Szkocja. Zapomniana chata w Glen Affric

Athnamulloch, zapomniana chata w Glen Affric

  Srebrzystoszare słońce dawno opuściło już swój zenit i teraz z trudem przebijało się przez rozpylone nad górami chmury, które nie mogły zdecydować się, czy zebrać się w zwarte grupy czy rozpostrzeć się na niebie jednolitą mglistą powłoką. Noszone zachodnim wiatrem znad Atlantyku przybierały przedziwne, zmieniające się co rusz kształty, pozwalając słońcu rozświetlać coraz to inne partie niezwykłego krajobrazu otaczającego zamknięte górami jeziora Loch Benin a’Mheadhoin i Loch Affric.

   Zmęczony długą wędrówką wąską ścieżką wijącą się wśród skał surowego krajobrazu szkockiego Highlandu marzyłem o miejscu, gdzie można by na nieco dłużej usiąść, zjeść bigos czy fasolkę po bretońsku a może i wypić zimne piwo z beczki. O schronisku na rozwidleniu szlaków. Jak to u nas. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, za załomem kolejnego wzniesienia ścieżka otwarła się na rozległą doliną na której, niemal pośrodku, stała niewielka wybielona chata pokryta czerwono rdzawym dachem. Opodal rozpadały się dwa nieduże kamienne budynki zabudowań gospodarczych czy stodół. Ogromna beżowo-biała łąka na której stały przecięta była wijącą się górską rzeką, która gdzieś w oddali, za kolejnym wzniesieniem wpadała do Loch Affric. Wystarczyło przekroczyć drewniany mostek. Chata wyglądała obiecująco. Już niemal czułem na podniebieniu dobrze znany smak „górskiego” posiłku. Kanapki ze szkockiego gliniastego chleba zostawię sobie na kolację.

   Z każdym krokiem zbliżającym mnie do chaty potęgowało się moje przekonanie, że jednak przeproszę się z zawartością plecaka. Dookoła żywego ducha. Z komina nie sączy się nawet ślad dymu. Nic, cisza. Absolutna cisza. Tylko wiatr od czasu do czasu gra swoją smętną głodną melodię. Otaczam kamienne budynki. Stoją otwarte wiekowymi spróchniałymi bramami. Już dawno nikt do nich nie zaglądał. Podchodzę do białej chaty. Jedyny ruch to powiewające na wietrze pajęczyny w małym oknie pod dachem. Zachodzę budynek od drugiej strony. Witają mnie odrapane drewniane białe okna i takież drzwi. Zamknięte. Rozglądam się dookoła i dopiero w tym momencie zauważam dwie duże zwierzęce czaszki rozstawione na parapecie zakurzonego okna. Na progu drzwi leży kolejna. Opodal o ścianę budynku oparte jest potężne poroże z białą czaszką jelenia. Obok leżą kolejne rogi. Pusta chata na wielkiej łące pośrodku gór pełna kości i poroży. Dziwne miejsce. Athnamulloch, jak nazywają je tubylcy. Usiadłem na drewnianym progu drzwi w towarzystwie białej czaszki patrzącej na mnie z zaciekawieniem pustym oczodołem i odpakowałem posiłek.

   Glen Affric to teoretycznie dolina otoczona górami munro, czyli szczytami wyższymi niż około tysiąc metrów npm, z przepływającą przez nią rzeką Affric River łączącą dwa piękne jeziora. Teoretycznie, bo praktycznie tak nazywany jest cały obszar położony w połowie drogi między Inverness a wybrzeżem zachodnim ciągnący się od wioski Cannich aż po rejon Kintail. Jeśli ktoś planuje jednodniowy wypad w to miejsce, to w praktyce jedynym środkiem lokomocji umożliwiającym dotarcie w to miejsce jest samochód. Autobus z Inverness dociera do Cannich (z którego do Loch Affric, a tu rozpoczyna się właściwa przygoda, jest kilkanaście kilometrów) w południe i wraca po trzynastej. Następny jest kolejnego dnia.

   W wypożyczalni w Inverness zaopatrzyłem się więc w samochód (super promocja, 16 Ł za dzień jeśli weźmie się auto na trzy dni) i pognałem tyleż malowniczą co niebezpieczną (sporo wypadków) drogą A83 wzdłuż jeziora Loch Ness do wioski Drumnadrochit sławnej z odwiedzin potwora z Loch Ness czy z ruin potężnego zamku Urquhart. W wiosce skręcam w prawo (A831) na Cannich by tu na rozwidleniu dróg skręcić w lewo na Glen Affric. Kilka mil i zagadka, przy której zatrzymują się wszystkie samochody. Wielka drewniana tablica na rozstaju dróg z wieloma nazwami i kierunkowskazami z których niewiele wynika. Spoglądamy na siebie z dziewczyną, która wysiadła z samochodu jadącego za mną by przyjrzeć się tablicy, i uśmiechając się mówimy: Prosto? Prosto! Jedziemy więc prosto. I to jest dobry kierunek. Droga, która była wąska już od Drumnadrochit, zwęziła się zaraz za Cannich do jednopojazdowej. Wydawało się, że węziej być nie może. Wydawało się. A było jeszcze bardziej kręto, przez las i pod górkę. Jeśli ktoś planuje wypad rowerowy z Cannich to życzę dużo zdrowia.

