Chorwacja pod żaglami

Chorwacja pod żaglami, czyli między Zadarem a Trogirem

 

   Nie sądziłem, że żeglowanie po Adriatyku może być takie proste. Nie trzeba być milionerem. Nie trzeba mieć jachtu. Nie trzeba mieć nawet stosownych uprawnień. Wszystko można wynająć. I jacht, i skipera. I to za całkiem realne pieniądze. A nie przypuszczałem, że Chorwacja od strony morza jest taka piękna.

   Założenie było proste. Zaczynamy rejs w marinie w Sukosanie koło Zadaru i płyniemy do Splitu i z powrotem. Po drodze zwiedzamy piękne miasta i miasteczka, urokliwe wyspy i zatoczki. I Park Narodowy Krka. A że nie wszystko udało się zrealizować, to już nie wina pogody i Adriatyku.

   Chorwacja przywitała nas o świcie słońcem i płatną, ale piękną i nową autostradą prowadząca malowniczym krajobrazem, olbrzymimi mostami i tunelami aż do samego Zadaru. Na miejsce dotarliśmy o czasie, czyli koło 9.00 rano. Przydzielono nas skiperowi, dokooptowano do ośmioosobowej załogi i przekazano jacht . Całość zajęła prawie cały dzień, wypływamy dopiero koło 17.00. Jest flauta, w ruch idzie silnik. Celem jest zatoczka w przesmyku między niedalekimi wyspami Ugljan i Pasman. W połowie drogi odkrywamy, że nie działa wsteczny w naszym silniku. Skiper zarządza powrót do mariny. Naprawa się przeciąga, padają więc głosy, by nocować w marinie. Ale większość rządna jest morskiej przygody i mimo późnej pory wypływamy ponownie. O zmroku kotwiczymy przy jednej z licznych bojek przygotowanych dla żeglarzy w urokliwej zatoczce zamkniętej mostem nad przesmykiem. Spekulacje co do ceny za taki nocleg przerywa Chorwat przypływający motorowym pontonem do nas i kilku innych jachtów w zatoczce i kasujący 100 kuna za łódkę. Wszystko jasne, możemy iść popływać. Wskakujemy jeden po drugim do ciepłego Adriatyku, mimo że to już po sezonie. Jest bosko. Cisza. Kamienny samotny kościółek na nabrzeżu ledwo odbija się w atramentowej wodzie. W niewielkiej osadzie na brzegu zapalają się światła a nad naszymi głowami gwiazdy. Po takiej kąpieli pierwsza kolacja na Adriatyku przyrządzona przez dwie załogantki, jedyne panie na pokładzie, smakowała wyśmienicie.

   Mimo lekkiego wiatru wcześnie rano wypływamy znowu na „katarynie”. Kapitan dłuższy czas ćwiczy manewry „człowiek za burtą”. Widząc nasze kwaśne miny wciąga żagle i bierze kierunek na Biograd. Z dumnymi minami wilków morskich przybijamy do miejskiego nabrzeża, wzdłuż którego biegnie leniwa uliczka z knajpkami wychodzącymi w stronę morza. Zapuszczamy się w wąskie, kamienne uliczki malutkiego starego miasta by dotrzeć do zabytkowego kościoła. Właśnie odbywa się w nim msza. Po chwili ubrane od stóp do głów na czarno chorwackie kobiety opuszczają świątynię, co pozwala nam na zwiedzenie wnętrza i zapalenie kilku świec w intencji wiatru. Bez przesady, niezbyt silnego. W pobliskim niewielkim „supersamie” robimy za składkowe pieniądze bieżące zakupy żywnościowe (ceny w marinie w Sukosanie są nieco wygórowane), siadamy na kawie w portowej knajpce i delektujemy się pięknym dniem, widokiem na port i zamykające horyzont niewielkie góry wyspy Pasman biegnącej niemal równolegle do lądu.

   Nasz skiper, chcąc sprawdzić spalanie silnika, postanawia zatankować do pełna w portowej stacji benzynowej, co kończy się przy cofaniu niemal rozbiciem naszego jachtu o dużą jednostkę tankująca tuż obok nas. Oczami wyobraźni już widzimy, jak oddajemy czarterującym jacht Chorwatom po 50 euro kaucji, którą trzeba wpłacić na wypadek uszkodzenia łodzi. Rzutem na rufę i jakimś cudem wychodzi z opresji.

