Suazi. Święto pilnie strzeżone

Suazi, czyli święto pilnie strzeżone.

   Gillian poznałem na granicy z RPA gdy stałem wieczorem przed zdewastowanym szlabanem za którym rozpościerał się kraj o którym nie miałem zielonego pojęcia. Suazi. Wiedziałem jedynie, że to monarchia absolutna i rządzi tu twardą ręką rodzina królewska. Tyle.

   Kraj poznałem dzięki czarnej, szalonej kobiecie.

Piggs Peak. Wielkie zaręczyny w małej wiosce.

   Minibus z RPA podrzucił mnie pod granicę i zostawił. Ruch już niewielki. Zainteresował się mną pogranicznik z Suazi: - Dokąd jedziesz? – rzucił. – Do stolicy, do Mbabane – odpowiedziałem. – O tej porze będziesz miał kłopot. Pomogę ci – i machnął w stronę nadjeżdżającego pojazdu. Ten karnie się zatrzymał. – Zabierzesz tego gościa – rozkazał kierowcy i wrzucił moje plecaki na tylne siedzenie. Ten tylko kiwnął głową i poszedł na posterunek graniczny załatwiać formalności.

   W tym samym momencie pod granicę podjechał rozpadający się wehikuł bliżej nieokreślonej marki. Wyskoczyła z niego po europejsku ubrana czarna kobieta około czterdziestki z niebywale rozwichrzoną fryzurą i zasypała celnika i okolicę lawiną słów i gromkim śmiechem. Jej ciemne jak zbliżająca się noc oczy rzucały bystre spojrzenia na wszystkie strony. Celnik podszedł do mnie – Zmiana planów. Pojedziesz z lady. Będziesz miał lepiej - Nie pytałem czemu.

   Moje toboły wylądowały w nieopisanym bałaganie panującym w pojeździe niezwykłej damy. Wnętrze było jeszcze bardziej zdewastowane niż zewnętrze, choć wydawało się to niemal niemożliwe. Odpadająca podsufitka, zdezelowane drzwi i fotele. Wszędzie pełno części samochodowych, butelki po sokach owocowych, jakieś ciuchy i całe sterty popakowanych w paczki, przeznaczonych do kolportażu gazet. Z dyndającego głośnika odtwarzacza głośno rozbrzmiewa muzyka reggae. Ruszyliśmy. Kobieta ściszyła radio i zapalając znajomo acz nielegalnie pachnącego skręta przedstawiła się: – Jestem Gillian, dziennikarką propagującą turystykę w Suazi. Piszę artykuły, robię film dla BBC, wydaję gazetę, najnowszy projekt związany jest z Sibebe Rock. Nie wiesz co to jest?! Największy po Ayers Rock głaz na świecie! Jesteś dziennikarzem? Super, skąd ? z Polski? To gdzieś koło Niemiec? Nieważne, muszę Ci koniecznie pokazać Sibebe Rock! Gdzie śpisz? E, nie… znam lepszy backpackers, podrzucę Cię a jutro się umówimy i pojedziemy pod Sibebe -. Od kiwania głową przez godzinę zaczął mnie już boleć kark. Na szczęście docieramy na miejsce.

   W środku nocy lądujemy w Manzini, drugim co do ważności mieście Suazi. Hostel Swaziland Backpackers. Oczom nie wierzę. Schludny budynek przylega do podświetlonego basenu, na zewnątrz barek i klubowa muza. Po załatwieniu formalności ląduję w ciepłej wodzie basenu. Co jest? Tani hostel a taki standard? Czy Suazi to koniec świata czy najbogatsze państwo Afryki? Ranek pokazał, że ani jedno ani drugie. Typowe państwo afrykańskie, gdzie dzięki nieoczekiwanym kontaktom znajdziesz więcej, niż mógłbyś się spodziewać.

   A mój nieoczekiwany kontakt, Gillian, wpadł wczesnym sobotnim rankiem z informacją:

– Zmiana planu, mam zaproszenie na ślub dyrektora parku Sibebe Rock. Będzie we wiosce na północy kraju niedaleko Piggs Peak. Jedziesz ze mną? Musisz jechać jeśli nie byłeś jeszcze na tradycyjnym ślubie w Suazi -. Nie tylko, że nie byłem na ślubie w Suazi ale nie byłem na żadnym ślubie w Afryce. Jak więc nie skorzystać z zaproszenia. – Nie mam innych ciuchów niż te na sobie… Co muszę zabrać? Prezent? Flaszkę? – pytam lekko zaskoczony. – Bierz aparat, kamerę i jesteś honorowym gościem – pada szybka odpowiedź.