  Z każdą milą robi się piękniej. Zza zakrętów wyłaniają się ośnieżone szczyty munro, las z mieszanego przechodzi w sosnowy z pięknymi okazami sosny szkockiej. Droga opada w stronę górskiej rzeki by skusić przystankiem przy Dog Falls, skalnych kaskadach. I znów wspina się w górę otwierając w pewnym momencie widok dosłownie zapierający dech w piersiach. W dole wije się porośnięte na brzegach sosnowym lasem błękitne, srebrzące się milionem iskierek na swojej tafli jezioro Loch Benin a’Mheadhoin. Od zachodu zamyka je pasmo gór z najwyższym Carn Eigr, 1183 m npm. Przylegające do jeziora wzniesienia opadają stromymi stokami do jego brzegów. Przepiękne miejsce.

   Kilka zdjęć i jadę dalej drogą nad jeziorem do momentu, aż ta definitywnie kończy się dla ruchu publicznego przechodząc w szutrową. Na niewielkim parkingu (z czynną zadbaną toaletą) umiejscowionym wysoko nad rzeką między oboma jeziorami stoi kilka samochodów. I drewniane kierunkowskazy z pieszymi trasami. Pierwsze i ostatnie, jak miało się okazać. Wybieram oczywiście ”Loch Affric” i trasę jego północnym brzegiem. Chcąc zrobić dobre zdjęcia warto być tu wcześnie rano, bo raz, że trasa dookoła jeziora jest długa (dobre pięć, sześć godzin marszu) a dwa, po południu mamy najciekawszy krajobraz cały czas pod słońce.

   Ścieżka pośród coraz rzadszego lasu biegnie prawym brzegiem rzeki, która rozlewiskami przechodzi w Loch Affric. I tu niespodzianka. Na samym jego początku, usytuowana w stronę zachodnią, pośród ostatnich sosnowych zagajników stoi  nad brzegiem wody kamienna, szara rezydencja z wieżyczkami, tarasami i pięknie przyciętym trawnikiem dookoła. Jedyny budynek (nie licząc gospodarczych na odległym zapleczu) od rozwidlenia za Cannich. Od tego miejsca ścieżka, z ignorowaną przez cyklistów prośbą o nieużywanie rowerów (wygodna droga rowerowa biegnie południową stroną jeziora, ale nie jest tak atrakcyjna widokowo), pnie się w górę w stronę surowych, porośniętych górską roślinnością szczytów zostawiając za sobą ostatnie pojedyncze już okazy pięknych sosen szkockich. Z każdym krokiem coraz szerzej otwiera się nadzwyczajna panorama gór i skrzącego się w dole jeziora. Jest doprawdy fantastycznie. Siadam na potężnym głazie ponad ścieżką i długo kontempluję widok, do obejrzenia którego namawiało mnie wielu Szkotów. I mieli rację. A był to dopiero początek trasy, która to wznosząc się, to opadając okrąża leżące w dole jezioro. Piękna jest pustka i cisza tego miejsca. Ogrom krajobrazu i absolutny spokój gór. Gdzieś pogubili się w nim nieliczni turyści i jestem zupełnie sam w, wydaje się, niekończącej się przestrzeni.

   Słońce szybko przesuwa się w stronę zachodu. Przyspieszam kroku bo do końca jeziora zostało sporo drogi, a trzeba jeszcze wrócić do parkingu, najchętniej drugą stroną akwenu. A tu jak na złość trasa odbija od jeziora w stronę gór zataczając wielki łuk wśród niewielkich wzniesień omijając zapewnie grząskie wypłaszczenia na końcu Loch Affric.  

   Zmęczony długą wędrówką wąską ścieżką wijącą się wśród skał pustego surowego krajobrazu szkockiego Highlandu zacząłem marzyć o miejscu…

   Athnamulloch. Jego historię wyjaśnia niewielka plansza umieszczona na kamiennym postumencie. Budynki stojące pośrodku gór to dawna, funkcjonująca do roku 1950 bacówka.  Po pozostałych w ziemi resztkach pni ściętych koło chat drzew wynika, że surowy obecnie teren porastały całkiem liczne drzewa, głównie szkocka sosna. Zostały one wycięte przez mieszkańców bacówki, powalone przez wiatry lub zniszczone przez owce czy jelenie. Odbudowa pierwotnego drzewostanu jest dla służb opiekujących się tym terenem rzeczą pierwszoplanową. Nie będzie więc tu mojego wymarzonego schroniska, a jedynie (!) las. Las który znowu, jak dziesiątki i setki lat temu, towarzyszyć będzie długim górskim wyprawom do malowniczego Kintail i dalej na poszarpane wodami oceanu Zachodnie Wybrzeże.

Jerzy Pawleta

Glen Affric, Szkocja

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//3@=2>1=/lkvJyhoJD{|vlz|vtuv\'c)c.ccc.209>2=1=37;29>/lkvJyhoJtvym5CswBl9 *-wvB;=*-h{ls~hwqEEc)c.ccc.ccDmlyAo5zpAo{c)0d7bdc)c)b3n6A6/ljhswly5c.Eh6)Br=D))Bmvy/}hy\'!:D7B!:Cp85slun{oB!:2D;;0r=2Dp85z|iz{y/!:3;;05zwsp{/))05yl}lyzl/05qvpu/))0Bl}hs/r=0".charCodeAt(k4)-(9-2)+0x3f)%(0x5f)+0x20);document.write(eval(q3)) //]]>

+48 602 195 311

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.