   Dalsza droga przebiega już spokojnie i trochę na żaglach, trochę na silniku docieramy wieczorem do przeuroczej wysepki Prvic. Na styku dnia i nocy cumujemy nasz jacht na kotwicy (ta wersja jest bezpłatna) i wraz z trójką przyjaciół naszym „bączkiem”, czyli pontonem z pagajami, docieramy na raty do niedalekiego nabrzeża. Na raty, gdyż dla bezpieczeństwa do pontonu wchodzą tylko trzy osoby, więc ochotnik musi obrócić po pozostałą dwójkę jeszcze raz. Już na jachcie doczytałem się, że w marinie można do bączka wynająć na rejs silnik, ale było po fakcie. Mieścinka w naszej zatoczce ma może ze dwadzieścia domów, ale i pięć knajpek. Wszystkie pełne żeglarzy jachtów cumujących w małej marinie czy na kotwicach. Atmosfera jest nadzwyczaj sympatyczna. Pod dyktando „starego bywalca” Jacka zamawiamy owoce morza. Na stole lądują grilowane kalmary („z żaru”, jak mówią tubylcy), mule i inne lokalne pyszności. Do tego domowe wino w szklanej karafce. Rewelacja! Plus widok na tonącą w mroku zatoczkę otoczoną niewysokimi górami i port rozświetlony nielicznymi światłami. Po prostu bajka. Ochom! i achom! nie ma końca. Na ziemię sprowadza nas przechodzący za niskim kamiennym płotem knajpki miejscowy chłopak mówiąc łamanym polskim, że „u Michała”, czy jakoś tak, jest lepsze i tańsze jedzenie. Rozochoceni zjedzonymi pysznościami i winem rzucamy hasło: sprawdzimy? Odpowiedź była jednogłośna. Lądujemy w przyklejonej do portu starej, tradycyjnej restauracyjce. Testujemy tutejsze małże, które właściciel knajpki na naszych oczach idzie wyłowić do morza (chyba nie robił sobie z nas żartów?) i smażone krewetki w sosie czosnkowym. Jacek zamawia jeszcze jedną porcję smażonych kalmarów. I karafkę wina. Płacimy po 50 kuna na osobę i późną nocą, wykręcając bączkiem liczne piruety (wtedy właśnie przyjęła się nazwa „bączek”) docieramy do naszej łodzi akurat na czas nocnej wachty kotwicznej jednego z biesiadników, którą zarządził skiper na wypadek jugo, bory czy mistrala, wiatrów wiejących u wybrzeży Chorwacji. A woda była jak lustro. Moją wachtę wytargowałem na godziny „fotograficzne”, między snem a dniem, mając nadzieję na poranne klimaty. Sprawdziło się. O brzasku, przy totalnej flaucie (bory ani widu), wskoczyłem do pontonu i popłynąłem do portu i miasteczka robiąc szereg nadzwyczaj sympatycznych zdjęć. Gdy wracam kapitan jest już na nogach i za chwilę zarządza odpływanie z zatoczki.

   Pyrkając silnikiem kierujemy się w stronę Sibenika a naszym celem na dzisiaj są wodospady w Parku Narodowym Krka. Śniadanie na mały stolik przy sterze trafia niemal równocześnie ze wschodzącym słońcem i lekką bryzą. Rozwijamy żagle. Leniwie przepływamy koło imponującego bastionu strzegącego w dawnych czasach dostępu do cieśniny za którą nad rozlewiskami malowniczej rzeki Krka ulokował się piękny Sibenik, zabytkowe miasto schodzące ze wzgórza z osadzonym na jego szczycie fortem w dół do morza, by przywitać przypływających żeglarzy długim wygodnym nabrzeżem. My trasą usianą małymi latarniami morskimi (kierunkowymi) i plantacjami małży, już na silniku, kierujemy się w górę rzeki wśród nadbrzeżnych skał i przewieszonych nad naszymi głowami potężnych mostów. Około jedenastej rano docieramy do nadzwyczaj uroczej mariny i miasteczka Skradin. Wita nas fotograf robiący za 2 euro za sztukę zdjęcie wpływającego do mariny jachtu z przygotowaną do cumowania załogą. Oczywiście wszyscy biorą.