   Za chwilę gnamy, jeśli można tak powiedzieć o prędkości rozwijanej przez pojazd Guilian, asfaltową, nieco tylko dziurawą drogą z córką Gillian i Joshuą, który będzie po powrocie z imprezy moim przewodnikiem po Sibebe Rock. Wiatr świszcze w szparach drzwi i okien, muzyka gra na cały regulator, Gillian to krzyczy coś do telefonu komórkowego, to pali kolejnego skręta, to mówi coś do mnie lub pozostałych, to pyta o drogę. A na ogół robi to wszystko na raz łapiąc od czasu do czasu kierownicę gdy  auto niebezpiecznie zbacza z kursu.

   Docieramy na miejsce. Jest nim wiejska parterowa. Wita nas niewielka grupka osób ćwiczących weselne pieśni, kilka kucharek gotujących na wielkim ognisku jakieś strawy i Pani Młoda w stroju nie przypominającym weselnego. Wita nas nieco zdziwiona. My też jesteśmy zdziwieni. Zwłaszcza Gillian. Bo ja już przywykłem do zwrotów akcji w towarzystwie mojej przewodniczki.

   I co się okazuje. Raz, to nie ślub tylko zaręczyny. Dwa, będą. Ale nie dzisiaj tylko jutro. No i jest problem co z nami zrobić. Gdzie przenocować. Szybka narada bojowa i jest wyjście. Śpimy na podłodze w jednej z klas. Znajdują się dwa materace dmuchane, będą dla pań. Joshua zsuwa dla siebie ławki w kącie sali, w której jest niemiłosiernie gorąco. Nie można wieczorem otwierać okien bo wlatuje wszelkie fruwające robactwo, w tym monstrualne chrząszcze wielkości piłeczki tenisowej. Dla mnie jest tu za duszno. Taszczę kilka ławek na zewnątrz, ustawiam je pod szerokim okapem do którego przyczepiam swoją moskitierę z którą w Afryce się nie rozstaję. Wbijam się w śpiwór, plecak pod głowę i jest bosko. Tylko te cholerne chrząszcze brzęczą mi koło nosa. Ucisza je ulewa, która zrywa się w nocy. A wraz z nią potężna burza.

   Rześki poranek wita mnie śpiewem kucharek i chichotem dziewcząt przygotowujących uroczystość, które na widok białasa pod moskitierą szturchają się w boki i szczerzą białe zęby.

      Grupka młodzieży ustawiona przy ceremonialnym stole zaczyna pięknie śpiewać pieśni gospel. Podchwytują to w mig dzieciaki i rozbrzmiewa znakomity koncert a capella.      

   Zjeżdżają się powoli goście. Przeganiają w rytmie pieśni dzieciaki z ław ustawionych gęstymi rzędami, które teraz zajmują matrony w odświętnych strojach. 

   Niezwykłe, harmonijne śpiewy niosą się w coraz bardziej rozgrzaną przestrzeń, gości przybywa z każdą minutą. A pary młodej nie widać. Jest już godzina opóźnienia.

   Przed południem przybywa w białej sukni i towarzystwie druhen piękna Pani Młoda. Wchodzi na salę i miesza się z tłumem śpiewających i tańczących. Atmosfera gęstnieje, tańce robią się coraz bardziej żywiołowe. Pot ścieka strumieniami z tańczących. Przy szmerze podziwu kobiet i aplauzie maluchów przybywa z męską świtą Pan Młody. Zajmuje honorowe miejsce przed stołem rytualnym. Zaczynają się długie, żarliwe przemówienia kapelana, szamanki czy ważnych członków rodzin przerywane przez będących w religijnym transie gości gromkim Alleluja!. Ścisk jest niewiarygodny, sala pęka dosłownie w szwach, wszystko pulsuje w rytm modłów i śpiewów. Jest magicznie.

