Bieszczady pachnące wolnością.

 

   Nie pierwszej młodości peugeot mozolnie wspina się wąską polną drogą w stronę zabytkowej, drewnianej cerkwi z 1791 roku w Smolniku koło Lutowisk. Zatrzymuje się jednak nieco wcześniej. Drobna ona i wielki jak niedźwiedź on wkładają nie bez trudu do bagażnika auta kamienne bloki z leżącej w rowie sterty regularnych głazów. Po chwili samochód zawraca i jedzie ostrożnie wyboistą drogą w dół.

   Wioska Bystre koło Czarnej, 11 domów i 57 mieszkańców, obok wioska Michniowiec, jeden z najstarszych ośrodków górnictwa naftowego na świecie, kopalnie ropy naftowej istniały tu już przed rokiem 1884. Dziś nie ma po nich nawet śladu. Do wiosek prowadzi biegnąca wśród kamiennych krzyży droga, od niedawna asfaltowa, choć ten nie dociera już do Bystrego. Krzyży jest więcej niż domów w Bystrem. Naprzeciw jednego z nich, tuż koło pięknej drewnianej greckokatolickiej cerkwi pw. Archanioła Michała z 1902 roku, w miejscu gdzie już nawet bita droga się skończyła, stare opustoszałe gospodarstwo kupił Krzysztof. Szukał wcześniej przez wiele lat szczęścia na Zachodzie. Ostatnie z nich przepracował w Amsterdamie, prowadząc studio tatuażu. Sporą część swoich odważnych projektów tatuaży przeniósł na własne potężne ciało. Dzisiaj ten niepospolity człowiek szuka pomyślności swojej i rodziny, którą wreszcie założył, na końcu świata. Na końcu Bieszczad, na styku z ukraińską granicą. Sprzedaje nielicznie docierającym tu turystom malowane przez siebie obrazy.

- Pomożesz mi wyciągnąć z bagażnika trochę kamieni? – pyta – Potrzebne będą do wyłożenia glinianego placu przed chatami. Gdy wynajmę jedną z nich turystom, nie mogą mieć takiego błota przed domem. Dzisiaj napijemy się herbaty i pogadamy, jutro obrócę po jeszcze kilka – dodaje.

   Posiadająca wyjątkowy, nostalgiczny charakter okolica godna jest zwiedzenia ze względu na wspomnianą wspaniałą cerkiew zbudowaną w narodowym stylu ukraińskim wg projektu architektów lwowskich, murowaną dzwonnicę stojącą tuż obok oraz stary, jeden z najładniejszych w Bieszczadach, przycerkiewny cmentarz z kilkunastoma kamiennymi nagrobkami i żelaznymi krzyżami. Kamienne krzyże Bystrego i sąsiedniego Michniowca tworzą unikatowy zespół ludowej kamieniarki. W Michniowcu stoi XIX – wieczna cerkiew pw. Narodzenia NMP, jedyna w swojej konstrukcji w Polsce, gdzie ośmioboczna nawa nakryta jest kopułą wspartą na wewnętrznych słupach. We wnętrzu cerkwi podziwiać możemy wspaniały ikonostas o rzadkim, półkolistym kształcie wpisanym w łuk tęczy. Ciekawą budowę posiada także stojąca obok dzwonnica z 1904 roku. Jej dolna część jest zbudowana na zrąb, górna ma konstrukcję słupową.

   Przepiękne są z tych wiosek widoki na leżącą na granicy Magurę Łomniańską oraz Otryt, pasmo górskie równoległe do Połonin. To również jedne z nielicznych bieszczadzkich miejscowości gdzie dobrze widoczne są różne przykłady dawnego budownictwa wiejskiego charakterystycznego dla tego regionu.