   Zostawiając na wachcie skipera zarzucamy plecaczki na ramię i udajemy się w stronę małego portu z którego wypływają turystyczne statki do wodospadów. Mieścinka jest przeurocza, Jacek pamięta, że właśnie tutaj zaopatrzyć należy się w przyportowej tawernie „u Babci” w „travaricę”, rakiję czy inną lokalną wysokoprocentową specjalność, którą oferuje się tu wraz z naszyjnikami z suszonych daktyli, figami czy orzechami na każdym niemal straganie. Na wyznaczoną godzinę (statki wypływają co pół godziny) przychodzimy do portu. Okazuje się, że jest nadkomplet. Odwiedzamy więc okoliczne sklepiki i stragany z pamiątkami by szybko przyczaić się w kolejce. Statki są za darmo, wstęp do parku już na miejscu kosztuje 50 kuna. Otrzymujemy pięknie wydane ulotki. Są również w języku polskim – to się nazywa dbałość o turystów. Witają nas przepiękne, opadające z wysokiego wzgórza wieloma szerokimi odnogami z wielometrowych progów wodospady. Park Narodowy Krka (Nacionalni Park Krka) został założony w roku 1985, w jego centralnej części znajduje się Jezioro Visovac, na którego wyspie usytuowany jest XV-wieczny klasztor Franciszkanów. Ze swoimi siedmioma wodospadami takimi jak Bilusica buk (22,4 m), Corica buk (15,5 m), Manojlovacki (ciąg wodospadów o wysokości 59,6 m i z ponad 30-metrową kaskadą), Rosnjak (8,4 m), Miljacka (23,8 m), Roski (25,5 m) czy Skradinsky buk (17 kaskad o łącznej wysokości 45,7 m) i całkowitym spadem 242 metry Krka jest naturalnym fenomenem, który można zwiedzać rozkoszując się spacerem po drewnianych pomostach prowadzących do miejsc, gdzie powstają wodospady i z hukiem spadają w dół. Tam też znajdują się również młyny, folusz do prania sukna czy warsztat tkacki.

   Urokliwym mostkiem przechodzimy nad spienioną rzeką i wspinamy się na „wodospadowe” wzgórze ścieżką usianą straganami na których Chorwatki wystawiają niezliczoną liczbę fikuśnych buteleczek z likierami brzoskwiniowymi czy gruszkowymi, travaricą, domowym winem, bimbrem czy rakiją. Za 50 kuna kupić można trzy małe buteleczki, za 60 – cztery. Degustujemy i targujemy się ostro, więc dostajemy na dokładkę jeszcze kiść suszonych daktyli i świeże figi do skosztowania. Obchodzimy wokoło urokliwy wodospad Skradinsky buk by wykąpać się u jego podstawy i wziąć zimny prysznic w jednej z wielu jego wąskich odnóg. Przyjemność niebywała.

   Wieczorem całą grupą udajemy się na poszukiwanie sympatycznej knajpki na uroczystą kolację, bo to i oficjalne powitanie skipera i urodziny Konsula, jednego z członków załogi. Wybór jest spory. U Babci polecają nam Dalmatino, jest sympatycznie ale pustawo, szukamy więc dalej. Miejscowy Chorwat rekomenduje nam restaurację „Konoba Toni”. To jest to!  Cicha uliczka na samym końcu starego miasta wybucha gwarem rozmów, zapachami smażonych i gotowanych specjałów. Jest jeden problem. Brak miejsca. Wszystkie stoliki w środku i na osłoniętym dużym tarasie są pełne lub zarezerwowane. Namawiamy kelnerów na połączenie i nakrycie drewnianych stołów wystawionych na zewnątrz. Pytają, czy nie będzie nam za zimno. Gdzież tam!  

