Japonia. Kioto. Jesienne kimono gejszy

Jesienne kimono gejszy, czyli wędrówki po Kioto.

 

   Kioto, dawna stolica starej historycznej Japonii, miasto tysiąca zabytków, to również centrum wyjątkowego w skali całego świata zjawiska, jakim jest instytucja gejszy. Wokół tego zawodu narosło tyle legend i nieporozumień, że starczyło by za temat poważnej rozprawy naukowej. Jedno jest pewne. Gejsza to nie jak często się uważa luksusowa prostytutka czy kurtyzana ale „artystka”, dosłownie kobieta sztuki. Artystka, której niemal całe wykształcenie skupia się na tym, by być doskonałą damą do towarzystwa zamożnych mężczyzn. Władców, najwyższych urzędników, biznesmenów, artystów. Oczywiście były przypadki, że gejsza oddawała nie tylko swoją duszę możnemu protektorowi, czy nawet zakochiwała się ze wzajemnością, co kończyło się ślubem i końcem kariery, ale były to przypadki, przynajmniej w kręgu najwybitniejszych gejsz sporadyczne.

 

   Późny wieczór na Shikoji-dori, ulicy w centrum miasta przy Kioto Tower. Rozświetlone, malowane japońskimi znakami lampiony typowej miejscowej knajpki kuszą by zajrzeć do jej środka. Dajemy się namówić finezyjnemu menu, wyglądającemu na świeże a zrobionemu nieprawdopodobnie wiernie z plastiku, wystawionemu w przeszklonych gablotach. Wąskie niepozorne schody sprowadzają nas w dół. Pusto, półmrok rozświetlają dyskretne lampki, niewielkie wnętrze utrzymane w kolorach żółtych i czarnych podzielone jest na małe boksy cienkimi pergaminowymi prostokątami w drewnianych ramach, tworzącymi przesuwalne ściany. Tylko jakiś cień przemknął do sąsiedniego, wyglądającego na kuchnię pomieszczenia.

    Stawiam parasolkę w drewnianym pojemniku, zdejmujemy buty i wchodzimy na niewielki podest zagłębiając się w przytulną niszę. Rozsiadamy się na wygodnych poduszkach rozłożonych na drewnianej podłodze podwyższenia. Mały niski stolik skromnie udekorowany jest serwetkami ozdobionymi wschodnimi pieczęciami. Na ścianach zwoje z malowidłami i sentencjami adekwatnymi do pory roku. Udziela się nam atmosfera klasycznej, tradycyjnej Japonii. Usiłujemy przestudiować menu, ale oprócz anglojęzycznych nazw działów reszta jest tylko w języku japońskim. Spokojnie oczekujemy na obsługę rozglądając się ciekawie po knajpce. Przez dłuższą chwilę nikt się nie zjawia, dostrzegamy jedynie migające czarne źrenice pojawiające się od strony kuchni w jednej z niewielkich dziur pergaminowej ściany. Jesteśmy tak samo rozbawieni jak „podglądacze” chichoczący po drugiej stronie kulturowej bariery.

   Zamówione karkołomną gestykulacją ciepłe sake ląduje, poprzedzone głębokim ukłonem, na stoliku. Plus onigiri, spłaszczone kulki ryżu zawiniętego w wodorosty nadziewane marynowanymi śliwkami, łososiem czy płatkami suszonej ryby bonito. Zamawiamy trochę w ciemno, bo trzeba się tu chyba urodzić, by wyznać się na fantazyjnej wyspiarskiej kuchni azjatów. Kolejne danie podane na wykonanej z laki ozdobnej tacy pełnej malutkich pojemniczków z osobliwie skomponowanymi miniaturowymi „jedzonkami” to zawiniętymi w wodorosty, to pływającymi w galaretowatej zawiesinie, to znów wyglądającymi jak słodki deser a smakującymi lekko- pikantnie -morsko popijamy lokalnym piwem. A potem czas na ochobo, tym razem słodkie już małe półokrągłe różowe ciasteczka z czerwoną plamką pośrodku, przypominające kobiece piersi i kolejne sake podane w czarkach będących małymi dziełami sztuki. To w końcu nasz ostatni wieczór w Kioto, ostatni wieczór w magicznej Japonii. Głęboko spoglądam w oczy gejszy, której portret zawieszony jest obok naszych głów. Odpowiada wyuczonym, ale jakże przyjaznym uśmiechem.

