną budowę rozpoczął w roku 917 czekając, aż astrolodzy potwierdzą, że znajdują się w dominacji Lwa, symbolu potęgi. Dynastia Fatymidów w odróżnieniu od innych panujących w Tunezji jest klanem szyickim. Charakterystyczna dla nich, surowa architektura miasta – dawna X-wieczna Brama Fatymidów, piętnastometrowy kanał i dwie wieże – świadczą o istnieniu w tym miejscu portu. To stąd wypływano w świetle lampionów na malownicze nocne połowy sardynek. Zwyczaj przejęto według jednej z teorii od sycylijczyków. Druga wersja mówi, że jest to obyczaj znacznie starszy, pochodzący z czasów punickich.

Nad morzem rozciąga się dawny cmentarz muzułmański z XVI wieku, nad którym króluje fort turecki, tzw. Wielka Twierdza, siedziba pirata Draguta. Mahdia to zresztą ulubione miejsce piratów, którzy już w XI wieku stworzyli tu swoją siedzibę. U jej wybrzeży można znaleźć wiele wraków zatopionych statków. Niektóre z nich pochodzą jeszcze z czasów przed piratami. Jak pełna przepięknych rzeźb greckich galera z I-szego wieku, dzisiaj jeden z głównych eksponatów muzeum Bardo w Tunisie.

Mahdia, poza sardynkami, słynie z tkactwa. Znajdziemy tu wiele zakładów wytwarzających jedwab. Na starej, pięknej medinie warsztat usytuowany jest koło warsztatu. Turyści dzielą się tu na ogół na dwie grupy. Mężczyźni popijają tunezyjską kawę lub miętową herbatę w cieniu zielonych drzew na malowniczym ryneczku. Panie po krótkim wypadzie do warsztatów wracają z pięknymi szalami owiniętymi wokół szyi.

Będąc w Tunezji warto również zajrzeć na składający się z kilkunastu wysp archipelag  Kerkeny. Tylko dwie z nich są zamieszkałe. Łączy je grobla z czasów rzymskich. Kerkeny (Kerkennah) są miejscem, gdzie znajdziemy ciągle jeszcze starą, dawną Tunezję. Między palmami, których niekiedy kilka sztuk wyrasta tu z jednego pnia, rośnie opuncja czy zboże koszone sierpami przez kobiety w czerwonych chustach na głowach. Transportuje się je wózkami zaprzężonymi w osiołki. Na wodzie kołyszą się feluki, arabskie łodzie rybackie z rzymskim żaglem. Dzisiaj już bardzo rzadki obrazek. Ciekawostką Kerkennah są również działki morskie, ogrodzone zagrodami zbudowanymi z alfy, czyli trawy morskiej i z liści palmowych. Działki te oddawane są co roku rybakom w dzierżawę w drodze licytacji. Tradycyjne są urządzenia używane do połowów, jak wykonany z alf więcierz. W płytkim morzu otaczającym Kerkeny, ma dwa do sześciu metrów głębokości, łowi się również gąbki, które przewozi się następnie do Sfaksu. Tam następuje ich ostateczna obróbka i wysyłane są w świat, gdzie osiągają zawrotne ceny. Na miejscu gąbkę kupić można za dinara a nawet pół.

Ciekawy jest tutejszy sposób połowu gąbek. Rybak wypływa na morze łodzią wiosłową trzymając w dłoniach ogromny garnek, którego dno jest szkłem powiększającym. Dryfując obserwuje dno. Gdy znajdzie gąbkę wbija w nią trójząb i ciągnie do siebie. Im większa gąbka, tym trudniej oderwać ją od dna, do którego przyczepiona jest mackami. Następnie rybak wyciska z niej białą ciecz o zapachu czosnku, czyści z muszelek i małych kamyczków. Gąbkę moczy się kilka dni w słodkiej wodzie i suszy, po czym dostarcza sprzedawcom w Sfaksie.