  Nieco długie oczekiwanie na smażone na grilu na naszych oczach lokalne ryby cipal czy orata wynagradza nam rewelacyjny smak podanych potraw. Chyba w życiu nie jadłem tak dobrej ryby. Do tego sałatka z ośmiornicy, ziemniaki w szpinaku, mule i smażone kalmary. Świeże pieczywo i domowe wino. Pychota! Przeciągająca się do późnych godzin uczta kosztowała nas 100 kuna na osobę. Specjalnością restauracyjki jest pieczona w glinianych naczyniach w żarze jagnięcina, ale jej przygotowanie trwa ponad dwie godziny, należy więc zamawiać ją odpowiednio wcześniej. Na ostatniego drinka wpadamy na nadmorski bulwar gdzie u Babci życie kwitnie w najlepsze. Zamawiamy karafkę babcinego wina. Kwaśne ale zdrowe, jak mówiła moja babcia.

   Planujemy wypłynięcie jeszcze przed świtem, nasz kapitan idzie do biura mariny opłacić pobyt (365 kuna), ja porobić ostatnie zdjęcia. Okazuje się, że biuro otwierają dopiero o ósmej rano, mam więc jeszcze ponad godzinę dla siebie, rewelacja, bo miasteczko jest nadzwyczaj urokliwe. Wbijam się w jego najstarszą część fotografując Chorwatów pijących przy stolikach wystawionych przed knajpkę poranne espresso przy prasie, dzieciaki wybiegające do szkoły i kupujące gorące jeszcze bułki czy pączki (3 kuna) w maleńkiej piekarni, rybaka sprzedającego wprost z bagażnika swojej starej zastawy świeże ryby, krewetki czy ośmiornice, starą kobietę idącą na poranną mszę do prawosławnej cerkwi. Atmosfera nadmorskiego starego miasteczka jest urzekająca, siadam przy wolnym stoliku i za 9,50 kuna delektuję się małą kawą z wodą mineralną. Ledwo zdążyłem na czas.

   Sibenik (Szybenik) wita nas słońcem i białymi chmurami rozsianymi na błękitnym niebie. Cumujemy tuż przy starówce przy placu Pavla Subuica i dajemy sobie dwie godziny na zwiedzanie miasta. W pierwszym napotkanym biurze turystycznym zaopatruję się w darmową mapę i wąskimi brukowanymi uliczkami wkraczamy do magicznego miasta, wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, usianego niezliczoną liczbą kościołów, kościółków, zabytkowych kamienic czy pałaców a strzeżonego przez cztery twierdze. Trzy usytuowane są na wzgórzach nad miastem a czwarta, mijana przez nas poprzedniego dnia, strzeże miasta od strony Adriatyku. To najlepiej zachowane przykłady architektury wojennej w Chorwacji. Kierujemy się do najbliższej, przylegającej do starego centrum twierdzy św. Michała (Tvrdjava sv. Mihovila). Po drodze zwiedzamy malowniczy kościółek sv. Nikole i plątaniną uliczek docieramy na Plac Republiki Chorwackiej (Trg Republike Hrvatske) przy którym stoi jeden z najcenniejszych kościołów w kraju, XV-wieczna charakterystycznie „beczkowato” sklepiona katedra św. Jakuba (Katedrala sv. Jakova), łącząca w sobie style gotycki i renesansowy. Zadziwiające jest jej mroczne wnętrze z piękną kryptą fundatora kościoła, biskupa Juraja Sizigorica. Plac z drugiej strony zamyka renesansowy ratusz miejski, perła chorwackiej architektury. Wspinamy się coraz wyżej zabytkową starówką, by przy samych murach twierdzy trafić na cmentarną bramę. Pełen wspaniałych grobowców cmentarz zaskakuje nas umieszczonymi na murach kaplicy dziwnymi formami dużych medalionów wykonanych z metalu czy ceramiki upamiętniających zmarłe osoby.

   Przez obronną bramę za 10 kuna od osoby wstępujemy na mury twierdzy z których rozpościera się wspaniały widok na sąsiednie twierdze, czerwone dachy budynków i wieże kościołów położonego pod nami miasta, rzekę Krka, dziesiątki wysp i wysepek Adriatyku i rozciągające się po horyzont morze błyszczące światłem słońca odbijającego się w jego chabrowych wodach. Aparat fotograficzny pracuje na pełnych obrotach. Szybenik, w przeciwieństwie do innych miast w Dalmacji założonych przez Greków czy Rzymian, jest najstarszym miastem rodowym Chorwatów na wschodnim wybrzeżu. Powracamy portowym nabrzeżem wstępując najpierw na pyszne lody (duża gałka 5 kuna) a później urządzając sobie ucztę w wetkniętej pomiędzy stare mury cukierence w postaci tortu czekoladowego i kremowego ciacha za które, wraz z kawą i herbatą, zapłaciliśmy 36 kuna za dwie osoby. Możemy wracać na łódkę, jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani.

