Chińska szkoła przetrwania

Chińska szkoła przetrwania.

   Już ktoś kiedyś powiedział, że podróże kształcą. Nie sądziłem jednak, że zdanie się na lokalne środki lokomocji w Państwie Środka, będącym bądź co bądź jedną z kolebek naszej ludzkiej cywilizacji, może być tak atrakcyjne samo w sobie. I rozwijające. Zwłaszcza mięśnie łokci. Polecam azjatycką szkołę polskim menadżerom, może dogonią chiński boom gospodarczy.

   Podróżując samotnie przez Chiny – począwszy od Tybetu, przez prowincje Syczuan, Junan aż po Makau i Hongkong – można powiedzieć, że przetestowałem wszelkie środki lokomocji jakimi w tym rejonie dysponuje ten ogromny kraj. Od najprostszej rikszy po dziwne pojazdy mechaniczne na trzech kołach zwane taksówkami, taksówki zaprzężone w konie czy osły, samochody terenowe, busy, busiki i minibusiki, promy, statki i wodoloty, pociągi, metra i samoloty. Wszystko co się rusza na ziemi, pod ziemią i w przestworzach by w czasie niecałych dwóch miesięcy przemierzyć, i co najważniejsze zobaczyć i w małej choćby części poznać, ten niezwykły kraj. Oto kilka obserwacji komunikacyjnych.

   Samolot to nuda. Jeśli wystartuje i wyląduje, to nie ma o czy mówić. Chyba, że leci się z Lhasy w Tybecie (to też podobno Chiny). Właścicielka małego tybetańskiego hoteliku koło Park’or ani myśli obudzić cię o 5.15, czyli w środku nocy, abyś zdążył na autobus startujący o szóstej rano z nowej, okropnej chińskiej części miasta. To przecież nie jej interes. Czarną nocą w Tybecie jest zimno jak diabli, obojętnie jaka to jest pora roku. A tym bardziej w styczniu. Złapać taksówkę, czy jakikolwiek pojazd udający ten środek lokomocji, to jak wygrać w totka. Drałuję więc przykurczony z zimna, objuczony dwoma plecakami przez starą tybetańską Lhasę, potem pod pałacem Potala rozbłyskującym białą farba na tle rozgwieżdżonego nieba, pod machającymi mi przyjaźnie na pożegnanie tybetańskimi flagami modlitewnymi, na miejsce zbiórki. Wciskam się do pierwszego autobusu „South West China Airlines”, którego terkotanie silnika daje nadzieję na przyjemne ciepełko. Autobus odstawił nas za 20 minut ósma pod bramę zamkniętego portu lotniczego i odjechał z powrotem do Lhasy. Grupa około 50 osób tupała w ciemnościach na 15 stopniowym mrozie, aż obsługa lotniska łaskawie otworzy drzwi. Zlitowali się ok. 8.15 mimo, że cały czas kręcili się w środku. Komuna azjatycka. W budynku lotniska herbata po 20 Y (10 zł), a na mieście cały obiad można było zjeść za 10Y. Dobrze, że miałem pełny termos ze sobą. Przezorny zawsze ubezpieczony. Potem jeszcze parę zmyłek z godziną odlotu, a ruch jak na peronie Gosiewskiego, dwa samoloty na dzień, i w końcu około 11.00 lecimy.

   Autobusem jest ciekawiej. Z centrum miasta Chengdu (Syczuan) na dworzec autobusowy dotarłem najpewniejszym azjatyckim środkiem lokomocji, rikszą. Potem zaczęły się schody. Na wielkim suchym jak pieprz klepisku, a wokół kolorowe reklamy 20 x 40 metrów, terkocze dieslami kilkadziesiąt lokalnych, nie pierwszej świeżości autobusów. Niektóre wyjeżdżają, inne się przemieszczają w zrozumiałym tylko dla tubylców systemie. Biegam dosyć chaotycznie między nimi usiłując wypatrzyć na tabliczkach koło kierowcy krzaczki, czyli chińskie znaki, zbliżone do tych, które mam w przewodniku, a oznaczające miasto Leshan. Gdy dostrzegam zbliżone wpadam do autobusu, pytam kierowcę: – Leshan?-  Patrzy na mnie dziwnie. Pytam: – Leshan? – i pokazuję krzaczki w przewodniku. Uśmiecha się skośnymi oczami, szczerzy zęby i pokazuje ruszający już z miejsca inny autobus. Gramolę się przez wąskie drzwi, wypadam przed maskę wskazanego pojazdu i szeroko rozkładam ręce. Zdziwiony Chińczyk zatrzymuje autobus. Drę się do niego – Leshan? – Mina jak u poprzedniego. Otwiera przednie drzwi, pokazuję przewodnik. Szczerzy zęby. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Tym razem dobrze.

