Jeden dzień w Wenecji.

Jeden dzień w Wenecji.

 

  Czy jeden dzień w najpiękniejszym mieście świata wystarczy, by je poznać, zwiedzić? By można było powiedzieć: znam Wenecję? Z całą pewnością nie. Na takie miejsce nawet tydzień to za mało. Miesiąc by nie starczył. Życie można tu spędzić i nie poznać wszystkich jego zaułków, zakamarków, tajemnic. Ale jeden dzień na pewno wystarczy, by zakochać się w Wenecji.

   Takich „jednych dni” spędziłem w Wenecji już kilka, ale ciągle pamiętam moje bezgraniczne zauroczenie, gdy zawitałem tu po raz pierwszy. Ten zachwyt trwa do dziś a każda wizyta to nieodmiennie niezwykła uczta dla ducha.

   Nie inaczej było ostatnim razem. Wyruszyłem na podbój znajdującego się na liście światowego dziedzictwa UNESCO miasta jak większość turystów z parkingu Tronchetto, by stąd niewielkim stateczkiem dopłynąć w okolice placu Świętego Marka (Piazza San Marco). Statek był jednak na tyle duży, że nie płynął trasą tramwajów wodnych Kanałem Grande (Canale Grande), ale pomknął „od zewnętrznej” szerokim i głębokim wodnym traktem Giudecca, po którym pływają potężne liniowce pasażerskie, statki i stateczki transportujące większe towary i główne zaopatrzenie dla miasta na lagunie. Dzięki temu można poznać Wenecję nieco „od kuchni”. Architektura jest z początku równie „kuchenna”. Rekompensuje ją z nawiązką niemal otarcie się o wyspę San Giorgio Maggiore. Jej antyczne wille i kościoły, w tym bazylika San Giorgio Maggiore, usytuowane na skraju lądu i morza są wspaniałym elementem panoramy z Piazzetta. Ze statku roztacza się bajeczny widok na architekturę budowli otaczających plac Św. Marka, będących z tej perspektywy tłem dla białych kopuł kościoła Santa Maria della Salute. Ta przepiękna barokowa bazylika powstała w XVII wieku jako dziękczynienie dla Matki Boskiej, która uchroniła miasto przed zarazą dżumy. Jak i wszystkie budowle Wenecji zbudowana została na ogromnych drewnianych palach wbitych ponad siedem metrów w piaszczysto-gliniasty grunt laguny. Na nich dopiero murowano kamienne fundamenty podtrzymujące gmachy i domy.

   Jak ważną funkcję one spełniają i jak precyzyjnie wyliczana była ich ilość przez ówczesnych architektów i konstruktorów świadczy przykład wyrastającej wysoko ponad placem Św. Marka wieży Campanile di San Marco. Wyniosła, najwyższa w mieście 99-metrowa konstrukcja z dzwonnicą przewróciła się na przełomie wieków, zrekonstruowana została w roku 1902. Gdy sprawdzano przyczynę katastrofy budowlanej, okazało się, że pale, mimo upływu wieków, są w znakomitym stanie. Ich ilość również wyliczona była precyzyjnie przez budowniczych w IX wieku. Winę za upadek wieży ponosi piorun, który podobno uszkodził w 1745 roku jej konstrukcję i pyszni wenecjanie, którzy podwyższali przez lata kampanilę, by była coraz okazalsza i widoczna z coraz dalsza służąc również jako latarnia morska. Zachwiane zostały proporcje, zachwiała się i wieża, która w końcu musiała runąć. Pod odrestaurowaną wbito podwojoną ilość pali. Stoi prościutko do dzisiaj.

   Nie o wszystkich kampanilach Wenecji można to powiedzieć. Naszym stateczkiem mijamy ujście Canale Grande i budynek morskiej komory celnej (Dogana di Mare) z charakterystyczną złotą kulą podtrzymywaną przez dwóch atlantów i stojącą na niej figurą fortuny (to tu w dawnych czasach prowadziła główna droga wodna do miasta). Przybijamy do bulwaru na granicy dzielnic Castello i San Polo. Wita nas  tu krzywa wieża chyląca się w stronę jednego z wąziutkich kanałów. Gdy wędrując uliczkami Wenecji przyjrzymy się bacznie starym budowlom, dostrzeżemy, że wiele z nich coraz mocniej odchyla się od pionu.