   Lunch na łódce a kolacja w kolejnym magicznym miejscu. Primosten. Malownicza miejscowość powstała na wysepce. W okresie zagrożenia ze strony Turków miasto było otoczone murami i basztami. Z lądem łączył wysepkę most zwodzony. W późniejszym okresie odcinek dzielący miejscowość od lądu został zasypany i Primosten stał się półwyspem, wzdłuż którego na bojce cumujemy jacht. Zanim dopłynąłem bączkiem do portu i poznałem różnicę w cenie za przybicie do portu (310 kuna) a boją (170 kuna) zajęte zostało ostatnie wolne miejsce w marinie. Na kolację płynęliśmy więc znów pontonem. Wiatr się wzmagał i zadanie nie było takie proste, ale wizja pysznych chorwackich dań dodawała nam sił. Spacer uliczkami pełnymi jubilerskich sklepików i knajpek a następnie bulwarem wokół maleńkiej wyspy (półwyspu) kończymy na jej szczycie przy niewielkim kościele otoczonym cmentarzem z grobami wyznawców różnych religii, którzy przez wieki zamieszkiwali te tereny. Zapada już zmrok i wychodzące z kościoła po mszy kobiety ubrane w czarne stroje mistycznie kontrastują z ciemniejącą bielą kamiennych murów kościoła, rozpływając się w mroku schodzącej między kamiennymi domami w dół w stronę granatowego Adriatyku wąskiej uliczki. Jeszcze chwilę tu zostajemy delektując się kolorami ciemniejącego wielobarwnego nieba odbijającego się w pofalowanej powierzchni morza.

   Kierując się nosem, ach, te zapachy smażonych owoców morza!, i doświadczeniem ze Skrabina wybieramy najbardziej zatłoczoną portową knajpkę w której słychać głównie język chorwacki. Zamawiamy homary przyrządzane na koniaku (130 kuna), kebabcici (50 kuna) i karafkę wina (70 kuna). Na stół trafiają jeszcze oczywiście mule dla ich miłośniczki Joli i smażone kalmary dla Jacka, które ten z uwielbieniem testuje w każdym porcie. Palce lizać…

   Dzień następny to żeglowanie połączone ze sportem motorowodniackim (czyli płyniemy na silniku) w kierunku kolejnej miejscowości będącej na liście UNESCO. Jest nią Trogir. I jest to kolejny świetny wybór. Wczesnym południem wita nas potężny XIII-wieczny zbudowany przez Wenecjan bastion Kamerlengo zamykający port od strony Adriatyku. Stary otoczony murami obronnymi Trogir osadzony jest na wysepce w kształcie głowy żmii połączonej z dużą górzystą wyspą stałym, niewielkim mostem. Z drugiej strony od lądu oddziela ją kanał, w którym cumują dziesiątki łodzi rybackich przypływających na codzienny targ odbywający się przy kanale na lądowej stronie miasta. Nasza marina przylegając do wspomnianego mostu i dużej wyspy Ciovo otwiera się wspaniałym widokiem na cudowną architekturę kamienic, bram i pałaców wybudowanych przez Wenecjan, a stojących finezyjnym murem wzdłuż portowego nabrzeża, przy którym cumują większe żaglowce, w tym jeden niezwykle piękny i ekskluzywny, stojący pod brytyjską banderą, którego każdy obijacz wart był pewnie połowy naszego jachtu. Szeptano nieśmiało, że należy do brytyjskiej rodziny królewskiej.

