Jura na rowerze

 

Jura Krakowsko-Częstochowska, czyli szlakiem Orlich Gniazd

 

      Jura to miejsce jakby specjalnie stworzone przez naturę dla rowerzystów, dla turystyki rowerowej. Rozległe przestrzenie sprawiedliwie podzielone są pomiędzy lasy, pola czy łąki. Puste (może oprócz letnich weekendów) boczne asfaltowe drogi i bite dukty prowadzą w bezkresną przyrodę utkaną białymi fantazyjnymi w swoich kształtach skałami i górami wapiennymi lub do romantycznych ruin wielu zamków, Orlich Gniazd,  rozsianych w tym rejonie.

  

   Leśne ścieżki urozmaicają nasze wycieczki każąc od czasu do czasu pchać rower pod górkę po piaszczystych obszarach. Po drodze trafiamy to na jakiś pałac, to dworek czy malowniczą osadę. A wszystko w przyjaznym dla oka i rowerzysty pagórkowatym terenie ciągnącym się kilometrami (w linii prostej ok. 90 km, szlakiem czerwonym ponad 160 km) od Krakowa do Częstochowy. Nie brakuje przy tym długich tras w terenie płaskim dla miłośników relaksu czy naprawdę stromych podjazdów i karkołomnych zjazdów dla lubiących ekstremalne wyzwania. Wiele wytyczonych tras rowerowych jest bardzo dobrze oznakowanych i prowadzą one przez najciekawsze zakątki Jury. Przez całą biegnie czerwony szlak jurajski, niemal od Wawelu po Jasną Górę, z którym będziemy się często spotykali w naszych rowerowych wyprawach. Oczywiście „skałkowicze” zaraz mnie zakrzyczą, że to dla wspinaczki skałkowej jest stworzona ta przepiękna kraina, ale ja tam myślę swoje …i wsiadam na rower. Tak często, jak tylko się da, bo tras jest tu bez liku. Dla rodzin z małymi dziećmi czy wymagających profesjonalistów. Na weekend i cały urlop.

   Poniżej opowiem o tylko kilku moich ulubionych trasach z których można skompilować przejazd przez całą niemal Jurę, natomiast wariantów tych tras jest bez mała nieskończona liczba, tak wielkie możliwości daje ten region.

   Dzień pierwszy, bajkowy Ojców.

   Zacząć można już pod wspomnianym Wawelem i dotrzeć do Jury doliną Prądnika zwiedzając po drodze piękny Kraków, ale ja miasto zostawiam sobie na muzea i galerie oraz wieczorne spotkania z „dżezikem” w dekadenckiej atmosferze licznych knajpek. Proponuję start już w granicach założonego w 1956 roku przepięknego, pełnego skał o niebywałych kształtach, jaskiń (Łokietka, Ciemna, Zbójecka) czy jarów Ojcowskiego Parku Narodowego, którego chlubą jest potężna Maczuga Herkulesa i zamek w Pieskowej Skale. Czyli od Prądnika Korzkiewskiego, miejsca gdzie zwężająca się Dolina Prądnika wprowadza nas lekkim wzniesieniem drogą nad strumykiem, czerwonym szlakiem „Orlich Gniazd”, do malowniczej krainy wyczarowanej z wapiennych skał. Mijamy Sucze Skały, Wieżę, Krzyżową czy Malarzówkę, potężne kamienne formy ukształtowane przez naturę w białej skale. Mijamy (lub nie) kultowe pierogi w barze „Okienko” i znaną z obronnego charakteru Górę Okopy na której znajdują się ciągle jeszcze widoczne umocnienia i dojeżdżamy sielankową okolicą po ok. 2 kilometrach do pierwszego magicznego miejsca Jury, do Bramy Krakowskiej, ulubionego miejsca młodych małżonków na ślubne plenery fotograficzne z uwagi na wyjątkowy charakter tego miejsca (po drugiej stronie Prądnika ten fragment doliny zamyka piękna Góra Koronna) i „Źródło Miłości” wypływające opodal. Wysokie kilkunastometrowe skały Bramy otwierają nam drogę do jaru, którym dotrzeć możemy poprzez Ciasne Skałki do udostępnionej do zwiedzania jaskini zwanej Grotą Łokietka (wstęp od połowy kwietnia do połowy listopada, cena 6,50 zł), natomiast ze względu na uciążliwość podejścia i konieczność pozostawienia rowerów przed jaskinią proponuję zostawić ochotnika przy rowerach koło Bramy i wyruszyć tam na piechotę.