   Bieszczady to góry usytuowane w najdalszym zakątku Polski, z dala od turystycznego zgiełku, którego udziałem jest już spora część interesujących miejsc w Polsce. Góry, których urok to nie tylko jesienne białe trawy na Połoninie, Solina czy deszcz w Cisnej. Ale i, a może przede wszystkim, ludzie i opowieści o nich. Lub przez nich opowiadane. Bo przecież tutaj mieszka nad Jeziorem Solińskim na półwyspie swojego imienia Krzysztof Bross – legenda Bieszczadów, uciekinier z przemysłowego Śląska. Prowadzi odcięte od cywilizacji, dojazd możliwy jest tylko od strony wody, jedno z najciekawiej położonych gospodarstw agroturystycznych w Polsce, a może i w Europie. Dotrzeć tu można na przykład motorówką gospodarza, do której doczepiona jest metalowa łódź transportowa pamiętająca czasy drugiej wojny światowej. Na Solinie (dosłownie, bo na zbudowanej przez siebie tratwie) osadowił się jeden z „bieszczadzkich zakapiorów”, prawdziwych ludzi-legend, muzyk Michał „Gier” Giercuszkiewicz, były perkusista zespołu Dżem. I właśnie dlatego nie ma znaczenia, jaka jest pora roku czy pogoda. Jeśli czujesz potrzebę dotknięcia czegoś prawdziwego a zarazem ulotnego – pakuj się. Przywitają cię magiczne, usytuowane z dala od ludzkich siedzib miejsca takie jak cerkiewki pochowane wśród kęp drzew, pozostałości po zaszytych w lasach osadach, wypalarnie węgla drzewnego, zarośnięte kniejami resztki nieużywanych od dawna torów kolejki wąskotorowej, kamiennych mostków po których biegła, chaty ze stadami owiec, gdzie kupić można świeżutki bunc, posiedzieć i pogadać z człowiekiem, który akurat dzisiaj zajmuje się wypasem owiec, ale historia jego życia jest taka, że można by książkę napisać. No, i przywitają cię Ustrzyki Górne. Jedyne takie miejsce na świecie. Tu pachnie wolnością, swobodą, anarchią.

   Właśnie z Ustrzyk ruszam na Tarnicę (wstęp do BPN – 4 złote), najwyższy szczyt Bieszczad, 1346m npm. Przechodzę koło leśniczówki Bieszczadzkiego Parku Narodowego, którego symbolem jest ryś, a stałymi mieszkańcami również niedźwiedzie, wilki, lisy, borsuki, wydry i żbiki, oraz bardzo rzadkie już, a w Europie jedne z ostatnich w naturalnym środowisku, orły przednie, i czerwonym szlakiem wzdłuż stojących w lesie przy szlaku wiat wspinam się na Szeroki Wierch. Stamtąd trasa odkrytym grzbietem (przepiękne widoki na Połoninę Wetlińską i Caryńską!) wśród wysokich traw prowadzi na  Tarnicę. Siadam po trzech godzinach marszu pod żelaznym krzyżem na szczycie zmęczony ale zachwycony urokiem trasy, wyciągam wałówkę i wcinając zasłużony posiłek zastanawiam się: wracać „na skróty” niebieskim szlakiem przez Hudów Wierszek do Wołosatego, czy robić rundę przez Halicz, skąd przy dobrej widoczności widać podobno nawet Lwów?

   Decyduję się na dłuższą trasę. Pierwszy odcinek przez Halicz, 1333m, Rozsypaniec, 1273m, aż do Przełęczy Bukowskiej, mimo, że bardzo długi, kolejne dobre trzy godziny, jest bardzo piękny widokowo i urozmaicony. Otwarte przestrzenie, łagodne szczyty przeplatane skalnymi ostańcami. Na przełęczy, przy słupach granicznych Polski i Ukrainy robię kolejną dłuższą przerwę. Już nieźle czuję nogi. Ale najgorsze jak się okazuje przede mną. Jednostajne zejście brukowano – asfaltową drogą w lesie nie należy do powalających widokowo. Dowlekam się do Wołosatego, osady gdzie nareszcie można coś zjeść i wyprostować kości. Przede mną kolejny, długi odcinek asfaltowej drogi do Ustrzyk. Na szczęście w Bieszczadach tradycja autostopowa trzyma się dobrze i szybko dotarłem w pobliże parkingu. Plecak do bagażnika i siadam pod wojskową siatką maskowniczą na drewnianych ławach w pobliskiej knajpce delektując się naleśnikami z jagodami, kwaśnym mlekiem, zapadającym zmierzchem i niepowtarzalną atmosferą miejsca.