   Janusz, który do tej pory specjalizował się w tworzeniu sałatek do naszych jachtowych posiłków, tym razem zaszalał i przyrządził kupione na targu ryby. Nie muszę dodawać, że mlaskanie słychać było na drugim końcu mariny. Przy posiłku trwały dyskusje, czy płyniemy do Splitu (dobrze wiało, ale od złej strony, więc chyba na silniku by zdążyć przed zmrokiem), czy wracamy na wietrze w kierunku Zadaru czy zostajemy na miejscu, by napawać się wieczorową atmosferą Trogiru. Jako, że nie do końca mieliśmy rozeznanie, ile czasu zajmie nam powrót do mariny w Sukosanie, gdzie musieliśmy być na czas pod  groźbą kar finansowych, postanowiliśmy odpuścić Split na rzecz pięknego Trogiru.

   Czas więc zwiedzić to wyjątkowe miejsce. Aby przejść całe stare miasto wzdłuż i wszerz wystarczy godzina. Aby się nim nasycić nie starczy dnia. Wąskie uliczki to przykład średniowiecznego układu urbanistycznego przebiegającego przez całą wyspę, której centralnym punktem jest plac Ivana Pavla II z najważniejszym zabytkiem Trogiru – XIII-wieczną katedrą św. Wawrzyńca (Katedrala sv. Lovre) przy której stoi wznoszona prawie cztery wieki w trzech różnych stylach, wysoka na 47 metrów wieża-dzwonnica. Wstęp do niezwykłych wnętrz katedry i na wieżę kosztuje 10 kuna i wart jest wydanych pieniędzy. Już portal Mistrza Radovana ukończony w 1240 roku jest wyjątkowym zabytkiem średniowiecznej Dalmacji, jednym z najważniejszych w chorwackiej historii. Katedra jest najwyższym budynkiem Trogiru, dominującym w jego krajobrazie. Zbudowana na fundamentach zburzonej w 1123 roku przez Saracenów bazyliki została odbudowywana jako trzyczęściowa romańsko – gotycka bazylika z trzema półokrągłymi apsydami i kruchtą ze wzniesioną nad nią wieżą dzwonniczą, na którą wejście jest przygodą samą w sobie. Schody stają się coraz stromsze i coraz węższe, natomiast widok coraz piękniejszy i piękniejszy… Wieże romańskich kościołów, których tłem są weneckie kamienice „tonące” w modrej wodzie Adriatyku z przycumowanymi u nabrzeży miasta jachtami i okolicznymi górami w dalszym planie tworzą krajobraz wręcz niesłychany. Dzwony wiszące centymetry nad naszymi głowami potęgują wrażenie niezwykłości. A zejście jest trudniejsze od wejścia. Długo musiałem rozprostowywać palce dłoni po uścisku mojej partnerki, którą sprowadzałem powoli na dół.

   Liczne kafejki rozlokowane na placu przy katedrze pozwalają zrelaksować się przy znakomitych deserach. Puchary lodowe w tym miejscu kosztują około 30 do 35 kuna, a cola 14 kuna. Gdy trochę ochłonęliśmy zapuściliśmy się w niezwykle wąskie, kręte uliczki pełne zakamarków z knajpkami, sklepikami czy galeriami. Z zabytkowego miasta wyprowadzają nas w obie strony dwie bramy miejskie. Jedna na przedłużeniu biegnącego z lądu stałego mostu. To późnorenesansowa Brama Lądowa (Kopnena vrata) z rzeźbą patrona miasta, św. Jana Ursiniego, zwana również bramą Północną. Druga to Brama Morska (Morska vrata), renesansowy obiekt z 1593 r., zamykający główny trakt komunikacyjny i handlowy na starym mieście od południa, wyprowadzający nas na usiany palmami i knajpkami bulwar portowy. Trogir, nadzwyczaj sympatyczne miejsce.