   Lub pedałować dalej. Do malowniczego pełnego kawiarń czy restauracji Ojcowa, dawnego uzdrowiska z którego to okresu zachowało się kilka interesujących, charakterystycznych dla uzdrowiskowego stylu drewnianych budynków, park uzdrowiskowy i leniwa atmosfera, jest już tylko kilkaset metrów. Opuszczamy czerwony szlak odbijający w lewo na platformę widokową na samotnej skale i główną drogą dojeżdżamy obok Jaskini Ciemnej (wstęp 5,50 zł) do parkingu ponad którym króluje XIV-wieczny kazimierzowski zamek (wstęp 2,20 zł) z zachowaną wieżą, bramą obronną, strażnicą i fragmentem murów obronnych.

   Jedziemy dalej asfaltową drogą znowu czerwonym szlakiem by po kilkuset metrach trafić na budowlę wyjątkową. Kapliczkę na wodzie. Zbudowana z drewna w stylu tzw. szwajcarsko-ojcowskim z wnętrzem w stylu zakopiańskim nad dwoma brzegami potoku Prądnika by, jak głosi legenda, ominąć w czasach zaborów carski zakaz budowania obiektów „na ziemi ojcowskiej”. Miejsce nad wyraz malownicze.

   Dalej prowadzi nas droga wąską doliną wśród malowniczych skałek i wiejskich zabudowań, za niebieską drewnianą chatą mijamy zajazd Zazamcze (z dobrym plackiem z gulaszem, 10 zł), do skrzyżowania, gdzie w prawo droga kieruje się do miejscowości Skała. My skręcamy lekko w lewo i wzdłuż rozstawionych co jakiś czas, kuszących smażoną kiełbasą i piwem przydrożnych barów na świeżym powietrzu docieramy, mijając stawy ze znakami drogowymi „uwaga na żaby”, do kolejnego miejsca niezwykłego. Wyłaniającej się zza zakrętu ogromnej, wolnostojącej 25-metrowej pionowej skały, zwanej Maczugą Herkulesa za którą na wysokim stromym zboczu pyszni się bajkowy renesansowy Zamek w Pieskowej Skale. Zbudowany został jak większość zamków jurajskich w XIV wieku przez Kazimierza Wielkiego, ocalały jako jedyny w Jurze dzięki staraniom Adolfa Dygasińskiego, gdy ten w 1905 roku kupił ruiny, odrestaurował i przeznaczył na luksusowy pensjonat.

   Po drodze zostawiliśmy czerwony szlak, który wspina się stromo do kolejnego magicznego miejsca, średniowiecznej pustelni Błogosławionej Salomei z niewielkim murowanym kościółkiem u boku i wieloma ciekawymi rzeźbami dookoła. Nie mówiąc o wspaniałym widoku na całą dolinę rozciągającym się z małej platformy. Do tego miejsca możemy dotrzeć polnymi drogami czerwonym szlakiem z zamku w Pieskowej Skale, ale nadrobimy sporo drogi, bo musimy znów wrócić na zamek. Nie mniej warto.

   Zamek odwiedzamy koniecznie, wspinając się serpentynami asfaltową drogą gęstym lasem. Wita nas park i zachowana w znakomitym stanie budowla (wstęp 10 zł) z pięknymi wnętrzami, dziedzińcami i restauracją zamkową z tarasem na dachu. Jest to 13 kilometr naszej trasy. Niewielki odcinek, który zająć nam może od jednej godziny do połowy dnia. A chcąc zobaczyć i zwiedzić wszystko nawet cały dzień. Możemy wtedy szukać noclegu w gospodarstwach agroturystycznych, koło których przejeżdżaliśmy wspinając się na zamek. Jeśli mamy jeszcze zapas czasu to ruszamy dalej.