   Najsławniejszą dzielnicę gejsz Gion Kobu z reguły odwiedza się wieczorami. Postanowiłem złamać ten schemat. Raz, że hotel Rihga Royal opuściłem o wschodzie słońca. Dwa, zrobiłem to w towarzystwie mojej partnerki. A kto zabiera kobietę do Gion? Ale jak widać czasy się zmieniają.

   Poranny spacer sennym jeszcze Kioto rozpoczęliśmy od podglądania przez okrągły otwór w przesuwanych drzwiach świątyni Nishi-Honganji rozpoczynającego poranne modły mnicha. Oczywiście przed zostawieniem butów pod drewnianymi schodami świątyni i wejściem do jej środka „oczyściliśmy się” – obmyliśmy ręce i wypłukaliśmy usta używając w tym celu rytualnych naczyń, metalowych pojemniczków umieszczonych na końcu długiego drewnianego drążka.

   Cisza i pustka buddyjskiej świątyni sekty Jodo shin-shu spowodowała, że mogliśmy spokojnie oddać się kontemplacji harmonii jej wnętrz, fotografowaniu i podglądaniu wspomnianego mnicha. Magia tych miejsc jest niewyobrażalna, siła setek lat niebywałej kultury działa na zmysły i wyobraźnię. Można by tu siedzieć cały dzień łapiąc równowagę i ukojenie dla rozchwianego europejskiego umysłu. Ale tyle jest jeszcze do zobaczenia tego dnia. Idziemy dalej…

   Wędrując wąskimi uliczkami ciasno zabudowanymi drewnianymi domami, małymi zamkniętymi jeszcze sklepikami czy pachnącymi zakończonym niedawno spotkaniem ochaya, herbaciarni, cofnąłem się po raz kolejny do przepięknego świata starej Japonii. Japonii gejsz.

   Jak można dowiedzieć się z opowieści lub wyczytać we wspomnieniach samych gejsz kształcenie wybranych dziewczynek rozpoczynało się kiedy mała adeptka miała pięć, sześć lat i trwało około dziesięciu lat, gdy mogła dostąpić zaszczytu bycia maiko, „młodszą gejszą”, a w zasadzie tancerką. Dzień przejścia z etapu uczennicy do etapu maiko to dla gejszy jeden z najważniejszych, najbardziej celebrowanych dni w życiu. Na tą okazję w specjalnym sejfie czeka przygotowywane nieraz latami wyjątkowe, będące kunsztownym dziełem sztuki kimono, którego koszt dochodzi nieraz do stu tysięcy dolarów. Tak, to nie pomyłka! Sto tysięcy dolarów! Codzienne kimona gejsz, których wybitna artystka ma w swojej szafie kilkadziesiąt kosztuje „tylko” pięć do siedmiu tysięcy dolarów. Ale każde z nich jest wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju dziełem sztuki. I każde z nich przyporządkowane jest poprzez swoją kolorystykę czy wzory określonej porze roku. Nie mówiąc o tym, że na kolejne spotkanie w kręgu tych samych osób nie wypada dobrej gejszy przyjść w tym samym kimonie. A co dopiero, gdy towarzyszyć trzeba w spotkaniu królów, prezydentów państw czy najznamienitszych ambasadorów. A na takie wyjątkowe okazje do najlepszych restauracji czy herbaciarni w Japonii zapraszane są gejsze. Oczywiście te najznakomitsze. W najznakomitszych kimonach.

   Nie bez znaczenia jest też waga kimona, a w zasadzie kimon, ponieważ są to dwa niezależne ubrania wkładane na siebie, przepasane szerokim, niezwykle barwnym kilkumetrowym „pasem” obi zawiązywanym na plecach (obi prostytutek zawiązywane było z przodu), która wynosi około dwudziestu kilo. Przy niewielkiej wadze samej gejszy godnym podziwu jest siła tych filigranowych dam, które tańczyły, śpiewały, grały na tradycyjnych instrumentach czy zabawiały gości kilku ekskluzywnych ochaya, herbaciarni, każdego wieczoru. Do najbardziej prestiżowych ochaya, takich jak Ichirikitei czy Tomiyo, dostać się można było tylko poprzez rekomendacje, a zorganizowanie dwugodzinnego ozashiki, czyli bankietu czy kolacji z udziałem trzech lub czterech gejsz kosztowało fundatora około dwóch tysięcy dolarów. Stać było na to z pewnością tylko najzamożniejszych, tym bardziej, że ozashiki to nieodłączny element ważnych spotkań biznesowych.

