Zapiski z Meksyku cz. 2

8 dzień Oaxaca

Z pięknej Puebli jedziemy do równie ciekawego miasta Oaxaca. Ale pokonać musimy malownicze góry Sierra Madre. Nasza „zebra” wspina się mozolnie pod górę. Wokół roztaczają się piękne widoki. Nagle zupełne zaskoczenie. Na niemal łysych, wysokich zboczach wyrasta las. Las kaktusów. Niezwykły widok! Miliony kaktusów rozsianych na ogromnej powierzchni potężnych gór. Gdy osiągamy przełęcz, kaktusy znikają. Pozostaje tylko surowy górski krajobraz.
Opadamy w dół. Przed samym miastem zatrzymujemy się, by cos przegryźć w barze pod gołym niebem. Tacos przyrządzane na naszych oczach smakują wyśmienicie. Sanepid takiego lokalu by nie przepuścił. Ale żołądki mamy zdrowe, nie dopada nas choroba zwana tu „zemstą Montezumy”.
Ale też i nie Aztekowie, których królem był Montezuma, założyli miasto w górach – Monte Alban usytuowane tuż obok Oaxaca. Ten niesamowity, będący na liście UNESCO kompleks piramid, świątyń i obserwatorium astronomiczne postawili 500 lat przed naszą erą Zapotekowie. W tym celu przeprowadzili gigantyczną operację budowlaną, niwelując cały ogromny wierzchołek góry. Bez spychaczy i koparek. Samo miejsce – po prostu magiczne. Jak już ktoś powiedział – historia zaklęta w kamieniu. Ale historia nie do końca znana i zbadana. Osnuta, jak to w przypadku Mezoameryki bywa, gęstą mgłą tajemnicy. Nie wiadomo czemu, po ponad dwunastu wiekach świetności, Zapotekowie opuścili to miejsce.
Następny przystanek Oaxaca. Zaczynamy od wyjątkowego miejsca – Inglesia de Santo Domingo, kościoła budowanego przez ponad 200 lat. Jego elewacja i wnętrza są przepiękne. Ale najbardziej zaskakuje drzewo św. Dominika. Malowana płaskorzeźba, jeśli tak to można określić, umieszczona na stropie i witająca nas od momentu przekroczenia portalu. Na ulicach miasta natrafiamy na indiański kondukt pogrzebowy. Ale atmosfera daleka jest od głębokiego smutku. Muzyka pobrzmiewa radosnymi nutami niczym z Gorana Bregovica. Katedra w centrum miasta robi imponujące wrażenie. Ale nas ciągnie już do sklepiku i fabryczki czekolady. Cierpliwie słuchamy o technologii produkcji tego wytworu z ziarna kakaowego, by po chwili oddać się szaleństwu zakupu słodkości. Na pobliskim targu pragnienie gasimy pysznymi sokami z wyciskanych owoców. Pychota!
W Oaxaca zostajemy na kolejny dzień, ale o tym w kolejnej relacji.

9 dzień Oaxaca

    Po śniadanku w „naszym” klasztorze w Oaxaca wyruszamy w drogę Doliną Tlacolula, która zaczyna się niemal w mieście. W kotlinie tej już w VII wieku przed naszą erą powstały pierwsze ważne cywilizacje Mezoameryki. Swój rozkwit polityczny i kulturalny zawdzięcza Olmekom, Zapotekom, Mistekom, Aztekom i Hiszpanom. Chociaż ci ostatni drastycznie przerwali rozwój kultur indiańskich, wprowadzając w to miejsce zupełnie nową kulturę i religię. Zobaczymy to naocznie w miasteczku Mitla, usytuowanym niemal na końcu doliny.

   Ale najpierw podziwiamy w Santa Maria del Tule największe drzewo Meksyku, którego wiek szacuje się na 2000 lat. Potem w destylarni na skrzyżowaniu dróg dowiadujemy się jak powstaje jeden z trzech kultowych napojów alkoholowych Meksyku wytwarzanych z agawy. Jest nim składowany w dębowych beczkach mezcal, od których nabiera intensywności swojego zabarwienia. Degustujemy jasny młody wysokoprocentowy mezcal i starsze ciemne roczniki. Zagryzamy pomarańczami maczanymi w chili. Lub jasnymi robaczkami wyłożonymi na talerzu. Takie meksykańskie drugie śniadanie. W każdej butelce mezcala pływa jeden jasny osobnik. Dobrą jakość alkoholu poznajemy po tym, gdy opada on na dno butelki.