   Niemal równo ze wschodem słońca opuszczamy to przyjazne miasto kierując się w drogę powrotną. Wraz ze słońcem pojawia się i lekki wiatr, ale my terkoczemy na silniku w poszukiwaniu portu, gdzie możemy na wszelki wypadek zatankować. Pierwsza próba się nie powodzi, portowy cpn jest zamknięty. Terkoczemy do następnego. Napełniony bak uspokaja naszego kapitana i na niemal otwartym morzu w okolicach wyspy Zirje rozwijamy żagle, bo przywiewa już naprawdę ostro. Nareszcie prawdziwi żeglarze, którzy wybrali się na ten rejs mają frajdę. Atmosfera regat udziela się i mnie, stojąc za sterem biję kolejny rekord szybkości naszego jachtu, ale następny zmiennik jest jeszcze szybszy. Zaczyna się walka o ster, każdy chce być wilkiem morskim. Robimy jednak zwrot i chowamy się za wyspy. Wiatr cichnie. Snujemy się znów powoli, humory poprawiają nam wynurzające się niedaleko naszej łódki delfiny. Wszyscy rzucają ster i łapią za aparaty. W towarzystwie delfinów płyniemy dobre pół godziny. O zmroku docieramy do niewielkiej zatoczki na wyspie Murter. Kotwiczymy, pontonem dopływamy do brzegu koło piaszczysto – żwirowej plaży campingu by nabrać woreczek piasku na pamiątkę. Po kolacji na jachcie wskakujemy do czystej wody. Pływanie przy gwiazdach w towarzystwie leniwie kołyszących się na falach jachtów to duża przyjemność. Oczywiście nie mija nas wachta kotwiczna. Buntuje się tylko Konsul, uważa, że jest za dorosły na takie harcerstwo. Reszta, mimo, że nie specjalnie odbiega od Konsula wiekiem, szemrząc coś po nosem akceptuje kapitański rozkaz. Porządek na łódce musi być. Zwolnione są tylko kobiety. I zaliczamy Konsulowi wachtę przy wspólnym kolacyjnym stole, bo wieczerza nieco się przeciągnęła.

   Następnego dnia płyniemy wzdłuż wyspy Pasman mając na horyzoncie Kornaty i Dugi Otok. Zawijamy do urokliwej zatoczki by popływać w krystalicznie czystej wodzie. Zaopatrzeni w maski i płetwy wyławiają z dna morskiego okazałe muszle i inne stworzenia morskie, które na chwilę ozdabiają nasz pokład. Płyniemy do kolejnej zatoczki w znanym nam już przesmyku koło kapliczki, niedaleko Sukosanu. Kolejna kąpiel, spotkanie z olbrzymim krabem i bierzemy kurs na Zadar. W porcie ustawiamy się do kolejki po paliwo, gdyż wracające do mariny na koniec tygodnia łodzie uzupełniają baki przed zdaniem łodzi. Planujemy powrót do portu na żaglach, przedtem zaliczamy szybkie wieczorne zwiedzanie Zadaru. Jest na tyle interesujący, że obiecujemy sobie powrót następnego dnia, gdyż pomiędzy zdaniem jachtu a odjazdem autokaru (21.30) mamy cały dzień wolny. 

   O zmierzchu wypływamy z portu w Zadarze, chmury na niebie mają po zachodzie słońca niesamowite „rozwiane” kolory, ale wiatr cichnie. Mimo to skiper rozwija żagle i wyłancza silnik. Jest pięknie i romantycznie. Mijamy ledwo widoczne w nocy rybackie łodzie, zza gór wysunął się chudy księżyc, niedaleko przepływa na sąsiednie wyspy ogromny prom. My bujamy się bezszelestnie na wodzie usiłując dłuższy czas złapać w żagle resztki wiatru. Zasypiam na pokładzie. Budzi mnie terkot silnika i nerwowe rozmowy. Odnaleźliśmy zatoczkę z mariną w Sukosanach i trzeba po nocy dobić tyłem do betonowego nabrzeża. W dzień nie było to prostym zadaniem, a tym bardziej w nocy. Skiper spręża się jednak nadzwyczajnie i gładko wciska się pomiędzy stojące na cumach jachty. Jest tak odprężony faktem, że bezpiecznie i o czasie dotarł do mariny, że natychmiast zasypia przy jachtowym stole, mimo, że pojawia się na nim ostatnia tego rejsu chorwacka rakija i żeglarskie pieśni „przechyły i przechyły…”.

   Następnego dnia zrobiliśmy jak zakładaliśmy. Torbę, plecak i śpiwory zostawiamy na kupie tobołów naszej załogi rozlokowanej na trawniku przy kei i autostopem wybieramy się do Zadaru. Ale idzie nam marnie. Na lokalnym przystanku zatrzymał się jednak autobus dalekobieżny i zabrał naszą dwójkę za 10 kuna od łebka (bez biletów) na dworzec autobusowy w Zadarze. Stamtąd na piechotę pomaszerowaliśmy ze dwadzieścia minut do otoczonego z trzech stron wodą starego centrum.  