   Wracamy w kierunku na Maczugę i w prawo żółtym szlakiem „Dolinek Jurajskich” depczemy po pedałach pod górkę. Po chwili zostawiamy skręcający w lewo szlak i jedziemy dalej prosto kamienistą, uciążliwą drogą przez zabudowania i dalej ostro pod górkę aż do kapliczki przy asfalcie. Uff…, półtora kilometra ale ostro. Teraz już dalej żółtym szlakiem obok cmentarza do Sąspowa, którego kościół jest dla nas cały czas kierunkowskazem. Od niego zaczyna się najmniej przyjemny odcinek dla rowerzysty. Sprowadzanie roweru. Droga prowadząca w dół żółtym szlakiem jest na tyle niebezpieczna, że nie warto ryzykować upadku. Docieramy do asfaltu i bezpiecznie mkniemy ciągle żółtym szlakiem w kierunku Doliny Sąspowskiej. Tyle, że krótko. Kończy się wioska, kończy się i asfalt. Polną drogą wjeżdżamy pomiędzy białe skałki. Trzymając się prawie cały czas żółtego szlaku jadąc trochę ścieżką przez las a potem wygodną drogą podziwiamy piękne wapienne skupiska skalne o wymyślnych nazwach jak Krzykała, Szalej czy Framugi. Po 10 kilometrach od Maczugi Herkulesa wypadamy znów do Doliny Prądnika koło Ojcowa. Czas na wyprostowanie nóg i dobrą kolację w postuzdrowiskowej atmosferze. A jest w czym wybierać.

   Powoli cień Chełmowej Góry zaczyna skradać się do ustawionych na zewnątrz stolików i wygania nas z tarasu. Czas wracać do auta zostawionego w Prądniku Korzkiewskim pod znakiem zakazu wjazdu do Ojcowskiego Parku Narodowego.

Dzień drugi, na zamku w Rabsztynie

   Srebro, to był ten kruszec, który już we wczesnym średniowieczu przyczynił się do powstania Olkusza, sympatycznie położonego miasta nad rzeką Babą, tuż u wrót Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd. Miasto dzielą od Parku malownicze ruiny potężnego zamku w Rabsztynie, skąd zaczynam większość rowerowych wypadów w tym spokojniejszym, nie tak licznie odwiedzanym przez turystów pieszych rejonie (co sprzyja bezkonfliktowej jeździe po wspólnych odcinkach turystycznych szlaków). 

   Zamek zbudowany w XIV wieku, jedno z Orlich Gniazd, był siedzibą rodów Tęczyńskich, Melsztyńskich, Bonerów i Myszkowskich, którzy zamieszkiwali ceglano-kamienną warownię do XVII wieku, kiedy został splądrowany i zniszczony w czasie potopu szwedzkiego przez wycofujące się wojska najeźdźcy. Część zamku była jeszcze używana do XIX wieku. W drugiej połowie tego wieku poszukiwacze skarbów dopełnili zniszczenia wysadzając jedyną zachowaną część zamku – wieżę oraz mury zamku dolnego. Dzisiaj zamek znajduje się pod opieką stowarzyszenia mającego na celu jego odbudowę. Wstęp jest bezpłatny. Podobno przy zamku rozpoczęło również działalność Bractwo Rycerskie „Kruk”. Podobno.