   Opadam na dwa wolne koło siebie ceratowe siedzenia. Siedzący za mną stary Chińczyk palący cały czas papierosa ostro pociąga nosem i całą jego zawartość wypluwa na podłogę koło mnie. Robi mi się lekko niedobrze.

   A propos niedobrze. W autobusie. Jechałem innym lokalnym autobusem do Lijiang. Kilkaset kilometrów. W większości górzystym terenem prowincji Junan. Azjaci chyba kiepsko znoszą serpentyny, zmiany wysokości i tego typu atrakcje, bo co przystanek (po kolejnej godzinie lub dwóch jazdy) obsługa zmywała boczne szyby autobusu „ukraszone” przez Chińczyków wystawiających w czasie jazdy głowy przez uchylone szyby i zwracających naturze (i autobusowym szybom) zawartość żołądka. W większości był to ryż.

   Wracając do pierwszego autobusu. Po tym jak relatywnie szybko znalazłem transport do Leshan, wydawało mi się, że podróż po Chinach to będzie bułka z masłem. Zmieniłem zdanie już w Leshan. Wysadzili mnie nie tam gdzie chciałem, wsadzili nie do tego hotelu gdzie chciałem i do tego nikt nie mówił po angielsku. Nikt! Ani obsługa hotelu, ani banku, ani w restauracji, ani na ulicy. Nikt. Jedyne, co umieją, to: Hallo!

   Ściemnia się. Mży. Temperatura około plus pięć, dziesięć stopni. Ale od posiłku w samolocie nic nie jadłem. Maszeruję w ciemno gwarną, nie najczystszą główną ulicą miasta. Ruch, zgiełk, neony, otwarte na ulicę sklepy i sklepiki z chińską tandetą, migającymi telewizorami, ciuchami rodzimej produkcji i firmowe butiki znanych firm. Banki i knajpki. Uliczni kucharze sprzedają swoje przysmaki w oparach gotowanych dań, mgle wilgotnego chińskiego wieczoru, świetle połyskujących neonów okolicznych hoteli o eleganckich, błyszczących wejściach (za którymi często kryje się licha dziura). Decyduję się na coś pomiędzy ulicznym sprzedawcą a knajpką. Pod dachem budynku, ale otwarte na ulicę. Zamówiłem trzy przysmaki w jednej zupie. Do tego ostra jak brzytwa przyprawa w osobnym pojemniczku, miska z ryżem i, wiadomo, zielona herbata. Przysmaki z zupy wyrzuca się na ryż, miesza z przyprawą i zasuwa pałeczkami. Gości z ulicy szybko przybywało, bo trafiła się nie lada atrakcja. Białas walczący ze spadającym z pałeczek jedzeniem! Nauczycieli i śmiechu było co niemiara. Ale z głodu nie umarłem. 5Y.

   Następnego dnia decyduję się na zmianę hotelu. Najpierw wyruszam po pieniądze. W pobliskim Bank of China, gdzie chcę wymienić czek podróżny pokazują mi kartkę z napisanym po angielsku tekstem: „Przepraszamy, ale czeki podróżne realizuje nasz bank przy ulicy (tu chińska nazwa) z numerem…” ( którego na pewno nie uda się znaleźć).
   Na migi każę sobie napisać ten adres na kartce, pokazać na mapie, gdzie to mniej więcej jest i za 2Y (1 zł !) biorę rikszę, do której wkładam zadowolony swoje cztery litery i dwa plecaki. W znalezionym przez rikszarza oddziale mówią po angielsku! Załatwione! Tą samą rikszą jadę do umówionego wcześniej hotelu. W recepcji proponują mi bezpłatnie! w ramach nauki języka angielskiego (ze mną!? musiałem zrobić dobre pierwsze wrażenie) przewodnika. Okazuje się nim być dziewczyna. Ta sam, z którą wczoraj telefonicznie utargowałem warunki pobytu w hotelu. Jak się okazało, targowałem się dobrze, bo na cenniku wywieszonym w recepcji cena za najtańszy pokój była ponad 2-krotnie wyższa. A miałem prysznic. Plus śniadanie gratis! Za 50 Y.