Baza noclegowa na Kerkenach to dwie niewielkie strefy turystyczne. Jedna składa się głównie z nadmorskich bungalowów. Druga to dwa, trzy obiekty, w tym malowniczy Grand Hotel z lat 60-tych zbudowany przez pasjonatkę miejsca, francuską bizneswoman. Tu zresztą jemy znakomity, obfity posiłek i relaksujemy się kąpielą w przylegającym niemal do restauracji basenie z krystaliczną wodą. Jest bosko! Cisza, spokój i widok na morze poprzez dające odrobinę cienia palmy powoduje, że niemal ucieka nam powrotny prom. Ceny są tu zdecydowanie niższe niż na stałym lądzie, a transport wyjątkowo tani. Prom ze Sfaksu na Kerkeny płynie półtorej godziny, mamy szansę podczas podróży zobaczyć pląsające delfiny czy skoki miejscowych chłopaków z wysokiej burty promu do morza. Prom kosztuje 4 dinary za samochód i około pół dinara od osoby.

Będąc w Tunezji nie można pominąć bajecznego El Jem. Podziwiać można tu największy z trzech amfiteatrów, które istniały w Cyldrus, bo tak brzmiała rzymska nazwa miejscowości. Jest to również jeden z trzech największych i najlepiej zachowany na świecie amfiteatr rzymski. Był zbudowany prawdopodobnie w latach 230 – 238 n.e. i mógł pomieścić około 30 tys. widzów.  W III wieku Cyldrus było w pełnym rozkwicie. Jego bogactwo wynikało głównie ze znakomicie prosperującego handlu oliwą. Amfiteatr, którego ozdobą pozostał dziś jedynie surowy kamień, wyłożony był wielokolorowym marmurem.

Z miejscem związana jest legenda o berberyjskiej księżniczce Kahenie, która ze swoimi wojskami broniła się w amfiteatrze trzy lub cztery lata. Zarówno czas obrony jak i najeźdźcy nie są dokładnie znani. Jedna z wersja mówi, że był to VI wiek i  Bizantyjczycy, druga, że wiek VIII i Arabowie. Kahena miała trzech dorosłych synów. Zabarykadowała się tutaj przed wrogami wraz z nimi oraz ze swoim wojskiem i ludnością. Jak dostarczano wodę, żywność i lekarstwa do zamkniętego i otoczonego obcymi wojskami amfiteatru, pozostaje niewyjaśnioną zagadką. Kiedy jednak w końcu zdobyto amfiteatr, 65-letnia Kahena ogłosiła kapitulację. Najeźdźcom ukazała się naga w jednej z arkad na samym szczycie amfiteatru, machając w ich stronę świeżą rybą. Ten gest miał wyjątkowy wydźwięk – najeźdźców obrażał fakt, że przywódcą była kobieta, a dwa, że była naga. Żywa ryba ukazywała, że dostawy żywności mimo szczelnego kordonu obcych wojsk nie były problemem.

Archeolodzy usiłują potwierdzić prawdziwość tej legendy. Jednym z elementów zagadki jest przypuszczenie, że Berberowie przekopali kanał z El Jem do Mahdii i do morza, czyli około 60 kilometrów. Stąd ryba w rękach Kaheny.

Po drodze do Monastiru warto zajrzeć do Lamta, miasta w czasach rzymskich zwanego Leptis Minor. Było to wówczas duże 15-tysięczne miasto z termami, bazyliką, biblioteką. Tutaj w 48 roku p.n.e. stacjonowały wojska Cesara, a obok w Hadrumetum, dawnym Sousse, bazę miał Pompejusz, gdy szykowali się do sławnej bitwy pod Farsalos. W Lamta znajdują się zupełnie nowe wykopaliska, w tym niezwykły nagrobek z II wieku n.e. Pochowano w nim Rzymianina zacnego rodu. Relief wykonany z marmuru włoskiego i greckiego ukazuje całą jego drogę życiową. Kamienny sarkofag, jako wyjątkowo cenne znalezisko, krąży po światowych muzeach i targach archeologicznych. W Japonii na jednych z nich uzyskał tytuł drugiego cudu świata. Ciekawe są tu również mozaiki, które są znakomitym źródłem informacji o dawnej Tunezji. Ukazują nie tylko stroje, architekturę, roślinność czy zwyczaje, ale również zwierzęta, które tu żyły a dziś już nie występują. Jak lwy, tygrysy, gepardy, niedźwiedzie brunatne, pawie. Według kronikarzy ostatni lew został zabity w Tunezji przez konsula angielskiego w roku 1904.