   Nasyciwszy się atmosferą rycerskiej historii wsiadamy na nasze stalowe rumaki i zjeżdżamy ze wzgórza zamkowego koło sympatycznego drewnianego zajazdu „Podzamcze” by przemierzyć zróżnicowaną widokowo i ciekawą turystycznie trasę. Towarzyszy nam szlak czerwony. Nie tracąc go z oczu i uważając na pociągi przejeżdżamy jadąc droga asfaltową przez przejazd kolejowy za którym skręcamy w pierwszą drogę w prawo i zaraz w lewo w las. Tu trzeba uważać, by nie zgubić szlaku. Udało mi się za pierwszym razem trochę tu pobłądzić, bo szlak kluczy znów w prawo i lewo. Nagrodą za harcerskie umiejętności jest sprawdzian ze wspinaczki wysokogórskiej. Przed nami forsowne podejście, o podjeździe nie ma mowy, na Januszkową Górę. Trzysta metrów walki ze stromizną i chcącym koniecznie wrócić z powrotem rowerem kończymy pod szczytem. Chwilowy odpoczynek w trakcie walki z podejściem możemy zafundować sobie koło interesującej jaskini Januszkowa Szczelina (180 m długości i 57 m głębokości), nie mniej warto tu uważać, jest raczej niebezpieczna. Przed samym szczytem głęboko oddychamy wsiadamy na rower i …zaczyna się! Jeśli ktoś lubi zjazdy na rowerze, to jest to wymarzona trasa! Po prostu bosko. Pamiętajmy tylko, że jest to główny jurajski czerwony szlak. Szalone zjazdy aż do drogi asfaltowej polecam więc poza weekendami. Po drugiej stronie góry ostrożnie przekraczamy jedyną ruchliwą w tym rejonie drogę (to piąty kilometr naszej wycieczki, ciągle szlak czerwony) i wspinamy się znowu pod górkę, tym razem już na rowerach. I znowu po przekroczeniu przewyższenia otrzymujemy w nagrodę piękny zjazd głównie lasami bukowymi, przez które przebiega bardzo atrakcyjny rezerwat przyrody „Pazurek” (projektowany, obecnie ścieżka przyrodnicza). Piękne lasy, co rusz skalne formacje (Góra Zubowa), urozmaicone ścieżki, trochę piasku na trasie i docieramy po kolejnych czterech kilometrach do stacji kolejowej Jaroszowiec Olkuski. Cofamy się w czasie do lat głębokiego komunizmu, wydaje się, że ten się tu zatrzymał. Atmosfera jak z filmów z tamtej epoki. W trakcie przymusowego przenoszenia roweru przez tory proponuję wrócić do rzeczywistości i skupić uwagę na ewentualnych pociągach, które wcale nie tak rzadko tędy przejeżdżają.

   Tutaj opuszczamy szlak czerwony i jedziemy na skrzyżowaniu w kierunku Kolbarku i Bydlina. Lokalna pusta droga lasami i otwartymi przestrzeniami doprowadzi nas po około sześciu kilometrach do punktu docelowego, jakim są ruiny zamku w Bydlinie, którego historia jest słabo poznana. Istnieje nawet teoria, że budowla ta nigdy nie była zamkiem a pełniła funkcje sakralne. Wiadomo, że u schyłku XVI wieku Bonerowie przebudowali warownię na kościół Świętego Krzyża. W roku 1655 kościół został spalony przez wojska szwedzkie. I to jego ruinę możemy dzisiaj zdobyć wspinając się rowerem na wzgórze z którego 17 listopada 1914, rozpoczynając krwawą bitwę pod Krzywopłotami, Legiony Piłsudskiego uderzyły na stojące w sąsiednim Załężu wojska rosyjskie. W jego sąsiedztwie znajduje się też cmentarz poległych w tym heroicznym, ale bezsensownym boju.

   Nasze menu, jeśli nie mamy wałówki w plecaku, musimy ograniczyć do zakupów w lokalnych sklepikach. I możemy jechać dalej. A w zasadzie wracać, tyle, że tym razem najpierw czerwonym szlakiem ładnymi leśnymi ścieżkami, drogami szutrowymi czy częściowo asfaltowymi przez Cieślin do Jaroszowic. Dalej, po opuszczeniu czerwonego szlaku, lokalnymi drogami wśród pól i lasów, z górki i pod górkę przez Chrystówki, Bogucin Mały aż do górujących nad okolicą ruin zamku w Rabsztynie. Tu możemy zafundować sobie solidny posiłek w jednym z zajazdów przycupniętych u jego podnóża z widokiem na zamek lub pojechać kilometr czy dwa do sąsiedniego Olkusza, gdzie w atmosferze małego zabytkowego miasteczka zaspokoimy głód i dorzucimy coś na słodko w jednej z licznych cukierenek.

