Zapiski z Meksyku cz.1

Witam,

dzięki Esterze Hess i jej biurze podróży ESTA z Poznania http://www.esta.net.pl/ przez trzy tygodnie przemierzałem piękny Meksyk. Od krainy Azteków po terytoria Majów, od miasta Meksyk po Cancun.

Dzięki, Estera, było super.

Poniżej przedstawiam zapiski z tej podróży robione na bieżąco w trakcie jej trwania. Zapraszam.

Bienvenido a Mexico!

Dzień pierwszy. Odlot.

   Do Mexico City lecę przez Frankfurt. Tam mam dwie godziny „na przesiadkę”. Samolot z Poznania do Frankfurtu jest opóźniony około godziny. Już w Poznaniu robi się więc gorąco. A wysokie temperatury zapowiadano dopiero na Meksyk. Dajemy radę. Po dwunastu godzinach lotu wita mnie Nowy Świat.

Dzień drugi. Meksyk FD.

   Temperatura jest taka, jaką obiecywała Estera. Cieplutko. Zrywam się z rana, bo w planach…ho, ho! Zaczynam od wysokiego „c”, bo od bodaj najpiękniejszego budynku w mieście Meksyk ery kolonialnej – Palacio de Bella Artes. A potem jest już jak u Hitchcocka, najpierw trzęsienie ziemi a potem dramaturgia wzrasta. Spaceruję po nadzwyczaj urokliwej dzielnicy Alameda Central, kupuję znaczki do Polski w najdroższej poczcie świata, piję kawę w niezwykłej Casa de los Azulejos by miejskim deptakiem dotrzeć na sławny plac Zocalo.

   Pierwsze kroki kieruję tu do budowanej przez konkwistadorów przez 200 lat katedry, która powstała na gruzach azteckiej stolicy Tenochtitlan. Jej wnętrze po prostu zachwyca.

Dalej odwiedzam Palacio Nacional, który stoi w miejscu dawnego pałacu Montezumy, a który zamieszkiwany był przez samego Hermana Cortesa. Miejsce to ozdobił gigantycznymi muralami z własną wizją historii Meksyku rewolucyjny malarz Diego Rivera.   

Jeszcze tylko pyszny lanczyk ze sławną soupa azteca i już zabieram się za poznawanie tajemnic Azteków w gigantycznym Muzeum Antropologicznym. Punktem kulminacyjnym jest niezwykły kalendarz Azteków. Który w świetle najnowszych badań nie jest już kalendarzem a indiańską wizją stworzenia świata. Choć i ta teoria ma swoich przeciwników.

   Dzień kończy imprezowa przejażdżka łodzią po ostatnim zachowanym azteckim kanale w Xochimilco. Wieczór umilają meksykańscy muzycy mariachi, muzyką porywając nas do tańca na wątłych stołach łodzi. Oj, ale się działo…

Dzień trzeci. Teotihuacan.

Dzisiaj byłem w miejscu magicznym. Powstało setki lat przed naszą erą. Zniknęło po kilkuset latach naszej ery. Było miejscem gdzie człowiek stał się bogiem. Było najważniejsze dla niezliczonych pokoleń Indian prekolumbijskich. Nie wiadomo, kto je stworzył. Nie wiadomo dlaczego zostało zniszczone i opuszczone. Ogromne piramidy Słońca i Księżyca pozostały niemym świadkiem tamtych wydarzeń, a niemal jedyną wiedzę o nich czerpiemy z legend i mistycznych opowieści. A przecież było to potężne miasto mezoameryki. Istniało naprawdę. Zamieszkiwało je ponad sto tysięcy ludzi, co na owe czasy było rzeczą niesłychaną. Dzisiaj pozostała po nim cisza odbijająca się od murów Alei Zmarłych. Wiatr od gór gna suchy piasek zasypując ślady stóp, które pozostawiły duchy indiańskich wojowników i kapłanów. Kamienny Quetzalcoatl, Pierzasty Wąż, swoimi obsydianowymi oczami cierpliwie wypatruje końca świata, który wieszczą indiańskie kalendarze. Teotihuacan. Byłem tu dzisiaj przez chwilę. Myślami zostanę na zawsze.

W cieniu tego spotkania pozostały miejsca ważne, które dzisiaj również znalazły się na moim szlaku. Jak Plac Trzech Kultur, gdzie w jednym miejscu znaleźć można budowle Azteków, konkwistadorów i współczesnego Meksyku. Wraz z ich niezwykłymi historiami.

Jak Bazylika Matki Boskiej z Gwadelupy. Miejsce bodaj najpotężniejszego kultu maryjnego na świecie. Jej przepiękna architektura zapada się w otchłań zasypanego resztkami azteckich budowli niewidzialnego jeziora.

Dzień czwarty:

motyle Monarcha i Morelia

Dzisiaj opuszczam niezwykłe, położone ponad 2000 metrów npm, miasto Meksyk. Widziałem tu bardzo wiele, a chciało by się jeszcze więcej. Ale cóż, czeka dalsza meksykańska przygoda.