Rozlokowany na obrzeżach Monastiru, tuż nad brzegiem morza przy wyjątkowo pięknej plaży hotel Royal Thalassa zaprasza na lunch w wyjątkowej atmosferze. Doskonale wkomponowane w bujną zieleń baseny, usytuowana przy plaży gustowna restauracja czy kolorowe leżaki na plaży pod wiklinowymi parasolkami wprawiają gości w wyśmienity nastrój. Posiłek okazał się być prawdziwą ucztą dla duszy i ciała. Zarówno jego wyszukany sposób podania jak i smak potraw. Po mojej ulubionej harrisie i tunezyjskiej oliwie na stole wylądowała niezliczona liczba małych przystawek. Ryby, owoce morza, wędliny, warzywa, pasty, sosy. Na tym mógłby się dla mnie posiłek zakończyć. Ale nie dla gospodarzy. Jako danie główne polecano gorące kiełbaski, kilka rodzajów ryb, kalmary, krewetki czy sałatkę z ośmiornicy. Plus lampkę znakomitego lokalnego wina. Gałka delikatnych lodów zwieńczyła dzieło.

Monastir wita przybyszów warownym klasztorem, ribatem Hartema z VIII wieku. Wspinaczka na jeden z jego najstarszych elementów – wieżę strażniczą zwaną Nadorem warta jest włożonego trudu. Widok stąd jest znakomity. Sam ribat zbudowany na polecenie kalifa Bagdadu jest najstarszym i największym w Tunezji. Miejsce to miało dla muzułmanów wymiar mistyczny. Obrona ribatu była wielkim zaszczytem a przebywanie tu przynajmniej przez trzy dni, nie tylko w czasie wojen, było ważnym wydarzeniem w życiu Tunezyjczyka. Sam Mahomet mówił, że Monastir to jedna z bram do raju.

Monastir jest miastem urodzenia pierwszego prezydenta Tunezji, Habiba Burgiby. Miasto szybko rozwinęło się za jego prezydencji a Burgiba postawił na nowoczesność. Miało to swoje zalety ale i minusy – nowoczesne centrum powstało kosztem sporej części starej mediny.

Nieopodal ribatu, na końcu ogromnego placu stoi Mauzoleum Habiba Burgiby, który zmarł w kwietniu 2000 roku. Monument zaczęto budować już za życia prezydenta w 1963 roku i stale był rozbudowywany. Posiada dwie kopuły zielone i jedną złotą wykonaną z 18-karatowego kruszcu. Jedna zielona poświęcona jest rodzicom Burgiby, druga jego drugiej żonie. Złota dedykowana jest samemu prezydentowi, który uwielbiał być centralną, hołubioną przez naród postacią. Jednocześnie miał ambicję pozostawienia „czegoś” po sobie . W pamięci narodu pozostał, mimo tych zakusów, jako prezydent uczciwy. Po śmierci Burgiby na jego koncie zostało 10 dinarów, żył w swoim pałacu skromnie, dobra materialne nie miały dla niego wielkiego znaczenia. W przeciwieństwie do swojego następcy Zin Al-Abidin Ben Alego, którego zgubiła zachłanność i nieuczciwość. Nic dziwnego, że zawierucha tunezyjskiej rewolucji obaliła dyktatora. Z korzyścią dla narodu tunezyjskiego i dla nas turystów.

Szczery uśmiech który wita nas na ulicy oraz naturalna, przyjazna atmosfera są synonimem arabskich zmian. Ale to nie wszystko. Wolność słowa i działania wyzwoliły w Tunezyjczykach nową energię. Jak grzyby po deszczu powstają prywatne warsztaty rzemieślnicze oferujące tradycyjne wyroby. Rozwija się niemal nieznana wcześniej forma prywatnych pensjonatów i obiektów typu bed& breakfast, co w sposób znaczący i niezwykle interesujący poszerza turystyczną ofertę Tunezji. Warto odwiedzić ten kraj dzisiaj, znajdziemy go odrodzonym i oferującym nieznane wcześniej atrakcje i możliwości zwiedzania i pobytu.

Jerzy Pawleta

Tunezja

Więcej zdjęć: http://jerzypawleta.pl/tunezja/

opublikowano:

http://szukaj.gazeta.pl/portalSearch.do?&s.si(navigation).navigationEnabled=true&s.sm.query=jerzy+pawleta

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.