Kalinka u wód. Jurajskich.

   Magiczny Szlak Orlich Gniazd, białych zamków osadzonych pośród wapiennych ostańców, był naszym celem na weekendowy wypad. Jadąc z Kalinką przez Polskę dotarliśmy wieczorem do bram Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Już z daleka dostrzegliśmy wystającą wysoko ponad horyzont wieżę klasztoru paulinów na Jasnej Górze. Niepodważalny znak, że zbliżamy się do Częstochowy. W trakcie mijania klasztoru opowiadam Kalince jego historię. Jest wyraźnie zainteresowana. Gdy dostrzega przydrożny hotel apeluje o zatrzymanie się na noc i wieczorne zwiedzanie świątyni.

   Podchodzimy blisko murów otaczających wyniosłą budowlę. Kalince wyrywa się: „Ale ogromny!”. Faktycznie. Zabudowania klasztorne i kościół wysoko wznoszą się powstałą pomiędzy XV a XIX wiekiem wspaniałą architekturą w nabierające różowo-szarych kolorów niebo. Wrażenie robi ołtarz zawieszony na murach w stronę setek krzeseł ustawionych na otwartej przestrzeni parku. „Wejdziemy tam?” – pyta. Jeśli tylko będzie się dało – jasne! Kalkę fascynuje tu wszystko. Wielka mozaika ułożona z dwukolorowej kostki przed wejściem do klasztoru przedstawiająca herb paulinów, bramy prowadzące na główny dziedziniec, schody biegnące w stronę Wieczernika i Skarbca. Wspinamy się nimi w stronę ołtarza na murach. Widok stąd na miasto i park jest wspaniały, ale sam ołtarz jest szczelnie zagrodzony. Spacerujemy więc dalej. Z klasztornych murów dostrzega Kalinka monumentalne rzeźby osadzone na skale pośród gęstego lasu. To Droga Krzyżowa, ostatnia jej stacja, czyli Złożenie do Grobu. Teraz wędrujemy wzdłuż murów wypatrując kolejnych stacji. Każdej z nich poświęcamy sporo czasu, a ja odpowiadać muszę na szereg trudnych pytań. Gdy przekroczyliśmy połowę Drogi, Kalinka dochodzi do wniosku, że oglądamy ją w niewłaściwej kolejności i zacząć musimy od początku by skończyć na ostatniej stacji. Ups, jak tu odmówić dziecku, skoro rozumowanie jest na wskroś logiczne. Z kłopotu wybawiają mnie strażnicy klasztorni, informując, że opactwo jest zamykane. Niemal w biegu podziwiamy armaty wycelowane w niebo na jednym z bastionów. Jest to przyczynkiem do opowieści o potopie szwedzkim i obronie Jasnej Góry, co zajmuje nam drogę do wejścia do kościoła, który jest jeszcze otwarty. Rozświetlone wnętrze ozdobione niezliczoną ilością medalików i dewocjonalii gromadzi spory tłum żarliwie modlących się wiernych do odsłoniętego obrazu Czarnej Madonny. Atmosfera miejsca jest mistyczna ale i trudna do zaakceptowania dla Kalinki. Szybko proponuje: „Chodźmy na wieżę”. Niestety, jest już zamknięta. Chwilę jeszcze buszujemy po klasztornych zakamarkach i niemal ciemną nocą wracamy do samochodu biegając między słupami światła dobywającymi się z reflektorów oświetlających ogromne mury obronne.

   Po pysznym śniadaniu w utrzymanej we francuskim klimacie restauracyjki hotelowej  pytam Kalinkę czy wchodzimy na wieżę czy jedziemy zdobywać zamki Szlaku Orlich Gniazd. Decyzja nie jest łatwa, ale zamki górą.

   Pierwszy z nich to osadzone na wzgórzu potężne ruiny zamku olsztyńskiego. Ta działająca na wyobraźnię twierdza powstała w XIV wieku i służyła obronie państwa Polskiego przed najazdami ze strony Śląska i Czech. Jej upadek to szwedzki najazd w latach 1655 – 1660. Wspinamy się wąską ścieżką do widocznej jak na dłoni groty usytuowanej u podnóża zamku. Smoka, niedźwiedzia czy nietoperzy nie spotykamy, więc pniemy się dalej do rozświetlonego porannym światłem otworu okiennego w murze. Tu, podziwiając ruinę, Kalinka zaskakuje mnie pytaniem: „Nie szkoda było Szwedom burzyć taki piękny zamek?”. Moją skomplikowaną odpowiedź kwituje stwierdzeniem: „Żal mi tego zamku…”. Tylko dziecko potrafi tak spersonifikować ruiny.

   Wspinaczka na resztki zamkowego dziedzińca jest długa. Zaliczyć musimy wszystkie większe i mniejsze białe wapienne ostańce, jeśli tylko da się wejść na ich szczyt. Każdy zaliczony głaz kwitowany jest takim samym zachwytem zdobywczyni: „Jestem na najwyższej skale!”. Radość jest niezwykła. W końcu docieramy pod jedną z okazałych baszt. Widok stąd na pełną pagórków i wzniesień okolicę oraz pozostałą część zamku jest wspaniały. Zostalibyśmy tu pewnie dłużej, gdyby Kalinka nie dojrzała na sąsiedniej wieży maleńkich postaci ludzi i jeszcze mniejszej lunety. „Tam można wejść!” i już pognała na drugi koniec warowni. Kolejny bilet wstępu i stromymi schodami wspinamy się na prostokątną basztę. Luneta jest gratis, więc spędzamy przy niej sporo czasu. Tu na pewno jesteśmy w najwyższym dostępnym punkcie.