   Niezwykle ciekawa jest wizyta w jednej z indiańskich wiosek, w domu w którym cała wieloosobowa rodzina uczestniczy w produkcji, farbowaniu i tkaniu fantastycznie kolorowych materiałów. Wzory i rysunki na tkaninach są oszałamiające. Nic dziwnego, że znajdują wśród nas wielu nabywców.

   Ale czas na wspomnianą wcześniej Mitlę, miasto-państwo Zapoteków, które po upadku Monte Alban nabrało szczególnego znaczenia w tym rejonie. W szczytowym okresie liczyło ponad 10 000 mieszkańców. Gdy przejęli je Mistekowie, odcisnęli na kamiennym mieście swoje artystyczne piętno. Fasady świątyń pokryte są geometrycznymi ornamentami. Szczególne wrażenie robią wszechobecne „kręgi życia”. Nad całością góruje jednak chrześcijański kościół Inglesia de San Pablo postawiony na gruzach indiańskich budowli. Do jego budowy użyto oczywiście kamieni ze zrujnowanych świątyń Misteków. Szacunek konkwistadorów do obcych kultur nie był godny naśladowania. Sam kościół żyje dzisiaj swoim niespiesznym indiańsko-chrześcijańskim życiem. Natomiast teren wokół niego aż kipi od straganów na których kupić można wszelkie indiańskie lub indiańsko podobne rękodzieło. Od wspaniałych białych haftowanych lub wyszywanych bluzek po sławne w tym rejonie, bajecznie kolorowo malowane drewniane figurki zwierząt i mitycznych stworów. Jest w czym wybierać. Nie wyjeżdżamy stąd z pustymi rękami. A sok z wyciskanych owoców studzi rozgrzane targowaniem się gardła. Paniom. Panowie zostają przy coronie. Obdarowane małymi pluszakami miejscowe dzieciaki długo machają nam na dowidzenia.

   Na popołudniowy spacer po mieście i kolację wracamy do Oaxaca. Trzeba iść wcześnie spać, bo jutro pobudka o czwartej rano. Lecimy do Tuxtla.

Dzień 10 Sumidero San Cristobal

    Lecimy z Oaxaca do Tuxtla. Przez miasto Meksyk. Lot jak lot, nic by się nie działo, gdyby nie to, że zapomniałem butelkę mezcala wsadzić do głównego bagażu. O dziwo w Oaxaca jej nie wykryli. W mieście Meksyk poszło gorzej. Wykryli. Młody kontroler odpakował butelkę. Spytał: co to jest? Odpowiedziałem: prezent.  Wiesz, że nie wolno przewozić płynów? Wiem. Rozejrzał się wokoło, zapakował butelkę do mojego plecaka i życzył miłej podróży. Ludzki pan. Meksykanin.

   Wsiadamy znów do naszej zebry. Kierunek bajeczny kanion Sumidero. Symbol stanu Chiapas. Gdy docieramy na miejsce zaczynamy od lanczu w lokalnej knajpce i zakupów u Indianek plemienia Cocyl odzianych w niezwykłe czarne spódnice wykonane z owczej skóry. Potem ubierają nas w pomarańczowe kapoki i z rodziną indiańską wsadzają do motorówki. Pędzimy w górę rzeki a ściany 14-kilometrowego kanionu rosną w naszych oczach. Najwyższe urwisko skalne wisi 1000 metrów nad poziomem rzeki Grijalva. Legenda mówi, że przyparci do urwiska Indianie, nie chcąc oddać się w ręce hiszpańskich konkwistadorów rzucali się całymi rodzinami w przepaść. Widząc to Hiszpanie odstąpili od kolejnego natarcia. Niedobitki Indian założyły istniejącą do dziś osadę nad kanionem.