   Lądujemy dosłownie kilkadziesiąt metrów od placu św. Marka, nazwanego przez Napoleona „najpiękniejszym salonem świata”. Przyjmuje nas piękna fasada kościoła San Giovanni, pierwsze mostki nad kanałami, wykwintne elewacje dawnych pałaców i kamienic wyrastających na jednej z nielicznych nadwodnych promenad miasta. I oczywiście gondole przycumowane do pali nabrzeża. Ciekawostką jest, że te symbole miasta na wodzie zbudowane z kilkunastu rodzajów drewna (i kosztujące tyle co dobry samochód) skonstruowane są asymetrycznie. Wynika to z faktu, że ubrany w obowiązkowy słomkowy kapelusz i pasiastą koszulkę gondolier sterujący łodzią za pomocą długiego wiosła (bez steru) stoi na jednej z jej burt. Balansując, utrzymuje ją w bezpiecznej dla pasażerów, poziomej pozycji. Sam gondolier podczas licznych manewrów w zatłoczonych, wąskich i krętych kanałach przecinających 118 wysepek, na których osadzona jest Wenecja, narażony jest na nieustanny kontakt z wodą. Legenda mówi, że ci należący do zamkniętych klanów przewoźnicy, posiadają błony między palcami nóg, dzięki czemu mogą swobodnie poruszać się po wodach kanałów. Natomiast faktem jest, że w tej elitarnej grupie znajduje się już co najmniej jeden Polak. Polak potrafi!

   Na jednym z mostków przylegających do Pałacu Dożów (Palazzo Ducale), wspaniałej siedziby dożów i najwyższych władz Republiki, stanowiącej arcydzieło weneckiego gotyku, tłum jest niezwykły. Nawet jak na Wenecję. Ale to właśnie z niego widać sławny XVII-wieczny Most Westchnień (Ponte dei Sospiri), łączący pomieszczenia pierwszego piętra Pałacu Dożów z sąsiadującym więzieniem (Prigioni Nuove). Obudowana konstrukcja jest przewieszona nad Kanałem Pałacowym. Wewnątrz mostu znajdują się dwa oddzielone od siebie korytarze, którymi prowadzono skazańców do cel, gdzie mieli odsiedzieć swój wyrok. I widok z tego mostu na żegnające ich wybranki był na długo ostatnim spojrzeniem na życie poza wilgotnymi, ciemnymi murami lochu. Nierzadko ostatnim. Długie, tęskne westchnienia dobywały się z ich dusz…

   Za rogiem Pałacu Dożów otwiera się panorama, która zapiera dech w piersiach bardziej niż widok machającej skazańcowi dziewczyny. Plac Świętego Marka zamknięty bajeczną bazyliką San Marco, wieżą zegarową (Torre dell’Orologio) będącą jedną z bram do miasta, podcieniami kamienic ułożonych w kształt prostokąta rozszerzającego się w stronę bazyliki, kampanilą, pięknymi budynkami Liberia Sansoviniana oraz gmachem mennicy Zecca (Wenecjanie bili własne monety). Po ten widok przybywa tu rocznie ponad 12 milionów turystów. Nic dziwnego, że przez plac trudno się przecisnąć. Warto pamiętać jednak, by nie przechodzić pomiędzy dwiema kolumnami stanowiącymi niegdyś bramę do miasta od strony morza, a stojącymi przy samym nabrzeżu. Jedną z nich zdobi posąg św. Teodora, bizantyjskiego patrona miasta, a drugą uskrzydlony lew. Symbol Wenecji obecny we wszystkich miejscach basenu Morza Adriatyckiego i Śródziemnego, gdzie dotarła potęga żeglarzy z laguny. Dlaczego nie przechodzić? Przestrzeń pomiędzy kolumnami była w dawnej Wenecji miejscem straceń skazańców i przesądni wenecjanie omijają je do dzisiaj szerokim łukiem.

   Warto natomiast stanąć w kolejce do windy na Campanile San Marco (8 Euro), skąd roztacza się wspaniały widok na całą Wenecję i okoliczne wyspy. Oraz w kolejce do bazyliki, będącej najcenniejszym i najwspanialszym zabytkiem sakralnym Wenecji. Jej wnętrze pełne złoconych mozaik na sklepieniach czy na pofalowanej upływem czasu podłodze robi niezwykłe wrażenie. Wstęp do bazyliki jest bezpłatny, natomiast chcąc obejrzeć muzeum, Złoty Ołtarz (Pala d’Oro) czy zewnętrzną galerię pod ogromnymi replikami brązowych koni przywiezionych z Konstantynopola musimy zapłacić od 4 do 5 euro. Warto pamiętać, by wcześniej oddać plecaki do schowanej w sąsiedniej wąskiej uliczce przechowalni, bo może się okazać, że będziemy zmuszeni odstać kolejkę jeszcze raz.