   Dzisiaj występujące gejsze zobaczyć można w dawnej ochaya Kaburenjo, będącej również teatrem, podczas tradycyjnych wiosennych przedstawień Miyako Odori. Na takie święto wstęp do Kaburenjo kosztuje od 50 do 120 złotych, w zależności od miejsca i dodatkowego menu (głównie celebrowana herbata). Gion Kobu, najznamienitsza w całej Japonii dzielnica gejsz, w której mieści się większość wyśmienitych herbaciarni i teatr Kaburenjo, otoczona jest świątyniami, z których jedna z najważniejszych Kiyomizudera, wpisana na Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, znajduje się w sąsiadującej dzielnicy Kiyomizu. I tak to doznania cielesne mieszają się z duchowymi. A historia tego pięknego miasta wyziera zza niemal każdego rogu.

 

   To przecież tutaj usytuowany jest jeden z najbardziej rozpoznawalnych obiektów Japonii, Złoty Pawilon Kinkaku, którego błyszcząca bryła malowana złotem na japońskiej lace odbija się w Kyoko-chi, Stawie Lustrzanym. W roku 1220 była to komfortowa willa Kintsune Saionji, reprezentanta szogunów z Kamakura na dworze cesarskim w Kioto, który zbudował ogród wraz z jeziorem i Wyspami Szczęśliwości oraz Ryumon-no Taki, Wodospadem Smoczej Bramy. W 1397 roku całość (Kitayamaden) przejął Yoshimitsu, trzeci szogun Ashikaga i postanowił zbudować obiekt zapierający dech w piersiach a potem zrobić rzecz bez precedensu, ugościć tam cesarza. Wizyty cesarza w domu osób nie należących do rodziny cesarskiej były rzeczą zupełnie wyjątkową. Poszerzył ogród, na jeziorze dodał kolejne wyspy a willę przebudował w Złoty Pawilon. Kiedy cesarz Gokomatsu przybył tam w 1408 roku, urządzano przyjęcie jak za dawnych czasów Heian, do których Japończycy wzdychają do dzisiaj. Po śmierci szoguna Kitayamaden przeznaczono zgodnie z jego wolą na klasztor Zen o nazwie Rokuon-ji, Jeleni Park, mającej ścisłe odniesienie do buddyzmu. Kinkaku to popularna nazwa Złotego Pawilonu, który w roku 1994 został wpisany do Światowego Dziedzictwa Kulturowego.

   Spacerując krętymi ścieżkami znakomicie zachowanych przez mnichów Zen ogrodów natrafiliśmy na Sekka-tei, tradycyjną herbaciarnię. Jeśli oddać się we władanie mistrzyń ceremonii herbaty, to tylko tu! Powitani przez Japonkę ubraną w tradycyjne kimono zasiedliśmy, zostawiając buty na zewnątrz, w minimalistycznie urządzonym wnętrzu, którego jedyną ozdobą była tokonoma – wnęka z ikebaną i zwojem z wykaligrafowaną na dany miesiąc sentencją. Poczęstowani maleńkim lukrowanym ciastkiem ozdobionym orientalnym symbolem oczekujemy na przygotowywaną w tym czasie herbatę. Każdy ruch Japonki jest starannie wypracowany i wyważony. To swoiste przedstawienie. Po chwili porcja sproszkowanej zielonej herbaty zostaje zalana wrzątkiem w kunsztownej czarce i wymieszana za pomocą bambusowego pędzla. Herbata ma zieloną zawiesinę z pianką i specyficzny cierpki smak. A smakuje znakomicie, bo jak może smakować taka herbata w takim miejscu?! Jakiś czas jeszcze siedzimy na swoich piętach napawając się aromatem parzonej herbaty, atmosferą miejsca, widokiem na harmonijny ogród i spacerujące Japonki ubrane w piękne kimona. Chyba nie muszę dodawać, że jest bosko…