   Dzień trzeci, artystyczna magia Ogrodzieńca

   Następny start warto zaplanować spod ruin kolejnego zamku. Ogrodzieniec można z powodzeniem zaliczyć do największych, najpiękniejszych i najlepiej zachowanych ruin zamków w Polsce. Zamek złożony z przedzamcza, majdanu (dziedzińca zachodniego) oraz zamku właściwego doskonale wkomponowany jest w otaczające go ostańce skalne i rzeźbę terenu. W bardzo dobrze zachowanych fragmentach gotyckich murów często napotkać można renesansowe detale. Całość majestatycznie czuwa nad pobliskimi wioskami i miasteczkiem Ogrodzieniec.

   Zimą 2001 r. zamek stał się plenerem do ekranizacji „Zemsty” Fredry w reżyserii Andrzeja Wajdy. Przebywali tu w tym czasie znakomici artyści jak Roman Polański, Daniel Olbrychski, Janusz Gajos, Katarzyna Figura czy Agata Buzek. Ich zdjęcia wiszą do dzisiaj w Karczmie Jurajskiej w Podzamczu, gdzie bywalcy wpadają na wyśmienite pierogi. Duch artystyczny wisi zresztą nad całym Podzamczem, bo sympatyczny stragan z własną wypalaną na miejscu ceramiką ustawił artysta z Warszawy, który uciekł z wielkiego miasta by tu w spokoju żyć i tworzyć, czy fotograf i grafik z Krakowa, wydający i sprzedający reprodukcje swoich rysunków czy widokówki z własnymi zdjęciami jurajskich zamków. Ot, sposób na życie.

   Po dłuższej sympatycznej rozmowie z obu panami wsiadam na rower i …do dzieła. Przede mną kawał drogi, i to w tylko w małym procencie po asfalcie. Oczywiście towarzyszy mi szlak czerwony. U podnóża zamku skręcam w prawo i stromo wdrapuję się na małą przełęcz ze skalną szczeliną, dalej zjazd wymagający na pewnych odcinkach sporych umiejętności. Po trzech kilometrach przecinam niebieski szlak „Warowni Jurajskich” i wygodną najpierw leśną, potem szutrową czy fragmentami asfaltową drogą zmierzam przez Czarny Las i Kocikową do Pilicy. Po drodze po prawej stronie horyzont zamykają ruiny zamku w Smoleniu, do którego zamierzam dotrzeć. Dziewięć kilometrów sympatycznej choć momentami trudnej jazdy za mną. Przede mną historyczne miasto Pilica z zamkiem, który był de facto pałacem, chociaż może się okazać (po najnowszych badaniach archeologicznych), że jednak powstałym na fundamentach zamku. Zostawiając dywagacje historykom mijam zostające po prawej stronie interesujące fortyfikacje renesansowego pałacu i gotycki, przebudowany w 1612 roku ciekawy kościół św. Jana Chrzciciela, którego wnętrza kryją barokowe i rokokowe eksponaty i wyposażenia. Obok stoi późnobarokowa murowana dzwonnica z zabytkowymi dzwonami. Przejeżdżając brukowaną ulicą pod charakterystycznym łukiem architektonicznym robię rundę honorową po pilickim rynku i dalej czerwonym szlakiem uciekam w stronę już prawdziwego zamku w Smoleniu, zwanego również, omyłkowo, zamkiem w Pilicy. Po dosyć trudnych odcinkach, w sporym procencie pod górę, po piętnastu kilometrach od startu zdobywam zamek, zaliczając końcówkę żółtym szlakiem.