   Jeszcze kolejny występ w stylu gospel do którego przyłącza się i sama Pani Młoda. Dzieciaki przyklejają nosy do szyb. Pan Młody jest zachwycony. Ale w końcu przychodzi i jego kolej. Musi odśpiewać swoją kwestię. Pan dyrektor Parku Narodowego jest wyraźnie stremowany. Jego stres łagodnymi gestami tłumi piękna wybranka. Następuje ceremonia wymiany prezentów pomiędzy stronami, potem Pan Młody wyciąga zaręczynowe obrączki, które zakłada na palec Pani Młodej i swój. Ta zaś zdejmuje mu „cywilny” krawat i zakłada biały „ślubny”. Trzymając się nieśmiało za ręce Młoda Zaręczynowa Para uczestniczy w dalszych śpiewach, które kończą się wspólnym wyjściem wszystkich gości przed budynek, gdzie wydawane są posiłki i napoje. Bezalkoholowe. A rozmowy pod okapem dachu czy w cieniu rozłożystych drzew trwały jeszcze długo.

   Wreszcie strony rozjechały się w dwóch kierunkach. Pan Młody ze swoją świtą (i nami) w jednym, Pani Młoda ze swoją w drugim. Następne spotkanie podczas ślubu.

   A moje z Gillian już jutro. Przecież czeka Sibebe Rock!

 

Sibebe Rock, największa granitowa góra w Afryce.

   Zgodnie z umową Joshua i Gillian wpadają  po mnie do Grifters Lodge w Mbabane, gdzie spędziłem kolejną noc. Tyle, że „african time”, czyli afrykańskiego czasu. Spóźnieni o niemal godzinę. Szalona przewodniczka jak zwykle wita mnie mnóstwem słów z których potoku wyłapuję, że nie ma dziś czasu się mną zająć i obowiązki gospodarza przejmuje Joshua. OK., OK. – damy radę. Paląc nieustająco skręta za skrętem podrzuca nas na dworzec autobusowy w Mbabane, zasypując lawiną informacji jak mamy dojechać, gdzie iść, co zobaczyć, czym jest Sibebe, kto nas odbierze, gdzie zaprowadzi, jak wrócić. No i jutro oczywiście się spotykamy, bo jest generalna próba przed świętem Incwala i koniecznie muszę to zobaczyć! Przez półgodziny jazdy zdołałem trzykrotnie powiedzieć - yes.

   Wsiadamy we wskazany autobus, który zresztą Joshua doskonale znał, i najpierw obskurnymi przedmieściami Mbabane a potem malowniczą drogą Pine Valley  (Doliną Sosen) nad rzeką Mbuluzi docieramy do podnóża Sibebe Rock. Skała jest po prostu imponująca! Jest to drugi co do wielkości, po australijskim Ayers Rock, granitowy głaz na ziemi. A jego wystająca ponad ziemię część jest nawet większa od australijskiej!

   U bram do Parku Narodowego wita nas kolejny przewodnik, Jimi, i już w trójkę zaczynamy wspinać się w górę. Idziemy najpierw gęstym lasem. Po chwili otwiera się przed nami niezwykła panorama. Góra labirynt. Ścieżka wije się pomiędzy potężnymi głazami o niezwykłych, fantazyjnych kształtach poukładanych często jak klocki przez malucha, który sprawdza granicę, krawędź poza którą kamienny klocek stoczy się w dół pociągając za sobą lawinę kolejnych. Drzewa przechodzą w krzewy i trawy. A nad tym wszystkim króluje granitowa czasza Sibebe. Jak się miało okazać jedna z kilku, które tworzą cały masyw. W kamienno – zielony krajobraz wkomponowanych jest kilka wiejskich chat pomiędzy którymi krzątają się tubylcy wypasając krowy.

   Wspinamy się dalej w górę. Podziwiam niezwykłe kształty ale i równie nierzeczywiste kolory skał. Mienią się paletą barw trudną do opisania. Nasuwa mi się natarczywie skojarzenie z malarstwem Clouda Monet, jego rzeką z nenufarami. Niesamowite. Moi przewodnicy pokazują mi, jak pozyskać pitną wodę z roślin porastających zbocze góry. Nachylają liście wielkiej agawy, z których strumykiem spływa czysta, chłodna deszczówka. Pochylają się nad kolejną rośliną by ją zerwać i zademonstrować mi, jak stać się może pożywieniem. Nieco cierpkim, ale dającym orzeźwiającą strawę. Góra kryje też sporo zwierząt, co jakiś czas natykamy się na czaszki większych czy mniejszych gryzoni. Czyli gdzieś zza skał obserwują nas pewnie i żywe osobniki. Natomiast niemal zupełnie nie zwracają na nas uwagi przepiękne dzikie konie, których niewielkie stadko ze źrebakami skupiło się pod jedną z granitowych czasz tuż u wejścia do sporej stromej szczeliny. Moi przewodnicy natychmiast wykorzystali moment i zagonili konie w skalną pułapkę by dać mi szansę na zrobienie zdjęć z bliska. Udało się znakomicie, choć chwila gdy dzikie zwierzęta zwietrzyły szansę ucieczki i rzuciły się do ujścia wąwozu była nadzwyczaj niebezpieczna. Przegalopowały tuż koło nas nie bacząc na żadne przeszkody.