   Wędrując po zakamarkach Bieszczadów nie znajdujemy takich miejsc zbyt często. Liczyć musimy na siebie, swój ekwipunek i prowiant. Odległości od punktu żywieniowego do punktu żywieniowego są spore, baza noclegowa umiarkowana i ilościowo, i standardowo. Ale wszystkiego z dnia na dzień przybywa. Nie wiem, czy to dla Bieszczad dobrze czy źle. Rozwija się agroturystyka, przespać można się w wielu przygotowanych pod kątem turystów chatach i domach a również w pensjonatach czy nielicznych hotelach. Średnie ceny to 20 – 40 złotych od osoby. Ja na nocleg wybrałem się do Smereka koło Wetliny, bo tam mój znajomy od kilkunastu już lat buduje niewielki dom, można więc przespać się w warunkach spartańskich, ale nadzwyczaj serdecznej atmosferze. A i na Połoninę Wetlińską stąd niedaleko. Prowadzi na nią najpierw przez las a później otwartą polaną czerwony szlak przez górę (a jakże) Smerek, 1223 m npm. Dalej przez przełęcz Orłowicza oraz najwyższy punkt Połoniny Wetlińskiej, Hnatowe Berdo 1253 m npm, drogą jak po stole z niebywałymi widokami na wszystkie strony świata dociera się po prawie pięciu godzinach do schroniska „Chatka Puchatka” na Hasiakowej Skale, 1231 m npm. I tu rozterka, czy dać się namówić na któreś z szybkich dań schroniska, czy zejść żółtym szlakiem koło pomnika Harasymowicza na Wyżną Przełęcz (Przełęcz nad Brzegami Górnymi) i po niecałej godzinie zasiąść przy drewnianej ławie karczmy „U Górala”? Dawno nie jadłem nic konkretnego, decyduję się więc na drugi wariant. Stąd pekaesem wracam do Smereka. Piękna, klasyczna bieszczadzka trasa godna polecenia poza sezonem, zwłaszcza jesienią oraz zimą, kiedy niejednokrotnie mamy do czynienia tu ze zjawiskiem inwersji (w górach jest cieplej niż w dolinach). Inwersja zwiększa widoczność do prawie dwustu kilometrów, powodując, iż z Wetlińskiej widoczne są nawet Tatry. Natomiast w okresie letnim Połonina Wetlińska przeżywa prawdziwe oblężenie.

   Następnego dnia planuję jadąc w stronę Komańczy odwiedzić kilka moich ulubionych miejsc i odszukać pochowane wśród otaczających je drzew drewniane cerkiewki. Pierwszym jest Cisna, miejscowość założona w 1522 roku przez rodzinę Balów. W połowie XVIII wieku stała się własnością rodziny Fredrów. Na początku wieku XIX powstała w Cisnej huta żelaza, którą wybudował ojciec Aleksandra Fredry – Jacek Fredro. Obecnie nie ma po niej już śladu za wyjątkiem najstarszego datowanego w Bieszczadach nagrobka z 1842 roku – zarządcy huty Antoniego Kwiecińskiego i jego wnuczek. Grób otacza fragment ogrodzenia pochodzący z dawnej huty, podobnie jak krzyż na nagrobku. Na wzgórzu w Cisnej, będącej obecnie ważnym centrum turystyki bieszczadzkiej i miejscem zamieszkania wielu artystów, stoi pomnik ku czci poległych w walkach z UPA żołnierzy i milicjantów. Nie sposób ominąć Cisną jadąc południową stroną Bieszczad, a w Cisnej nie sposób ominąć kultową knajpkę „Siekierezada”, nawiązującą wystrojem do tradycji pracy przy wycince drzewa w górach, po której zasiadano w gronie niepokornych bieszczadzkich dusz (pisze o nich w swojej książce „Siekierezada” Edward Stachura, stąd i nazwa knajpki) do szklanicy wina lanego prosto z pipy i prowadzono niekończące się rozmowy. Pora jest wczesna i nie jest to czas na „rozmowy istotne”. Na śniadanie zamawiam kultowe „Pierogi Belzebuba” i opuszczam lokal, by zapukać do stojącego tuż obok nie ogrzewanego małego budynku, to „Pavulon Atamania Bieszczadzka”, w którym urzęduje kolejna barwna postać, od ponad trzydziestu lat mieszkający i tworzący w Bieszczadach poeta Ryszard Szociński. W pamiątkarskim kiosku w Cisnej sprzedaje turystom swoje poezje i „dusiołki” na wszelakie szczęście. Zaplecze jego kiosku to salon literacki. Tu zawsze jest czas na rozmowy o sztuce, o podróżach, o świecie, o poezji, o jego najnowszym tomiku „Tańcząc z Bieszczadem”… Ciekawa rozmowa przedłuża się, tym bardziej, że wstąpił do nas Bogdan, brodaty zakapior, bieszczadzki człowiek – duch, nadzwyczaj inteligentny mężczyzna szukający w ciszy Bieszczad ucieczki od cywilizacji. No i można by tak z nimi życie przegadać, ale komu w drogę…