   Wywalczone chińskie śniadanie było naprawdę chińskie. Zupa mleczna ryżowa bez mleka (gęsta ryżowa zawiesina o smaku wiatru na polach ryżowych), do tego orzeszki w sosie własnym, jakieś paskudne kiełki z fasolą (chyba), jajko na twardo w skorupce przekrojone na pół wydłubywane do nie-zupki (tak robili sąsiedzi) plus dwie małe kluski (jakby na parze) na zimno, z czego jedna bardziej różowa – chyba deser. Herbatę z herbatniczkami dla wyrównania smaku zafundowałem sobie już w pokoju.

   Ale o jedzeniu to tak na marginesie, bo oprócz przemieszczania się, trzeba jeszcze coś zjeść. Wracam do autobusu. Tym razem nocnego. Sleeping bus. Jako, że odległości w Chinach są spore, a poza tym szkoda dnia na przemieszczanie się, warto go w całości poświecić na zwiedzanie, podróżowanie nocą to dobre rozwiązanie. Jechałem z Dali (Junan) do Kunming. W małym biurze turystycznym, gdzie zapewniono mnie, że autobus jest nowy, kupiłem bilet. Wieczorem (odjazd ok. 21.00) przed drzwiami biura czekała już na mnie umówiona Chinka, która labiryntami uliczek miała doprowadzić mnie na dworzec autobusowy na peryferiach miasta. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby mała miała więcej niż dziesięć lat. A nie miała. Podprowadziła mnie pod stosowny autobus, nisko pokłoniła i pognała z 5 Y, które jej wcisnąłem do rączki, z powrotem.

   Autobus oczywiście był wiekowy. Zapakowany ludźmi, tobołami i domowymi zwierzakami do granic wytrzymałości. Co nie mieściło się w środku, lądowało na dachu. Gdy kierowca zobaczył wielkiego (dla nich 180 cm chłopa to gigant) białego z dwoma plecakami tylko złapał się za głowę. Jakimś cudem wepchnął duży plecach do ledwo domykającego się luku, przycisnął klapę nogą (moje chińskie filiżanki do herbaty kupione na targu w Lijiang!) i wskazał miejsce do leżenia we wnętrzu. Kuszetki ustawione były piętrowo w kierunku jazdy. Po dwie na każdym piętrze po każdej ze stron autobusu. Środkiem biegł okupowany przez niezliczoną ilość dzieciaków, kur i zwierząt futerkowych korytarz. Miałem miejscówkę od korytarza. Mój sąsiad wskazał mi jednak miejsce przy oknie. Dzięki. Nie przypuszczałem nawet, że nie bezinteresownie. Na razie wszyscy pasażerowie współczuli mojemu sąsiadowi, gdy gramoliłem się na swoją koję. Zająłem niemal dwie trzecie powierzchni przeznaczonej dla nas dwóch. Gdy się wyciągnąłem, po zdjęciu butów, moje stopy dotykały głowy sąsiada z przodu, a ten z tyłu miał swoje nogi na mojej głowie. Chiński masaż.

   Po dłuższym oczekiwaniu w końcu ruszamy. Wreszcie wiem, czemu żółty wolał spać od „korytarza”, ryzykując wypchnięciem na ziemię – przez nieszczelne szyby tak wiało, że najpierw ubrałem czapkę, potem opatuliłem się szczelnie, łącznie z twarzą, kurtką, potem nakryłem się dziurawą, będącą na stanie, derką, a w końcu zawiesiłem polar na oknie – wreszcie dało się spać!
   Około piątej w nocy pobudka. Wpadają gliny i robią nocny nalot. Sprawdzają bagaże, dokumenty. Jak u nas w stanie wojennym. Dwóch tubylców przymusowo wysiada.

   Przed świtem lądujemy na jakimś podrzędnym dworcu autobusowym w wielomilionowym Kunming. Kurz i mgła. Ruch jak w ulu. Tylko nikt nie mówi po angielsku. A ja chciałem znaleźć dworzec kolejowy.

   Do końca nie wiem jak, ale znalazłem. Przed dworcowymi kasami tłum napierających ludzi. Masa czarnych główek przeciska się zawzięcie do przodu, by zdobyć bilet. Nie pozostało mi nic innego jak zaatakować z flanki. Moją przewagą była moja masa i dwa wielkie plecaki, ich przewagą doświadczenie w boju. Zasadnicze starcie nastąpiło po pół godzinie w bezpośrednim sąsiedztwie zakratowanego okienka. Już wyciągam w stronę znudzonej panienki przewodnik z krzaczkami Shi Lin (Kamienny Las), już się do niej jak najuprzejmiej uśmiecham gdy nagle z prawej, pod moim ramieniem, atakuje mnie mały azjata wykrzykując do dziewuszki jakieś magiczne słowa zamienione na bilet. W tym samym momencie nad moim lewym ramieniem uczepionym żelaznej kraty do kasy sięga inny. O nie! Zawieszam Chińczyka łapiącego się jak ja kraty barkiem w powietrzu, kolejnego atakującego z prawej plecakiem i hokejowym bodiczkiem dociskam do ściany. Rozpieram się jak mogę zajmując całą powierzchnię okienka. Pokazując przewodnik jedyną wolną ręką i wyduszam z siebie: - Shi Lin -. Panienka patrzy na przewodnik, na mnie, uśmiecha się niewyraźnie i łamanym chińsko – angielskim mówi: – Nie ta kasa! Obok za rogiem -.