   Stąd też dostrzegamy plac zabaw usytuowany tuż pod zamkiem. Spędzamy na nim kolejne długie minuty korzystając z jego atrakcji i ścigając niezliczoną ilość pasikoników, które zapewnie znudzone uciekaniem siadają na ręce Kalinki. Ku jej niezwykłej uciesze.

   Pora w drogę. Przed nami jeszcze masa zamków i innych atrakcji. Pierwszą z nich jest Złoty Potok i pałac Raczyńskich osadzony w parku nad stawem i niewielkie muzeum Zygmunta Krasińskiego. Zachwyt dziecka budzi tylko odnowiony dworek. Wymagający natychmiastowego remontu pałac omija szerokim łukiem. Jest brzydki, tak krótko kwituje niechęć do przyjrzenia się bliżej okazałemu budynkowi. 

   Po dosłownie kilku kilometrach jazdy gęstym lasem zadaję pytanie, które kończy się nadspodziewanie długim postojem: „Tu są źródełka zdrowej, czystej wody. Zatrzymujemy się by napełnić butelki?”  Już po chwili przedzieramy się z parkingu na skrzyżowaniu dróg ku źródłom krętą ścieżką, która zatarasowana jest od czasu do czasu zawalonymi przez wichurę drzewami. Prawdziwy małpi gaj. Pokonywanie przeszkód sprawia Kalince prawdziwą satysfakcję. Gdy docieramy do źródełka zaczynamy napełnianie butelek. Kalinka chce zrobić to sama. Zanurza butelkę w wodzie po czym momentalnie wyciąga z niej rączki. „Ale zimna!” I wkłada butelkę ponownie. Chęć „posiadania” zdrowej źródlanej wody jest większa. Po chwili z triumfem pokazuje mi pełną butelkę. Zuch dziewczyna.  

   Źródła Elżbiety i Zygmunta, które odnaleźliśmy w lesie, oddalone są od siebie o kilkadziesiąt metrów. Nazwę nadał im od imion swoich dzieci przebywający tutaj poeta Zygmunt Krasiński. Występujące tu jurajskie wody podziemne charakteryzujące się najlepszą jakością (klasa I a ). Wskaźnikiem czystości wody jest występujący tutaj relikt epoki lodowcowej, maleńki skorupiak podobny do krewetki, Kiełż Zdrojowy.

   Kalinkę fascynują również wielkie przewrócone drzewa stanowiące jakby pomost pomiędzy jedną a drugą stroną jaru, którym płynie strumyk. Zainspirowana wyczynami grupy motocyklistów forsujących ekwilibrystycznie okazałe pnie też próbuje pójść w ich ślady. Na szczęście udaje się ją odwieść od tego zamiaru. Ale kto wie, co będzie za parę lat.

   Kolejny przystanek to wspaniale usytuowanie koło siebie zamki Mirów i Bobolice. Ale zaczynamy od lodów w zajeździe usytuowanym u podnóża zamku w Mirowie. Równie wielki zachwyt jak majestatyczne ruiny twierdzy budzi w Kalince murowana z kamienia miniatura zamku stojąca tuż obok restauracji. Łatwiej wspinać się na nią jej nieodłącznym towarzyszom, milusińskim przytulankom. Po dłuższej przerwie podziwiamy fortecę. Czytam Kalince umieszczoną na mosiężnej tablicy nad krzyżem historię 16-letniego Wojtka, który zginął wspinając się na mury zamku. Poza terenem będącego w trakcie prac rekonstrukcyjnych zamku wspinamy się na wszystkie dostępne skałki. Ze szczytu jednej z nich Kalinka dostrzega wspaniałą bryłę odnowionego zamku Bobolice. „Ale piękny! Chodźmy tam”. Spacer czerwonym szlakiem to kilkunastominutowa, warta włożonego wysiłku wycieczka. Odrestaurowana twierdza prezentuje się faktycznie okazale. Jej gospodarze dbają nie tylko o formę ale i o treść. Można zwiedzać komnaty i muzeum zamkowe. Odbywają się tu liczne imprezy plenerowe. Tuż obok powstaje Karczma i Stajnia Bobolice. Miejsca, gdzie będzie można i zjeść i przenocować we wspaniałej atmosferze i bezpośredniej bliskości zamku. A niedaleko, w Skałkach Mirowskich będących od wielu lat mekką wspinaczy skałkowych, miłośnicy tej formy rekreacji znajdą wszelkie niezbędne warunki do bezpiecznej wspinaczki.

   Kalinka już wcześniej zdążyła zarazić się tą formą zabawy na ściankach wspinaczkowych. Nic dziwnego, że wierciła mi dziurę w brzuchu. Jednak chylące się ku zachodowi słońce było istotnym argumentem na powrót do samochodu. Ale następnym razem na pewno mi nie podaruje.

Jerzy Pawleta

Jura Krakowsko-Częstochowska

http://www.jasnagora.pl/ – Sanktuarium Jasna Góra

http://www.janow.pl/ – Gmina Janów/ Złoty Potok

http://www.zamekbobolice.pl/ – zamek Bobolice i okoliczne atrakcje

więcej zdjęć z Jury Krakowsko-Częstochowskiej: http://jerzypawleta.pl/zamkipalace/?album=30&gallery=46

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.