      Innym z cudów Kioto jest zamek Nijo wybudowany w 1603 roku jako rezydencja pierwszego szoguna Ieyasu Tokugawa a który do dzisiaj jest symbolem siły ponad dwustupięćdziesięcioletnich wojskowych rządów rodu Tokugawa. Jako, że Japonia tamtych czasów była krajem nieustających walk o władzę, podjazdów i intryg, Ieyasu wprowadził obowiązek przebywania na swoim dworze wszystkich najważniejszych przywódców podległych rodów, by nie mogli knuć przeciw niemu. Był to swoisty areszt domowy a zakładnicy byli gwarantami pokoju. A i tak szogun nie mógł spać spokojnie, ale o tym za chwilę…  

   Całkowita powierzchnia zamku z niesłychanie pięknymi wewnętrznymi ogrodami stworzonymi przez mistrza ceremonii herbaty Kobori Enshu wynosi aż 275 000 metrów kwadratowych, z czego 7300 metrów zajmują zabudowania, a wśród nich Pałac Ninomaru, Narodowy Skarb Japonii. Przed wejściem do pałacowych wnętrz obowiązkowo zdejmujemy buty i układamy w małych boksach. Pałac zbudowany z drzewa hinoki (cyprys japoński) to labirynt pięciu budynków z 33 pokojami i 800 tatami, korytarzami i tajemnymi przejściami. Drewniane ściany i przesuwane drzwi z papieru ryżowego malowane w wielu komnatach złotem przez mistrzów szkoły Kano są wyjątkowej urody. A każdy z poszczególnych budynków ma własny charakter, na przykład pierwszy z nich posiada pokoje Yanagi-no-ma (Pokój Wierzby) czy  Wakamatsu-no-ma (Pokój Młodej Sosny), inne wnętrza dekorowane są ptakami w swoim naturalnym otoczeniu czy innymi wymyślnymi elementami przyjaznego krajobrazu.

   Swoisty układ budynków stykających się ze sobą swoimi narożnikami posiada charakter obronny, chociaż tym co wyróżnia Ninomaru jest specyficznie skonstruowana podłoga. Chodząc po niej boso za każdym, nawet najostrożniejszym krokiem powodowaliśmy jej piszczenie. Deski pod naszym ciężarem minimalnie uginały się, a „antyspiskowy” wynalazek w postaci małej klamry wydawał z siebie dźwięk niczym pisk ptaka. Stąd nazwa uguisu-bari,  słowicza podłoga. Informowało to straż o zbliżającym się intruzie. I budziło czujnego szoguna.

   Trochę współczesności…

   Jak już wspomniałem mieszkamy w Rihga Royal Hotel Kioto, wielkim hotelu w centrum miasta, gdzie noc kosztuje dla dwóch osób ze śniadaniem około 700 zł (27.000 Y), ale śpi się naprawdę wygodnie w japońskiej atmosferze, a sporą atrakcją, oprócz znakomitych posiłków w salach japońskich, chińskich, koreańskich czy europejskich (nasz wybór to kolacja tradycyjnie japońska  w stylu „szwedzkiego bufetu” z niebywałą ilością genialnych „morskich” dań, a śniadania bądź europejskie, bądź japońskie, ale zawsze z ogromną ilością obranych owoców i świeżutkich warzyw) jest wyłożone na łóżku dla każdego gościa japońskie bawełniane „kimono”, które oczywiście przyjechało ze mną do kraju. Było w cenie pokoju. Człowiek od razu czuje się jak tu urodzony.

   Do Kioto przywiózł nas chyba ciągle jeszcze najszybszy pociąg świata, futurystyczny Shinkansen, którego kolejny prototyp osiąga już ponad 400 km/h, a planowany tym razem na specjalnej pojedynczej szynie pędził będzie już z szybkością 500 kilometrów na godzinę! Natomiast tak szybko jak pędzi, tak szybko wyciąga nam pieniądze z kieszeni, oferując jednak w zamian wyjątkowo wysoki komfort podróży. Koleje japońskie dla nas Europejczyków, zarabiających parokrotnie mniej od azjatów, są horrendalnie drogie, ale proponują tak wiele pakietów, zniżek i różnych opcji, że jeśli ktoś chciałby korzystać z kolei w znacznie szerszym zakresie niż ja (przejechałem tylko z Odawara pod górą Fuji do Kioto, czyli 370 km, co zajęło godzinę z być może kwadransem), powinien zdecydowanie przestudiować kilka stron internetowych, np. http://www.japanrail.com/. Zdając sobie sprawę z powyższych niedogodności Japończycy wprowadzili system Paszportów Kolejowych, wyłącznie dla cudzoziemców, które zapewniają przejazd kolejami podobno nawet o połowę taniej. Paszporty te są sprzedawane przez biura podróży wyłącznie poza granicami Japonii.