   Już po krótkim rejsie udaje się nam dojrzeć wielkie aligatory to wygrzewające się na przybrzeżnych kamieniach to pływające w zakolach rzeki. Są tu dorosłe i młode osobniki. Płyniemy dalej. Wysoko nad nami szybują czarne sępy, by stadami osiąść na białych kamieniach nad rzeką. Imponują niemal przyklejone do pionowych skał dorodne kaktusy. Fauna i flora parku narodowego w którym się znajdujemy jest imponująca, formy skalne i nacieki stworzone przez spływającą z gór wodę tworzą niezwykłe obrazy. Frajdą samą w sobie jest jazda szybką motorówką, szum wiatru, bryzgi wody wylatującej spod uderzającej o niewielkie fale łodzi. Co jakiś czas zatrzymujemy się by podziwiać krajobraz czy odwiedzić kapliczkę w jednej ze skalnych grot. Jest pięknie.

   Po powrocie kończymy zakupy u Indian i jedziemy dalej. Do malowniczego miasta San Cristobal. Miasta jak z kolorowych meksykańskich pocztówek. Niewysokie domy pomalowane są wszystkimi kolorami farb, jakie pewnie były do kupienia. Po ulicach snują się Indianie i hippisi. Bajecznie kolorowe indiańskie stragany ciasno wypełniają przestrzeń placów między kolonialnymi kościołami. Na rynku w rytmie tanecznej muzyki pląsają uczące się tradycyjnych tańców pary. Tuż obok grupa Indian z Hondurasu gra swoją nostalgiczno-ludową muzykę. Z otwartych drzwi i okien kafejek i barów otaczających rynek czy wychodzących na tutejszy deptak buchają przejawy wieczorno-nocnego życia i muzyka z wszelkich zakątków Meksyku i świata. Tu nie chce się iść spać, tu trzeba wypić szklanicę mezcala, tequili czy drinka przyrządzonego przez indiańską barmankę. I wchłonąć magiczną atmosferę miejsca.

11 dzień San Cristobal, Chamula, Zinacantan

    Po śniadaniu w malowniczej Casa Mexicana idziemy w miasto by przywitać Indianki niosące na targ swoje bajecznie kolorowe wytwory, hippisów rozkładających swoje kramiki na skrzyżowaniu ulic, sprzedawców otwierających niezliczone sklepiki, czy księdza nawracającego młodego Indianina w pięknej Templo de Santo Domingo. Życie na głównym placu miasta – Plaza 31 de Marzo, gdzie w cieniu krzyża i pohiszpańskich kościołów Indianie z okolicznych gór rozpoczynają swój codzienny rytuał oczekiwania, zaczyna toczyć się coraz żywszym tempem.    

   Jeszcze kilka zdjęć i czas w drogę. Dzisiaj jedziemy do dwóch małych indiańskich mieścinek, San Juan Chamula i Zinacantan. Niemal ze sobą sąsiadują a zamieszkują je zupełnie różne nacje Indian, niezbyt zresztą się lubiące. W Chamula rządzą Indianie Cocyl. Mają tu swoją policję, swój sąd i prawo oraz władze. Wywalczyli sobie znaczną autonomię.

I dość bezwzględnie łupią turystów, którzy ciągną tu jak meksykańskie pszczoły do miodu. Magnesem jest niezwykły kościół, a w szczególności jego niedostępny dla kamer i aparatów wewnętrzny rytuał. Gdy przekracza się kolorowy portal, wkracza się w zupełnie inny, nierzeczywisty świat. Na posadzce, pomiędzy długimi igłami tutejszej sony zalegającymi kilkucentymetrową warstwą podłogę, Indianie zapalają dziesiątki małych świec. Każda z nich oznacza życzenie lub prośbę do jednego z dziesiątków indiańskich bogów.  Dym, poprzez który wpadające przez niewielkie okna światło oświetla magicznie postaci siedzące na podłodze i odprawiające swoje rytuały, maluje wnętrze miękkimi barwami. Pomruk modlących się do chrześcijańskich figurek Indian, dla których przedstawiają one de facto prekolumbijskich bogów, niesie się po otwartej przestrzeni jednonawowego kościoła pozbawionego ławek czy klasycznych ołtarzy. Ozdobne, złocone ramy obrazów są puste. Rytuał modłów kończy niewielki posiłek i popijanie niskoprocentowego pulque. Wszechobecne dzieci dostają coca-colę (ta wyparła tradycyjny słodzony napój) z kilkoma kroplami alkoholu. Delikatnie przesuwamy się pomiędzy nie zwracającymi na nas najmniejszej uwagi Indianami. Dla nich nas tam nie ma.