Jadę do Morelii, kolonialnej stolicy stanu Michoacan. Po drodze planuję odwiedzenie jednego z cudów natury. Położonego w lasach sosnowych na wysokości ponad 3000 metrów npm rezerwatu El Rosario. Tutaj z odległego pogranicza Kanady i Stanów Zjednoczonych coroczne przylatują pomarańczowo-czarne motyle Monarcha. Ich populację szacuje się na sto milionów! Na gałęziach sosen tworzą przeogromne żywe „kiście”. Kiedy po wspinaczce górską ścieżką z której unosiły się tumany delikatnego jak pył piasku dotarłem na miejsce poczułem się rozczarowany. Słońce, które to przebijało się przez chmury, to chowało się za nim zniknęło za białymi obłokami. Motyle ukazały się jako szaro-brązowa masa wisząca na drzewach. Nieliczne osobniki latały nad głowami turystów, lądując od czasu do czasu u naszych stóp. Zrobiłem kilka zdjęć i z nietęgą miną zaczynałem myśleć o powrocie. Gdy wtem wyszło słońce. I zdarzyła się rzecz  niesłychana. Las ożył! Setki tysięcy pomarańczowych motyli zerwały się do lotu w poszukiwaniu wody i pożywienia w igłach drzew. Widok był wprost niewiarygodny!!! Były wszędzie – latały wysoko w górze i tuż obok nas. Lądowały na głowach, rękach, ubraniach i aparatach. Byłem po prostu oczarowany.

   Tortilla z niebieskiej kukurydzy nadziewana różnorakim, pysznym farszem w jednej ze skleconych naprędce drewnianych restauracyjek na szlaku była smakowitym zwieńczeniem nadzwyczaj udanego przedpołudnia.

Czas w drogę, bo mam jeszcze spory odcinek do przejechania. Po drodze odwiedzam duży, tradycyjny meksykański dom.

   Morelia wita piękną kolonialną kamienną architekturą w centrum zabytkowego miasta i osadzonym tuż za rogiem koło przepięknej katedry hotelikiem z epoki konkwistadorów. Rozsiadam się na kolorowych poduchach w przestronnym, pełnym kwiatów i tropikalnej roślinności patio. Przyjemnie szumi woda z kamiennej fontanny. Pyszna kolacja, spacer „Morelia by night” i mogę iść spać.

Dzień piąty.

Morelia i Patzcuaro

 Dzisiaj zwiedzam dwa kolonialne miasta w dostatnim stanie Michoacan – Morelię i Patzcuaro. Czytając przewodniki, wydają się być podobne. Piękne barokowe pałace i kościoły, bardzo dobrze zachowana XVI-to wieczna kolonialna zabudowa. W rzeczywistości są zupełnie różne.

Morelia została zbudowana przez Hiszpanów dla Hiszpanów, Patzcuaro przez Indian Tarasków. Ale jako że za czasów ambitnego biskupa Vasco de Quiroga, który stworzył w Patzcuaro społeczne, kulturalne a zwłaszcza religijne centrum stanu, i tu powstało wiele wspomnianych wspaniałych budowli. Jednak charakter miasta wyznacza indiańska zabudowa. Niskie, co najwyżej piętrowe budynki wykonane z gliny, malowane na czerwono i biało. Morelia to kamienna, dwupiętrowa architektura pełna przepychu, ornamentów i żelaznych balkonów. Patzcuaro jest prowincjonalne, obecna stolica stanu, Morelia, jest kolonialno-wielkomiejska. Przyciąga tu wzrok piękna strzelista katedra, niemal na każdym skrzyżowaniu starego centrum dostrzec możemy kolejne kościelne wieże. Dumne pałace zdobią prostokątnie ułożone ulice. W jednym z nich, Palacio de Gobierno,  podziwiam monumentalne murale Alfredo Zalce. Włóczyć się tu można dzień i noc. Atmosfera miejsca wciąga, zaprasza do uczestnictwa w gwarnym życiu Morelii.

Patzcuaro oferuje coś diametralnie różnego. Małomiasteczkowy spokój, lekko leniwą atmosferę, podcienia starych budowli zapraszają by siąść tu choćby na chwilę i wypić meksykańską kawę czy sok ze świeżo wyciskanych owoców. Życie koncentruje się wokół rynku i na targowisku usytuowanym przy nadzwyczaj ciekawym, zamienionym na bibliotekę kościele. Klimat bazaru przyciąga jak magnes. Daję się namówić na kosztowanie tropikalnych owoców, wącham i kosztuję dziesiątki przypraw, degustuję meksykańskie sery. Zaopatrzony w „targowe” artykuły wracam do Morelii. Kolacja w patio kolonialnego hotelu smakuje wyśmienicie.

Dzień szósty.

 Taxco 

Taxco w stanie Guerrero to nadzwyczaj urokliwe, położone na wysokości ponad 1500 m npm miasteczko wspinające się wąskimi, krętymi uliczkami na wielką górę. Jego centralną część zajmuje fantastyczny kościół świętej Priski. Ale nie tylko dla niezwykłych walorów samego miasta tu przybyłem, ale również i dla czegoś, co bezpośrednio łączy się z kościołem. Postawił go jeden z najbogatszych ludzi Meksyku XVIII wieku, Jose de la Borda. Właściciel wielu kopalń srebra w tym rejonie. Gdy zakończył swe dzieło, powiedział: „Bóg dał Bordzie, to i Borda dał Bogowi”. Po czym zmusił biskupa, by jego syn został dożywotnio księdzem kościoła świętej Priski.