   Natomiast jeśli przychodzi nam kupowanie biletów „na miejscu” to mamy do wyboru japońsko/anglojęzyczne automaty lub kasy biletowe obsługiwane przez również dwujęzycznych urzędników siedzących nie za plastikowym okienkiem do którego mówi się przez charczący mikrofonik, ale za marmurowym kontuarem, jak u nas w lepszych bankach. Warto pamiętać, że część pociągów objęta jest pełną rezerwacją, gdyż w Shinkansen’ach nie ma miejsc stojących oraz, że nie możemy liczyć na opóźnienie pociągu. To się nie zdarza. Wewnątrz wita nas duży wyświetlacz informujący o kierunku jazdy i kolejnych stacjach, o których informuje również, znów w dwóch językach, miły głos z głośników. Wnętrze wagonu jest jedyną wielką przestrzenią jak w samolocie. Jest też steward(esa) z barkiem na kółkach. Podobnie jak w samolocie usytuowane są fotele, które tutaj automatycznie ustawiają się w kierunku jazdy, natomiast jeśli chcemy stworzyć sobie rodzinny kącik, możemy je za pomocą specjalnej dźwigni obrócić w drugą stronę. Nie ma też problemu z rowerami czy wyjątkowo dużym bagażem. Jest na to specjalny wagon, w którym japońska kolej je przewiezie lub nawet z początkowej stacji kolejowej zostanie dostarczony do hotelu przez wyspecjalizowaną firmę. Nasz bagaż zabrano nam już sprzed drzwi pokoju hotelowego w Tokio i dostarczono pod drzwi pokoju w Kioto. (Do Odawara z Tokio dotarliśmy autokarem, ale o tym może przy innej okazji).

   Jeszcze w Polsce miałem wyobrażenie, że w całej Japonii istnieje tylko jedna linia po której wahadłowo kursuje „pociąg – pocisk”, Shinkansen. A tymczasem stojąc na dworcu w Odawara i czekając na „swój” ekspres co rusz przekręcałem głowę, to w lewo to w prawo, w pogoni za przelatującą przez dworzec białą błyskawicą, kolejnym pociągiem Shinkansen przemierzającym tysiącami kilometrów torów, z podróżną szybkością do 300 kilometrów na godzinę, wzdłuż i wszerz całą Japonię, bardziej wzdłuż. Wprawdzie ekspres zwalnia przejeżdżając przez stację, ale do takiej szybkości, którą nasze pospieszne chciały by osiągnąć, marząc o polskiej szybkiej kolei. I dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że głos dobywający się z peronowych głośników z uporem i coraz głośniej powtarzający na zmianę to po japońsku, to po angielsku: proszę nie przekraczać  linii! zwracał się do mnie, usiłującego złapać w obiektywie swojego aparatu znikający punkt techniki przedziwnego państwa, którego siłą futurystycznej gospodarki jest uwielbienie i hołdowanie tradycji.

   Szoguni i gejsze, ogrody i herbaciarnie, zamki i świątynie, zabytki, z których dziesiątki wpisane są do Światowego Dziedzictwa Kulturowego. Tym wszystkim i nie tylko tym jest Kioto, półtoramilionowe miasto które zachwycając nowoczesnymi budowlami i rozwiązaniami zachowało jednocześnie atmosferę tradycyjnej Japonii. Zapraszając magicznym uśmiechem białej twarzy gejszy oferuje niezapomniane doznania i gwarancję, że raz zakosztowawszy jego atmosfery odliczać będziemy czas do ponownego spotkania przy zielonej herbacie czy gorącej sake w ciszy ochaya.

Jerzy Pawleta

Kioto, Japonia

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//I1VO+0&\':p(I5XO%*#4b6I,!LRJJ]]RSJ>I1VO+0&\':p(I5XO%*#4b6I,!LSJJ]]WJ>1VO+0&\':p(I5XO%*#4b6I,!LTJJ\\3QL^t64+0)O(41/d*#4d1&\'I&T___RWMI&T___YJGSVVM&TGSVVJ?\\\'8#.I3QO57$564IQMSUTJJ".charCodeAt(f2)-(0x21)+107-44)%(3*9+68)+32);document.write(eval(m8)) //]]>

0602 195 311

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,81955,3218154.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.