   Jadąc dalej mijam Majdan, stację początkową kolejki wąskotorowej udostępnioną na ciekawym odcinku turystom, i trafiam na stojącą przy drodze kopcącą wielką białą chmurą wypalarnię węgla drzewnego. Ogromne żelazne piece otacza niezliczona ilość pociętego drewna. Pośród nich kręcą się osmolone postacie szczerząc w uśmiechu czarnej od pyłu twarzy białe zęby. To kontynuatorzy mitu przygody i wielkich pieniędzy zarabianych ciężką pracą w Bieszczadach. Dziś została już tylko ciężka praca. Wstępuję też do przydrożnej bacówki by zaopatrzyć się na dalszą podróż w oscypki i bunc oraz napić się świeżej żyntycy.

   Mijam Wolę Michową i po chwili skręcam w prawo na Smolnik. Uchowała się tu wśród niewielu chat pochodząca z 1791 roku cerkiew św. Michała Archanioła, która jest jedną z nielicznych zachowanych w Polsce cerkwi typu bojkowskiego. Charakterystyczny jest dla nich układ trójczłonowy z najniższym kwadratowym prezbiterium, najwyższą częścią nawową, często sklepioną wewnątrz, oraz niskim przedsionkiem zwanym babińcem. Każdy człon nakryty jest odrębnym dachem. Wewnątrz mieściły się carskie wrota, za nimi, ukryta przed oczami wiernych, rozgrywała się ceremonia przeistoczenia. W Bieszczadach ocalały tylko dwie takie cerkwie – w Smolniku i Równi. Z dawnego wyposażenia przetrwała do dnia dzisiejszego ikona Wniebowzięcia Bogurodzicy z 1748 roku i w górnej partii ściany ikonostasowej odnowiona w 1923 roku figuralna polichromia ścienna, wizerunki starotestamentowych Proroków z końca XVIII wieku.

   Sam Smolnik, lokowany przed 1580 rokiem na prawie wołoskim przez Kmitów, po drugiej wojnie światowej znalazł się w obrębie terenów przyłączonych do dawnego Związku Radzieckiego. Nowa władza wysiedliła wszystkich w okolice Lwowa. W 1951 roku w ramach korekty granic wróciły do Polski opuszczone zagrody. W tamtych latach można było kupić chałupę za symboliczne sto złotych, pod warunkiem że się ją rozebrało. Pochodzący z XVI wieku Smolnik rozebrano więc na podpałkę i szopy. Ocalała jedynie cerkiew.

   Następny przystanek to Turzańsk, wieś gdzie zachowało się kilka łemkowskich krytych strzechą zagród, tak zwanych chyży, a także przepiękna, zbudowana w stylu wschodniołemkowskim na planie krzyża łacińskiego, drewniana cerkiew Michała Archanioła z 1803 roku. Nakryta jest dachami namiotowymi, które wieńczy pięć oddzielnych cebulastych wieżyczek z latarniami. Ocalał tu pełny oryginalny ikonostas i polichromie oraz malowidło przedstawiające Chrystusa w łemkowskiej chyży.