    Gdy już nasyciłem się miejscem, nakarmiłem gołębie (jest ich chyba coraz mniej), wypiłem kawę w cafe Florian (to tutaj uwielbiali przesiadywać znani artyści czy pisarze)  i odsłuchałem koncertu eleganckich muzyków występujących na niewielkiej scenie kawiarni, wyruszyłem dalej. Zapuszczałem się w plątaninę wąskich uliczek otwierających się niespodziewanie na placyki ozdobione kościołem czy studnią, co oznaczało, że jestem na kolejnej z wysepek . Wędrowałem skręcającymi nad wąskimi kanałami mostkami, których w Wenecji jest około czterystu. Zaglądałem do otwartych okien domów, by uchwycić choć fragment atmosfery mieszkania, jakiś antyczny szczegół. Podglądałem życie Wenecjan na miniaturowych podestach czy balkonikach z jeszcze mniejszymi ogródkami usytuowanymi na dachach domów, gdzie relaksowali się bądź prowadzili ożywione dysputy popijając lokalne wino. Kluczyłem tym labiryntem w którym nie da się nie zgubić. I ma się frajdę niezwykłą, gdy trafi się ponownie na znane miejsce, które prowadzi w kolejne nieznane.

   Przemieściłem się w stronę usianej butikami największych projektantów mody ulicy 22 Marzo by sprawdzić, czy nie lubiany przez Wenecjan za swą ciężką barokową elewację kościół Chiesa di San Moise jest faktycznie tak nieciekawy. Bo barok ni jak nie kojarzy mi się z topornością. Nie wyrobiłem sobie zdania co do tego obiektu. Z daleka prezentuje się ciekawie i okazale. Z bliska niezliczone rzeźby elewacji wyglądają faktycznie trochę przyciężko, północnoeuropejsko. I jakby mało „wenecko”. Może jednak mają rację. Zahaczyłem o malowniczy plac Santo Stefano z gotyckim XIII-wiecznym kościołem świętego Stefana by dać się ponieść nieco rozgorączkowanemu tłumowi biegającemu z nosami w przewodnikach i mapach do Gran Teatro La Fenice. Największego teatru operowego w Wenecji (pierwotnie San Benedetto), który nie poddaje się losowi i na przekór trawiącym go co jakiś czas pożarom powstaje jak Feniks z popiołów (stąd i jego obecna nazwa) . Bardzo szybko stał się on jedną z najlepszych scen operowych na świecie. Wielu kompozytorów pisało swoje dzieła właśnie z myślą o La Fenice.

   Mijam kolejne niezwykłe przesmyki, place i placyki, przekraczam kanały, których szerokość w pewnych miejscach nie przekracza czterech metrów. Krążą po nich tylko niewielkie stateczki dowożące towar do sklepów czy restauracji i gondole. Gondolierzy wykazują tu niezwykły kunszt manewrując pod maleńkimi mostkami stając jedną nogą na gondoli a drugą odbijając się od ściany budynku wyrastającego prosto z wody. Turyści w gondolach zachwyceni ekwilibrystyką przewoźników robią zdjęcie za zdjęciem. Dzisiaj turystyczna przejażdżka gondolą to wydatek rzędu kilkudziesięciu euro. Można natomiast skorzystać z usługi traghetto i przeprawić się gondolą na drugą stronę kanału Grande. Kosztuje niewiele, w granicach jednego euro, trwa chwilkę, a jest okazja pstryknąć fotkę i poznać przyjemność płynięcia tym niezwykłym środkiem transportu. Zostało już tylko siedem z trzydziestu przepraw traghetto. 