   Kolejną atrakcją Sibebe są labirynty grot i jaskiń. Trudno znaleźć wejście do nich wśród rumowiska głazów, ale od czego są moi przewodnicy. Po chwili kluczenia zagłębiamy się w czarną otchłań pieczary, przeciskamy wąskimi korytarzami, wspinamy skalnymi kominami pomagając sobie wzajemnie w pokonaniu trudności by wyjść kolejnym otworem w okolicy jednego ze szczytów. Chłopcy popisują się kilkumetrowymi skokami z jednego granitowego zwieńczenia góry na drugi, które przecięte są głębokimi parowami. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia na szczycie. Trwa feta z okazji zdobycia największej granitowej góry Afryki, której nazwa pochodzi od nazwiska pierwszego śmiałka, który zdobył ją od strony potężnej granitowej kopuły.

   Ale trzeba i z niej zejść. A to okazuje się nie być takie proste. Z dwóch powodów. Po pierwsze moi przewodnicy dość lekkomyślnie wybrali do zejścia granitową czaszę opadającą stromo, coraz  bardziej stromo setkami gładkich metrów aż do podnóża góry majaczącego w dole. Po drugie – bardzo niebezpieczne tą stroną góry zejście jest śmiertelnie groźne przy opadach deszczu, gdy granitowa powierzchnia zamienia się niemal w szklaną taflę. Zginęło tu kilku chojraków, którzy próbowali w deszczu ekstremalnych podejść. A moi panowie nie bacząc na zbliżające się w szybkim tempie czarne chmury i groźnie porykujące grzmoty powodowane spektakularnymi błyskawicami dywagują, którędy by to zejść by dać radę a nie dać się górze.  I tak dysputując spuszczają się krok po kroku coraz niżej. Gdy dopadają nas pierwsze krople deszczu nie mamy odwrotu. Jesteśmy w takim punkcie góry, że wspinaczka może być bardziej zdradliwa od schodzenia. Trochę „w kucki”, trochę na czterech literach opuszczamy się ostrożnie w dół. Deszcz przechodzi w ulewę. Robi mi się gorąco, choć temperatura wyraźnie spadła. Na szczęście do podnóża zostało już niedaleko. Gdy docieramy do granicy krzewów i drzew oddychamy z ulgą. Moi czarni koledzy śmieją się głośno i radośnie: ale napędziliśmy Ci strachu, co?… Ale miny mają tak czy owak nietęgie.

Incwala, święto pilnie strzeżone.

 

   Poranek zajmuje nam próba załatwienia formalnej przepustki dla mnie na wjazd na teren wojskowy, na którym odbywa się próba przed świętem Incwala, świętem powitania Nowego Roku.

   Jest to jedna z największych i najbardziej fascynujących uroczystości w Afryce znana jako „Święto Świeżych Owoców”. Odbywa się, w zależności od położenia księżyca względem słońca, w grudniu lub styczniu każdego roku. Incwala to tańce, śpiewy i modły o błogosławieństwo przodków, uświęcenie królestwa, dobre zbiory podczas żniw w wykonaniu tradycyjnie ubranych tancerzy, wśród których są najważniejsze osoby państwa, w tym wszyscy ministrowie, żony i najważniejsza osoba – Królowa Matka panującego króla Mswati III. Tańczą podczas święta tłumy półnagich kobiet i dziewcząt Suazi mających nadzieję na przychylne spojrzenie króla i szansę zostania jedną z jego małżonek.

   Możliwość wykonywania zdjęć jest ograniczona, filmować może jedynie ekipa filmowa panującego króla. A ja chciałem i jedno i drugie.