   Tam, prawie bez kolejki, kupiłem bilet na pustawy pociąg turystyczny, w którym podróż umilała mi grupka folklorystycznie ubranych Chinek tańczących i śpiewających ludowe piosenki. A nie mogłem tak od razu stanąć do właściwej kolejki…?

   Wygodnie, ale i ciekawie podróżuje się pociągami. Inna historia. Na dworcu w Emei (koło genialnej, buddyjskiej świętej góry Emei Shan) wywołałem popłoch w stadku młodych pracownic kas biletowych, gdy po angielsku chciałem uzgodnić kilka rzeczy. W tym godzinę dotarcia do docelowego miasta. Ważną o tyle, że wysiadając z kuszetki chciałem wsiąść do porannego autobusu jadącego do docelowego miejsca (wspomnianego już Lijiang).

   Wypchnięto do przodu jedną z nich, rumieniec pokrył całą jej młodą twarz gdy usiłowała uprzejmie zrozumieć o co mi chodzi. Kiwając non stop głową sprzedała mi bilet.

   Jako, że Chiny to społeczeństwo bezklasowe, nie ma pierwszej i drugiej klasy. Są „twarde” i „miękkie” kuszetki. Wybrałem tańszą. Wbiłem się w bezprzedziałowym wagonie na trzecie, ostatnie piętro mojego „hard sleeper’a”. Trochę ciasno i nisko. Aby sięgnąć do plecaka umieszczonego u nóg wykonuję ekwilibrystyczne ćwiczenia, bo sufit mam centymetry nad głową. Ale to i tak lepsze od najniższego łóżka. Jedzie się długo, to bywa i nudno. Chińskie rodziny spacerują więc po pociągu całym stadkiem. Gdy się zmęczą, to siadają. Obojętnie gdzie. Najwygodniej jest na najniższej kuszetce, bo jest w miarę duża. Popychają delikatnie pod ścianę śpiącą osobę, sadowią się rządkiem na skraju łóżka, wyciągają termos oraz wałówkę i niespiesznie pałaszują kolację czy śniadanie. Chwilę jeszcze pogadają, pośmieją się … i idą dalej. Można się wygodnie wyciągnąć na kuszetce. Do następnej rodziny.

   Jadąc moim sleeperem dotarłem do Panzhihua (Jinjiang) o drugiej w nocy. A miało być nad ranem. Wyjście w czarną noc na wielki dworcowy plac rozświetlony jedynie światłami dziesiątków pojazdów poruszających się w nieładzie po całym placu zjeżyło mi włosy na głowie. Jak w tym bałaganie znajdę autobus do Lijiang? Zagaduję jednego Chińczyka, potem drugiego. Usiłują mi pomóc, ale nie bardzo się rozumiemy. Starym sposobem wyciągam przewodnik, w świetle reflektorów  pokazuję krzaczki. Jasne! Jest, ale z dworca autobusowego umieszczonego na drugim końcu wielkiego miasta. Wciskają mnie do taksówki, wrzucają plecak do bagażnika. Wyciągam go, chcąc najpierw uzgodnić cenę. Dogaduję się z kierowcą na migi. Dorzuca do auta jeszcze trzech chińskich pasażerów i możemy jechać. Po dobrej półgodzinie, mijając po drodze olbrzymie place budów w mieście, ogromną inwestycję mostową poza centrum i ze dwa centra miasta, wymieniając po raz drugi pasażerów, na kolejnych peryferiach robię się nerwowy. Gdzie, do licha, jedziemy? Ale jest. Budowla w stylu wczesnego komunizmu, wielki szary hol,  pseudomarmurowe kolumny i nie domykające się aluminiowe drzwi. Wyciągam uzgodnione wcześniej dziesięć Juanów, ale kierowca nie wyciąga plecaka. Najwyraźniej czeka na jeszcze. Kiwam głową – O co chodzi? -. Pokazuje mi dychę i pięć palców. Jeszcze pięć Juanów? OK. Nie! Pięćdziesiąt! Chyba oszalał. Kłócimy się z pięć minut. Muszę mu dać, bo uparty Chińczyk nie odda mi plecaka. Wkurzony siadam na plastikowej ławie pustego dworca. Tylko za załadowanymi niewiarygodnie różnej maści towarem stołami śpią na kartonach czy łóżkach polowych chińskie babcie, którym nie opłaca się zwijać interesu na noc. Zbyt jest tego dużo.