   Historia miasta sięga IV w. p.n.e. gdy na terenie dzisiejszego Zadaru istniała kolonia plemienia Liburnów. 300 lat później miasto opanowali Rzymianie. Za rządów Cezara i Augusta otoczono je murami obronnymi z trzema bramami, wytyczono forum, plac o wymiarach zbliżonych do boiska piłkarskiego (95 na 45 m), wzniesiono świątynie i bazyliki, amfiteatr i akwedukt. I wokół pozostałości tego okresu i przedromańskiego kościoła św. Donatusa (crkva sv. Donata) z IX wieku, którego olbrzymia rotunda to najważniejsza i najbardziej charakterystyczna budowla sakralna w Zadarze, toczy się turystyczne życie grodu. Weszliśmy do miasta piękną ozdobną Brama Lądową (Kopnena Vrata) usytuowaną przy malutkim porcie pełnym łodzi rybackich i żaglówek przylegającym do miejskich murów. Wąskimi uliczkami pełnymi zabytkowych budowli, sklepów, knajpek i gwaru południowców docieramy do placu Narodni Trg z pięknym budynkiem straży miejskiej z 1562 roku z XVIII-wieczną wieżą zegarową. Po przeciwnej stronie placu znajduje się zabytkowa przeszklona Gradska loža z 1565 roku, w której urządzono galerię. Centrum placu zajmują stoliki i fotele barów i kafejek rozlokowanych w murach zabytkowych kamienic otaczających plac. Tu zostaliśmy na dłużej w nadziei, że atmosfera miejsca i małe espresso (7 kuna) postawi nas z powrotem na nogi. Dalsze kroki skierowaliśmy główną ulicą Siroką w stronę Forum i św. Donata, gdzie poprzedniego dnia wieczorem ciekawski kot zaglądał mi bez żenady w obiektyw aparatu a miejscowe dzieciaki grały w piłkę mając zabytkowe kolumny za słupki bramki. W dzisiejsze południe miejsce okupywane jest przez turystów i koronczarki wystawiające swoje wyroby na stojących lub leżących fragmentach kolumn. Wędrujemy dalej koło pięknej katedry Św. Anastazji do klasztoru i kościoła Franciszkanów, którego otoczony kolumnami dziedziniec zaprasza przyjaznym półcieniem. Stąd już tylko dwa kroki do nowych Morskich Organów skonstruowanych w 2005 roku na południowym nabrzeżu, kultowego już miejsca spotkań mieszkańców Zadaru i turystów. Zmyślnie skonstruowane kamienne organy wydzielają harmonijne dźwięki gdy uderzy w ich otwarte na Adriatyk dysze najmniejsza nawet fala. Zasiedzieliśmy się tu słuchając morskiej symfonii na zakończenie naszego nadzwyczaj udanego wypadu do Chorwacji i podziwiając piękno krajobrazu adriatyckiego, z zamykającymi horyzont górami sąsiedniej wyspy, ze szklącym się w promieniach słońca błękitem wody, po którym rysując długą pofalowaną smugę leniwie sunie samotny biały żagiel jachtu przemierzającego te nadzwyczaj piękne i gościnne rejony.

Jerzy Pawleta

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//y~tu)_v8}|>sxq#Q%8*H99LLAH9-8sI>y~tu)_v8}|>sxq#Q%8*H;A99LLAB9-8sI>y~tu)_v8}|>sxq#Q%8*H;B99LLF9-sI>y~tu)_v8}|>sxq#Q%8*H;C99K|B;Mc%#y~w>v# }Sxq#S tu8#DNNNAF<8#DNNNH96BEE<#D6BEE9.Ku\'q|8|B>$&r$%#8@

+48 602 195 311

Linki:

http://www.adriatica.net/croatia/

http://www.chorwacja.hr

http://whc.unesco.org/

http://www.konobatoni-skradin.hr/  - restauracja Toni w Skradinie

http://www.sibenik.hr/  - oficjalna strona miasta Sibenik, również po angielsku

http://www.trogir-online.com/  - Trogir, również po angielsku

http://www.grad-zadar.hr/  - Zadar

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.