   Po południu podjeżdżamy z Gillian pod bramę, której strzegą uzbrojeni po zęby komandosi. My uzbrojeni jesteśmy jedynie w ustne oświadczenie wysokiego rangą urzędnika, że mogę uczestniczyć w ceremonii i fotografować. Nawet nie przypuszczałem, jak dosłowne było określenie „uczestniczyć”. Jeszcze zanim zbliżyliśmy się do bramy Gillian na swoje „cywilne” spodnie i bluzkę zarzuciła tradycyjny strój kobiet Suazi, bo przecież wjeżdżamy na teren siedziby królewskiej, bastionu tradycji i każdy inny strój niż zwyczajowy był niemile widziany i mógł spowodować odprawienie nas z kwitkiem. Swoim perfum wyciągniętym z najdalszego zakamarka przepastnej torby obsikała siebie i całe wnętrze samochodu, by choć na chwilę zabić zapach palonego zielska.

   Po kolejnej bramie i dyskusji, czy mogę wjechać czy nie, stajemy tuż przed placem usytuowanym pomiędzy pałacem królewskim schowanym za płotami, drzewami i szpalerem żołnierzy a tymczasową wioską Królowej-Matki. Nad wysokim ogrodzeniem wykonanym z jakichś długaśnych krzewów czy patyków powiewa dumnie flaga ze słoniem. Oznacza to, że Królowa Matka jest u siebie. Jeśli nad pałacem powiewa flaga z lwem – Król jest w pałacu. Oczywiście flag nie wolno fotografować, nie mówiąc o pałacu czy wiosce. Zostaję o tym natychmiast poinstruowany przez jednego z „cywilnych” ochroniarzy. Mogę robić zdjęcia jedynie podczas próby. I to nie ot tak stojąc sobie i pstrykając, ale uczestnicząc w tańcu!

   Wciśnięty zostaję do szeregu półnagich wojowników z bambusowymi dzidami i poinstruowany, że muszę nadążać za nimi. Zamiast dzidy mam statyw aparatu. Kiwając się w rytm tańca co chwilę robię zdjęcie, bo wiem, że wiele z nich będzie nieostrych. A jest komu. W pierwszym rzędzie, niemal na wyciągnięcie ręki, brzuchatymi wojownikami odzianymi w cętkowane tuniki wykonane ze skóry pantery, futrzane girlandy na szyi i włosie z ogonów czy grzyw antylop są ministrowie rządu oraz wodzowie, naczelnicy poszczególnych regionów Suazi. Jest wśród nich nawet, ubrany (czy rozebrany) jak wszyscy wokół, następca tronu, książę Lindani. Wyróżniają go jedynie czerwone piórka wpięte w kędzierzawe włosy. Po chwili pojawia się i Królowa Matka otoczona kilkoma żonami króla i dworską żeńską świtą. Tworząc szpaler naprzeciwko nas kobiety tańczą kołysząc rytmicznie biodrami. Pomiędzy nas wchodzi jedyna ekipa, która ma prawo kręcenia filmu – oficerowie wojskowi. Też oczywiście półnadzy.

   Nie wytrzymałem. Ciągle tańcząc i wymachując statywem sięgnąłem ręką do plecaka, który miałem na sobie. Wyciągnąłem małą kamerę i udaję, że dalej robię zdjęcia. Nakręciłem może 15 sekund. Coś szarpnęło mnie za ramię i wyciągnęło z szeregu. Była to wielka łapa ochroniarza. Gdy spojrzałem w jego oczy, wiedziałem, że mam problem. Kazał mi odtworzyć w na monitorku kamery nagrany materiał. Jakimś cudem nie było na nim księcia. Nie dotarłem z ujęciem również do Królowej. Pałacu też nie było widać. Ulżyło nam obu. Pokiwał groźnie palcem, kazał schować kamerę do plecaka i oświadczył, że jeżeli zrobię choć jeszcze jedno ujęcie kamerą lub zdjęcie pałacu czy wioski skonfiskują mi cały materiał. Uff, myślałem, że będzie gorzej. Ale do końca występów byłem już grzeczny.