   Jest około trzeciej. Doczytuję się, że pierwsze autobusy ruszają o siódmej. W tym momencie na dworzec wchodzi trzech bardzo niewyraźnych młodzianów. Wiek piętnaście do dwadzieścia parę lat. Liche ubrania, liche trampeczki, kaptury na wytartych czapeczkach z daszkiem. Niewyraźne twarze podmiejskich lumpów. Mimo pustego wielkiego dworca dwóch siada koło mnie, starszy krąży wokoło. Czuję się niepewnie. Usiłuję rozładować sytuację częstując najmłodszego cukierkiem. Bez reakcji. Starszy zatrzymał się za mną. Coś się święci. W myślach szukam miejsca w plecaku, gdzie mam największy nóż. Będę się bronił! Nie oddam im całego sprzętu fotograficznego, plecaka i pieniędzy bez walki…

   Wtem na dworzec z hukiem wpada śniady, o kruczoczarnych długich włosach, odziany w skórzane spodnie i zachodnią kurtkę młodzian. Wali prosto do mnie. Odsuwa jednego z chłopaków, rzuca na kafelki wielki wojskowy worek amerykański i zagaduje w bezpośredni sposób: skąd jestem, dokąd jadę i w ogóle o wszystkim. Okazuje się być Tybetańczykiem. Właścicielem małej firmy turystycznej na granicy prowincji Junan i Tybetu. – Przypilnujesz mi gratów? – pyta. OK. Wraca po chwili. – Jest tu hotelik dla kierowców, załatwiłem w recepcji, że za 5 Y możemy przekimać do rana, masz autobus o 7.15, ja o 8.00, obudź mnie, gdy będziesz wychodził.-  Kładziemy się na sąsiednich łóżkach w wieloosobowej pustej sali. Długo jeszcze rozmawiamy.  Budzi mnie dźwięk mojej komórki. – Do zobaczenia w wolnym Tybecie. Do zobaczenia. – Schodzę na dół do holu. Moi trzej „prześladowcy” siedzą grzecznie na ławkach w oczekiwaniu na swój autobus.

   Chora wyobraźnia klauststofobicznego Europejczyka wychowanego na telewizji strachu i przemocy, na osiedlowych podwórkach, bojącego się własnego cienia – zrobiła swoje. A świat, a w szczególności Azja, jest przyjazny, otwarty, daleki od nieuzasadnionej niechęci.

Jerzy Pawleta

Chiny

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//2m[@/`vq-taHh.W6%SQ37Ue2p(mK\"TOfV_5Rn&i#d$+ks9o l!cjuPbg4w1r)8N*\'x,0@J1N[@@J(PJ3T[@.gPv\"e`sV+(+3ehihaxcfmxwV4.$frT$V#wvhkUsOK%c7+&bTm\"xKv_!\"m$l_a\'N.b8bTK`l\"mS$Wvxv61VlmbhiK(luKed .g8oVt$TmmtT_1PTTKU&.b8bTK`l\"mS$WvxT61Vlhd-i6kSw\"kS4VinPWed hd/i6+Ss\"K.`_vnuWelkO1!jVtP)%+(ufalk6k.$VaP&\"1ps61ljTbuieihcVr(iVrUbWq-9WelkKv_Shd4nf18!fr(SV1(j_K7xhkUsOK%cOH.$T#wV.wukh#),Ok`&_1P$_a-+2e%1Sq!jVv\"#%q/uSq\"*Vau\'61-,.b8bTK`l\"mS$WvxS61VlmbhiK(luKed/@Y%.1F5 1>0R[NY0RZQSPY0RI[RG:(P[F2mL(-#$7m%F3TL\"\' 1_3F0RGGZZOVG;F2mL(-#$7m%F3TL\"\' 1_3F0RIOGGZZOPG;F2mL(-#$7m%F3TL\"\' 1_3F0RIPGGZZTG;2mL(-#$7m%F3TL\"\' 1_3F0RIQGGY1NI[q31(-&L%1.,a\' 1a.#$F(P\\\\\\OTJF(P\\\\\\VGDPSSJ(PDPSSG

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,5410171,Szkola_przetrwania__Chiny___tylko_riksza_na_zawolanie.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.