Wielu pań dzisiaj w Taxco nie trzeba do niczego zmuszać. Bordzie i tutejszym jubilerom zawdzięczają odświeżenie swoich kolekcji naszyjników czy bransoletek. Panowie – ciut chudsze portfele.

Wytchnieniem od zakupów jest lunch na dachu restauracyjki opierającej się niemal o ścianę kościoła i znakomity widok na miasto i otaczające je góry. W takim miejscu lokalny przysmak guacamole smakuje podwójnie dobrze.

Zwiedzam miasteczko, penetruję tutejsze targowisko, wspinam się ciasnymi uliczkami do kościółka de Guadelupe, gdzie tutejsze dzieciaki puszczają kolorowe latawce.

Przejazd lokalnym „chicken taxi” i wjazd kolejką linową na jeden ze szczytów, na którym usytuowany jest mój hotel z bajecznym widokiem na całe miasto, niemal kończy dzień. Niemal, gdyż zostały jeszcze fajerwerki i skoczna muzyka w wykonaniu meksykańskiej kapeli wieńczące ciepłą niedzielę. No i długie rozmowy przy tequili na trawniku basenowym. Pode mną skrzy się milionami światełek Taxco, nad głową roziskrzone gwiazdami niebo. Nikomu nie spieszy się do łóżka…

Dzień siódmy.  Cholula Puebla

   Jadę dalej. Kierunek Cholula i Puebla. Pogoda sprzyja ciągle nadzwyczajnie. Dwadzieścia kilka stopni, słońce. Meksyk! Po drodze mijam dwa fantastyczne wulkaniczne pięciotysięczniki, zamienioną w wielkie szczyty nieszczęśliwą parę kochanków, Popo i Ixta. Jest tak ciepło, że nawet na nich lód stopniał. Nie są pokryte białą czapą, jak zazwyczaj bywa.

   Pierwszy ważny przystanek to Cholula i jej ogromna indiańska piramida, której kolejne etapy budowy trwały około tysiąca lat. Rozbudowywało ją kilka kolejnych plemion, które zajmowały te tereny na przestrzeni wieków. Od 200 p.n.e. do 800 n.e. Na szczycie piramidy stoi obecnie kolonialny malowniczy kościół o niezwykłych freskach. Stamtąd wypatruję wierzchołków czterech wulkanów usytuowanych opodal Choluli. Ucztą dla oczu są popisy voladores – „latających ludzi” okrążających głową w dół trzynaście razy ogromny pal do którego przyczepione są końcówki lin. Ucztą dla ciała jest degustacja sławnych suszonych robaków z Cholula. Ucztą tylko dla odważnych.

   W Cholula, na jego peryferiach, odwiedzam również nadzwyczaj malowniczy indiański kościółek Santa Maria Tonantzintla. Określenie „ludowy barok” nie do końca oddaje jego istotę. To „indiański barok”. Tutaj figury katolickich świętych utożsamiają indiańskich bogów, niewiarygodna wręcz ornamentyka wnętrza to mieszanka wierzeń indiańskich i religii chrześcijańskiej. Niestety obowiązuje absolutny zakaz wykonywania zdjęć. Indianie pilnie strzegą swoich duchów.

   Jeszcze kilka kilometrów i jestem w kolonialnym Puebla, jednym z najlepiej zachowanych hiszpańskich miast Meksyku. Ale najpierw czas na lunch. Trafiam do meksykańskiej rodzinnej restauracyjki.  Zamawiam tradycyjnego kurczaka w pikantnym sosie czekoladowym – mole poblano. Jest pyszny. Ale furorę wśród gości robi chile en nogada, danie w barwach narodowych Meksyku. Wszyscy przed degustacją rzucają się na nie z aparatami. Jest wdzięcznym obiektem dla fotografów. Dla smakoszy również. Meksykańskie piwo, tequila z pikantnym sosem pomidorowym, pyszne jedzenie oraz wyrosły jak z podziemi uliczny grajek powodują, że w doskonałym nastroju ruszam na miasto.

   Jest urocze. Piękne kamienice z żelaznymi balkonami, kościoły i kościółki, Żelazny Dom Gustawa Eiffla to dopiero początek. Zwiedzam kościół św. Dominika z niezwykłą Kaplicą Różańcową, Katedrę u wejścia do której wita mnie Pan Fotograf z archaicznym, ogromnym polaroidem. Jeszcze chwila spaceru i ląduję w starym klasztorze. Ale już nie zwiedzam. Tu śpię w jednej z klasztornych cel. Atmosfera miejsca jest niezwykła, a usytuowanie w samym centrum miasta powoduje, że po znakomitej kolacji czas wyruszyć w miasto. Puebla by night!

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.