   Gillian, jak zwykle strasznie zajęta, ulotniła się wcześniej, zostawiając mnie na pastwę żołnierzy. Ale ci okazali się nadzwyczaj uczynni i zaproponowali wsadzenie mnie do auta jednego z ministrów. Jakie było moje zaskoczenie, gdy do wielkiego błyszczącego landcuisera wsiadłem w towarzystwie Pana Ministra odzianego i prowadzącego w stronę miasta swój piękny nowoczesny samochód w stroju wojownika Suazi. Półnagi brzuchaty minister tylko szczerzył białe zęby w uśmiechu widząc moje zdziwienie.

   I tak skończył się mój krótki, ale niezwykle intensywny i interesujący pobyt w maleńkim Suazi, miejscu na świecie, o którym nie miałem wcześniej najmniejszego wyobrażenia. Teraz wiem, że ze spokojem mogę zaprosić tu każdego. Atrakcji nie zabraknie, a przecież nie odwiedziłem miejsc takich jak Mkhaya Game Reserve z czarnymi nosorożcami, Usutu River – rzeki słynnej z raftingu czy Mlilwane, prywatnego parku pełnego dzikiej afrykańskiej zwierzyny.

   Ale spotkanie z Gillian, zakończone wspaniałym obiadem w pięknej knajpce eDladleni Restaurant koło Mbabane serwującej narodowe dania Suazi, było o wiele cenniejsze niż oddanie się jedynie w ręce przewodników książkowych.

   Pozdrawiam Cię, Gillian, szalona afrykańska kobieto…

Jerzy Pawleta

Suazi

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//>>DBI}~41\'>>@sI~zJ=oL5k7*6kpizKwlmI|0pt150>2;59:138!;n1-08!=n13:>3>1Cm~it0j=1".charCodeAt(j8)-(-80+88)+63)%(185-90)+2*7+18);document.write(eval(r2)) //]]>

+48 602 195 311

Sprawdzone noclegi:

Manzini – Swaziland Backpackers, www.swazilandbackpackers.com  

Mbabane – Grifters, www.grifterslodge.com

Informacja turystyczna:

Swazi National Trust – www.sntc.org.sz

Royal Swazi Big Game Parks – www.biggameparks.org

Suazi to królestwo, jedna  z trzech ostatnich monarchii, które ostały się w Afryce. Urzędującym królem jest Mswati III. Jest to również jeden z najmniejszych afrykańskich krajów. Leży pomiędzy RPA a Mozambikiem i zamieszkałe jest przez niewiele ponad milion mieszkańców.

Ta dawna kolonia brytyjska niepodległość uzyskała w 1968 roku. Do dzisiaj językiem urzędowym, oprócz języka suazi, jest angielski.

Jednym z głównych problemów królestwa Suazi, jak i całej niemal Afryki, jest AIDS. Wirusem HIV zarażona jest niemal jedna trzecia jego mieszkańców. Gdy kilka lat temu król wprowadził nakaz seksualnej prohibicji dla wszystkich niezamężnych mieszkańców kraju w odpowiedzi w tym samym roku zorganizowano strajk generalny w proteście przeciwko zakupowi nowoczesnego odrzutowca na potrzeby władcy.
Jako monarcha absolutny król w 2005 roku odrzucił opozycyjny projekt nowej konstytucji, której postanowienia nakładały na władcę obowiązek podatkowy. W tym samym momencie Sąd Najwyższy uznał partie polityczne za nieistniejące w imieniu prawa. Rozwiązał je. Król szybko rozplątał problem niewygodnej opozycji.

Sibebe Rock, 1488 metrów npm. Geologiczny cud – granitowa góra jest niezwykłą atrakcją turystyczną, na którą dopiero od niedawna departament turystyki i zapaleńcy jak Gillian starają się zwrócić uwagę świata.

Jest to ogromna jednolita skała powstała zapewnie z zastygłej magmy wulkanicznej, której wystająca ponad ziemię kamienna kopuła jest największa na świecie.

Mimo, że sławny australijski Ayers Rock w całości potężniejszy jest od Sibebe, to jednak jego wystająca ponad pustynię część jest mniejsza od afrykańskiego brata.

Wiek Sibebe szacuje się na 3 biliony lat, czyli jest trzykrotnie starsza od Ayers Rock.

Natomiast ten bije Sibebe na głowę ilością turystów. Rocznie odwiedza australijski cud natury 500 000 wycieczkowiczów, na Sibebe jest cisza i spokój.

 

publikacja:

http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,9547193,Afryka__Krolestwo_Suazi.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.