   Miejsce jest tak niezwykłe, że chciałoby się siąść pośród igliwia i przyłączyć do tubylców. Ale cóż, trzeba iść dalej. Na zewnątrz dopada nas chmara oferujących lokalne wyroby, nie dających się zbyć byle zakupem dzieciaków.

   Zaopatrzeni w indiańskie wyroby przemieszczamy się do kolejnej wioski. W Zinacantan panuje cisza, spokój i porządek. Nie ma już tej nachalności, ale i tego niezwykłego kolorytu Chamula. Spokojnie oglądamy wnętrze domu zamienionego na warsztat tkacki i sklepik oferujący kolorowe wyroby. W oczekiwaniu na przyrządzenie na palenisku lokalnych tacos zwiedzamy pobliski kościółek delektując się niezwykle kolorowymi niewielkimi wypiekami sprzedawanymi przez odświętnie ubrane indiańskie kobiety.

   Wracamy do San Cristobal. Zwiedzamy piękne zabytki miasta, snujemy się po jego kolorowych ulicach, zasiadamy w lokalnej knajpce by coś przegryźć lub wypić kawę w płonnej nadziei, że tym razem nie będzie to przyrządzona na amerykańską modłę cienka breakfast coffee. Urokliwe miasto, w którym czas niemal zatrzymał się w ubiegłych stuleciach, to zdecydowanie miejsce z którego nie chce się wyjeżdżać. Pewnie jeszcze tu wrócimy. Na dłużej.

12 dzień Aqua Azul, Palenque

   Dzisiaj jedziemy z niezapomnianego San Cristobal do Palenque, jednego z najważniejszych miejsc związanych z kulturą Majów. Z ponad dwa tysiące metrów wysokich gór, gdzie mieszkają Majowie – górale, na wapienne niziny i w nieprzeniknione dżungle, czyli tereny na których Majowie stworzyli swoje najznakomitsze miasta-państwa, z których niewiele utrzymało się do czasów przybycia Hiszpanów w XVI wieku. Większość z niewyjaśnionych do dzisiaj przyczyn (zostały opuszczone, zdobyte lub wymarły) opustoszały w X – XII wieku.

   Droga pełna zakrętów i serpentyn opada szybko w dół. Krótka przerwa na kawę i przymierzanie sombrero i jedziemy dalej. Dłuższy przystanek mamy przy malowniczych, turkusowo-lazurowych kaskadach wodnych Aqua Azul. Po krótkim spacerze wzdłuż wodospadów zaopatrzeni w stroje kąpielowe zanurzamy się rześkiej, czystej wodzie. Pływamy do woli. To znakomite antidotum na karkołomną jazdę i marcowy upał. Taka kąpiel dobrze wpływa na nasz apetyt. Pośród dziesiątków straganów z indiańskimi i indiańsko-podobnymi dobrami rozlokowało się kilka lokalnych knajpek. Z widokiem na wodospady lub nie. Siadamy w jednej z nich delektując się pyszną, okazałą rybą z grilla, guacamole czy tacosami. Wyluzowani i zrelaksowani wsiadamy do naszej zebry i mkniemy dalej.

   Byle przed zachodem słońca zdążyć zanurzyć się w hotelowym basenie i kontynuować przyjemność moczenia się w cieplutkiej wodzie.

13 dzień Bonampark, Yaxchilan, Gwatemala

13-tka powinna być dla nasz szczęśliwa. Zapowiada się nadzwyczaj ciekawy dzień. Zapuszczamy się głęboko w tropikalną dżunglę w poszukiwaniu dwóch magicznych miast-państw Majów, Bonampark i Yaxchilan. Od samego początku towarzyszy nam lokalny przewodnik, władający wieloma językami samouk Victor, znawca kultury Majów. Sam zresztą jest potomkiem europejczyka i indiańskiej kobiety Majów.

Gdy docieramy w okolice Bonampark przesiadamy się do latynoskiego minibusa i wyboistą, bitą drogą docieramy pod ruiny dawnego, osaczonego przez tropikalne lasy miasta Majów. Tylko niewielka jego część wydarta jest dżungli. Wiele obiektów, jeszcze nie odkrytych lub odkrytych tylko częściowo, ginie w zielonej otchłani. My mamy niewątpliwą przyjemność podziwiać wspaniałe resztki świątyń, piramid, stelli czy wyrytych w kamiennych blokach niezwykłych płaskorzeźb, których rysunek i forma zaskakują swoją finezją i dekoracyjnością. Nie bez kozery uważa się, że artystyczna spuścizna Majów jest najwspanialszą w całej Mezoameryce.