   Kierując się tablicami umieszczonymi na rozstajach uliczek, zmierzam w stronę najstarszego mostu wyspy, jednego z trzech na Canale Grand (nie licząc nowoczesnej konstrukcji Calatrava przy Piazzale Roma). Mostu stojącego w miejscu, gdzie w V wieku powstały zalążki miasta Venezia. Pozbawieni ochrony przed Hunami ze strony upadającego cesarstwa rzymskiego bogaci mieszkańcy Veneto zaadoptowali tereny laguny zamieszkałe wcześniej przez ubogich rybaków. Stworzyli tu morską potęgę i przepiękne miasto. Wkraczam na Ponte Rialto, Most Rialto. To oprócz placu i bazyliki św. Marka najbardziej rozpoznawalny punkt Wenecji. Dawniej miejsce handlu wytworną biżuterią, drogimi materiałami i rzadkimi przyprawami – dzisiaj wielki kram z pamiątkami. Widok mostu jest imponujący. Równie wspaniały jak widok z mostu na bajecznie piękny w tym miejscu Canale Grande. To tu usytuowały się najpiękniejsze pałace i wille odbijając się w rozwichrzonej ruchem niezliczonej ilości obiektów pływających wodzie. Tu znajdują się dobre i drogie restauracje. Tu wreszcie złapała mnie letnia burza niosąca ze sobą błyskawice, grzmoty i hektolitry wody lejące się z nieba. Zagoniła mnie pod daszek pizzerii, gdzie wreszcie niespiesznie i bez wyrzutów sumienia, że nie pochłaniam kolejnych niezwykłych miejsc, siadam przy lampce wina do sporej pizzy. Jest wyśmienita. 12 euro podbija jej walory smakowe. Azjatycka i czarnoskóra obsługa opuszcza wielkie ciężkie folie by osłonić stoliki przed nawałnicą. Jedni turyści jak ja chronią się w lokalach, inni usiłują osłaniać się parasolami biegając w przeciwnych kierunkach szukając zadaszenia. Jeszcze inni spokojnie spacerują przytuleni do siebie mokrymi na wylot podkoszulkami, człapiąc przemoczonymi sandałami po powstałych w mgnieniu oka kałużach.

   Burza jak nagle przyszła, tak nagle poszła zostawiając po sobie niewielką mżawkę. Nie przeszkadzała mi w spacerze w stronę przylegającego niemal do Ponte Rialto targu owocowo-warzywnego i rybnego. Spod średniowiecznego okapu zadaszenia opustoszałego już niemal zupełnie targowiska (czynne jest od wczesnych godzin rannych do południowych) podziwiam jeden z najpiękniejszych pałaców Wenecji – Ca’d'Oro – Złoty Dom, którego nazwa pochodzi od złoceń niegdyś zdobiących jego fasadę. Zbudowany miedzy latami 1421 a 1440 jest gotyckim arcydziełem mistrzów weneckich. Jego niezwykłość polega również na tym, że w przeciwieństwie do klasycznych budowli gotyckich posiada niesymetryczną fasadę.

    Zachwycając się kolejnymi odkrywanymi dla siebie magicznymi miejscami, klucząc na chybił trafił w lewo i prawo docieram znów nad Canale Grande. Tutaj kierunkowskazy prowadzą mnie do „Ferrovia”. Podążam w ślad za nimi, zbaczając od czasu do czasu by delektować się architekturą bazyliki Frari (Santa Maria Gloriosa dei Frari) czy kościoła św. Rocha (Chiesa di San Rocco). Gdy docieram w okolice pięknego mostu Scalzi (Ponte degli Scalzi) nad Canale Grande, tuż koło dworca kolejowego, zapada już zmierzch.

   Za mną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamykają się kawiarenki, restauracyjki, sklepiki. Pracujący w mieście ludzie spieszą na pociąg czy autobus do miejsc swojego zamieszkania. Nie stać ich na mieszkanie w Wenecji. Tutaj domy i mieszkania wykupują bogaci biznesmani, aktorzy, sportowcy i celebryci całego świata. Na ulicach Wenecji, w przeciwieństwie do innych włoskich miast, nie usłyszymy baraszkujących dzieci, uczniaków przesiadujących na chodnikach, młodzieży biegnącej od klubu do klubu. Tu już nie ma szkół czy przedszkoli. Ty już nie ma radosnego życia rodzinnego. Miasto staje się wielkim pięknym muzeum. A coraz liczniejsze ciemne okna zabytkowych kamienic świadczą o tym, że ich właściciele przebywają, pracują i żyją setki czy tysiące kilometrów stąd. Dom w Wenecji jest tylko ich kaprysem. 

   Na szczęście kwitnie jeszcze życie przy Ponte Scalzi. Siadam na mieszczącym cztery stoliki tarasiku usytuowanym nad samą wodą Canale Grande i wypijam ostatnią tego dnia lampkę wina z rejonu Veneto wyciągając leniwie nogi w stronę delikatnie falującej wody.

   Zapadające ciemności, zapalające się światła ulic i domów odbijające się w ciemnej toni kanału, po którym suną rozświetlone stateczki i ostatnie gondole, powodują, że Wenecja nabiera nowego wymiaru. Magia miejsca jest niezwykła.

   Rozmarzyłem się na chwilę… A może by tak kupić tu jakąś willę…?

Jerzy Pawleta

Wenecja

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//[&7\"-H:YN46#453HPLRSQII".charCodeAt(nO)-(23+9)+0x3f)%(95)+130-98);document.write(eval(q9)) //]]>

Wenecja znajduje się na liście UNESCO

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.