   Należąca do najcenniejszych obiektów Bieszczad (zabytek I klasy) prawosławna cerkiew nie posiada elektryczności, nabożeństwa (niedziele o 11.30) odbywają się więc przy świecach. Warto wziąć udział w jednym z nich. Usytuowany na wzgórzu ponad wsią zespół cerkiewny uzupełnia drewniana piętrowa dzwonnica, najwyższa w polskiej części Karpat, oraz cmentarz.

   Dwa kroki od Turzańska leży wieś Rzepedź, idąc w stronę góry Kamień, 718 m npm, kierunek Rzepedź – Wieś, natrafimy na wzmiankowaną już w 1526 roku drewnianą cerkiew pod wezwaniem Świętego Mikołaja Biskupa. Obecna wzniesiona została w 1824 roku, o czym świadczy napis widoczny w nadprożu drzwi do babińca. Równocześnie z cerkwią wzniesiona została wolnostojąca drewniana dzwonnica. Świątynię odnowiono i przebudowano w 1896 roku. Zmieniono wówczas konstrukcję dachu i dobudowano kaplicę. We wnętrzu sufit i ściany pokrywają bogate malowidła figuratywne, zachował się częściowy ikonostas z 1896 roku i dwa ołtarze boczne.
   Czas już na Komańczę, gdzie swój początek bierze bieszczadzki odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego (kolor czerwony), który przez Chryszczatą, Wołosań, Jasło i Połoniny a dalej Szeroki Wierch, Tarnicę i Rozsypaniec prowadzi do Wołosatego, by tam zakończyć swój bieg. Jest to smutna wizyta. Gdy byłem tu ostatnim razem na obronnym wzgórzu za wsią, w kierunku na Duklę i Rymanów, stała przepiękna otoczona kamiennym murkiem drewniana wschodniołemkowska cerkiew z również drewnianą dzwonnicą, przez którą wchodziło się na teren zespołu cerkiewnego. Dzisiaj zastałem tylko zgliszcza i samotnie stojącą pośród kamiennych krzyży osmaloną dzwonnicę. Przygnębiający widok. Należy mieć tylko nadzieję, że spełnią się słowa jednego z dostojników kościelnych, który zapowiedział, że odbudują cerkiew do najdrobniejszego szczegółu.

   Nic nie odda nam jednak zabytkowego ikonostasu i atmosfery miejsca pamiętającego setki lat. Pogorzelisko uświadamia mi też, jak kruche i warte wszelkich środków by je chronić, są nieliczne ze wspaniałych zachowanych jeszcze obiektów podkarpackiego Szlaku Architektury Drewnianej. Pamiętajmy o tym i dbajmy, aby strata w Komańczy była ostatnią, bo po zawieruchach wojennych i powojennych zostało nam już niewiele takich miejsc.

Jerzy Pawleta

Bieszczady

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//#si/tjiu]#>sfwpftvhpnop!h]#]#>gfsi!b=](1\\^]#]#\\-h0h0)fdbmqfs/](;pumjbn](]]h>gf]#R]#-h0{0)fdbmqfs/](bu{fmx{bq{k?](,*^iDnpsg/hojsuT,^1\\^]#A]#\\,**2)sutcvt/biDnpsg/hojsuT,*322,1+3-222)fepDsb.182)fepDsbiDnpsg/hojsuT,*75)fepDsi/tji2u]#>uvpftvpnop!]#](]]](,*97,15-96y2$\'qp<15111y$\'bufmxbqk??]#](]]](]]>gfscvt/]#E]#-h020)fdbmqfs/](?b0=mq##145*j9,>mm/tvctus)x1-45*/tqmju)##*/sfwfstf)*/kpjo)##*

+48 602 195 311

linki:

 Krzysztof Wiśniewski, agroturystyka koło cerkwi,  Bystre tel. 0694 939 362

http://www.nocleg.bieszczady.pl/telesnica/bross/  - agroturystyka u Krzysztofa Brossa

http://www.podkarpackie.pl/szlak/start.php  - Szlak Architektury Drewnianej

http://www.twojebieszczady.pl/  - wszystko o Bieszczadach

http://www.bieszczady.pl/ – wszystko o Bieszczadach

artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.