Ale to po co tu przyjechaliśmy jest jeszcze przed nami. Musimy wspiąć się stromymi kamiennymi schodami w górę, by móc podziwiać piękne, najlepiej zachowane z odkrytych, choć niestety częściowo zniszczone przez niedbalstwo archeologów, magiczne malowidła Majów. To co dla nas się zachowało, obrazy z życia, walki i świętowania Indian powala swoją formą i kolorem. Oraz wartością poznawczą. Jak na dłoni widzimy ich rytuały, barwne stroje czy finezyjne, pełne piór nakrycia głowy. Piękne.

A w dole, tuż przy ścieżce zapraszają nas skromne, acz niezwykle gustowne wyroby z naturalnych surowców dżungli wykonywane przez cudem ocalonych od zagłady, ubierających się w proste białe stroje Indian Lacandon. Oczywiście robimy u nich zakupy, wręczamy maluchom kolorowe maskotki z których cieszą się niezwykle i… jedziemy dalej.  

   Kierunek Yaxchilan. To już granica z Gwatemalą. Aby dostać się do kolejnej dawnej siedziby Indian musimy popłynąć łodzią szeroką graniczną rzeką Usumacinta. Metys odpala silnik swojej Yamachy i suniemy kilkadziesiąt minut w dół rzeki, której poziom pozwala na swobodne żeglowanie. Ale bywa, że wielka rzeka w porze suchej zamienia się w pełen meandrów strumień, by w pełni pory deszczowej podnieść swój poziom o kilkanaście metrów wspinając się wysoko w górę stromych, porośniętych tropikalnymi drzewami brzegów tworząc ogromną, głęboką rzekę. Natura potrafi być niezwykła.

   Stromymi stopniami wspinamy się w stronę kamiennego miasta Majów. W wydartej dżungli przestrzeni podziwiać możemy klasyczne przykłady prekolumbijskiej architektury tego rejonu. Wspaniałe, ażurowe „grzebienie” wieńczące szczyty budowli wspinających się dziesiątkami stopni ku niebu. Bo przecież  sztuka, w tym i architektura Majów nie była abstrakcyjna, oderwana od rzeczywistości czy wierzeń. Wysokie, strome budowle odzwierciedlały zamykające Jukatan od południa wysokie góry, miejsce styku ziemi i nieba, rejon przebywania bogów. Stąd i zwieńczeniem piramid są wspaniałe świątynie.

   W jednej z nich znajdujemy bezgłową figurę jednego z bogów indiańskich, strąconą zapewnie przez konkwistadorów. Kamienna głowa znaleziona kilkadziesiąt metrów w dole pod piramidą spoczywa obecnie w ciemnej celi przylegającej do pomieszczenia z ciałem boga.  Legenda mówi, że gdy głowa z powrotem połączy się z kamiennym ciałem świat, który otacza boga i świątynię zapadnie się. Nastąpi jego koniec. Archeologowie niepomni tej przepowiedni planują scalenie wielkiej figury. Oby jak najpóźniej…

   Wracając przybijamy do brzegu, chyba trochę nielegalnie, po drugiej stronie rzeki. Czyli w Gwatemali. Ale nikt się we wiosce specjalnie naszej wizycie nie dziwi. W podszytej wiatrem knajpce, przy dźwiękach krzykliwej muzyki dobywającej się z archaicznej szafy grającej, degustujemy gwatemalskie piwo. Nieoczekiwanie do pląsów zbiera się korpulentna dziewczyna porywając do tańca jedną z naszych pań. Przy ogólnym aplauzie i trzasku migawek aparatów fotograficznych zawładnęły całym parkietem, czyli podbetonowanym klepiskiem przykrytym dachem z rzadkiej trzciny. Po szaleństwach tańca dziewczyna wyłożona na hamaku rozwieszonym pomiędzy drzewami długo żegna nas przeciągłymi całusami wydmuchiwanymi z jej dłoni w naszym kierunku. Bye, bye Gwatemala…

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.