   Skąd te pomyłki w nazwach? Otóż z braku badań archeologicznych opisując dzieje Smolenia oparto się na analizie średniowiecznych przekazów. Nazwa Pilcza pojawia się po raz pierwszy w dokumentach z lat 1325-1327. Natomiast najbardziej prawdopodobnym fundatorem murowanej budowli jest kasztelan radomski Jan z Pilczy herbu Topór. Przez wieki zamek przechodził z rąk do rąk aż surowa, gotycka budowla przestała odpowiadać nowym właścicielom. Wznieśli oni w pobliskiej Pilicy renesansowy pałac przenosząc tam swoja siedzibę. W tym czasie (XVI wiek) zamek dotąd zwany Pilcza zaczął być określany mianem Smoleń, niewątpliwie od istniejącej pod zamkiem osady smolarzy. W 1655 roku opuszczony już wówczas zamek spalili Szwedzi. Ale problemu nie rozwiązali.

   Na zamku pod dobrze zachowaną basztą urządzam sobie mały piknik, bo widoki z tego miejsca są naprawdę fantastyczne a mam za sobą już jedną trzecią trasy. Posilony ruszam dalej czerwonym szlakiem mijając malownicze skały Biśnik i Skały Zegarowe z interesującą jaskinią. Drogi jak to w Jurze. Od asfaltu po leśnie ścieżki. Na grzbiecie długiego wzniesienia, na dziewiętnastym kilometrze trasy, opuszczam czerwony szlak który biegnie do znajomego Bydlina i dalej już czarnym jadę w stronę Ryczowa. Warto teraz bacznie pilnować szlaku, bo ten po jakimś czasie zaczyna dziwnie kluczyć. Byle do asfaltu, teraz już jest łatwo. Przed Ryczowem uciekam jeszcze trochę w lewo i do celu dojeżdżam piaszczystą drogą przez las. Dwudziesty czwarty kilometr to Ryczów, wieś wspaniale ulokowana wśród skalnych ostańców. Ze względu na przepiękne krajobrazy zwana Małym Zakopanem a przez naukowców Ryczowskim Mikroregionem Skałkowym. Najwyższymi grupami ostańców pełnymi ciekawych jaskiń są Wielki Grochowiec (486 m n.p.m.), Straszykowa (494 m n.p.m.), Księża Góra, Brzuchacka Skała, Zamczysko czy ładnie brzmiący Dupnik. Natomiast nazwa wsi wywodzi się od ryku dorodnych jeleni, które niegdyś tu królowały. 

   Czas na krótki popas w cieniu ostańca na którym zachowały się niewielkie ślady murowanej z kamienia strażnicy obronnej i dalej w drogę. Ale tu pojawiają się dylematy związane z porą dnia i kondycją, bo można w tym miejscu zrobić pięciokilometrowy skrót drogą na Ogrodzieniec, dotrzeć do zielonego szlaku i nim do Podzamcza. Można dobrnąć do odległego o dwa kilometry Żelazka i przy kościółku skręcić zielonym szlakiem w prawo i nieco piaszczystą drogą dojechać pod zamek. Można po przebyciu całego Żelazka tym samym zielonym szlakiem dotrzeć do rezerwatu przyrody Góra Chełm (nie znam trasy, nie jechałem, ale sądząc po mapie nie jest to proste zadanie) i stamtąd żółtym do Podzamcza, można też zrobić trasę dla wytrawnych rowerzystów czarnym szlakiem przez Rodaki do Chechła przy Pustyni Błędowskiej (polecam pobuszować po jedynej polskiej pustyni), a stamtąd czerwonym do Hutek-Kanek pod Górą Chełm (444 m n.p.m.) i dalej od letniskowej Centurii żółtym aż do Podzamcza, ale cała duża pętla to prawie pięćdziesiąt kilometrów w momentami trudnym terenie. Szlak Orlich Gniazd tylko dla orłów.

   Dzień czwarty, czyli zamki, zamki, zamki…

   Tym razem polecam trasę w północnej części Jury, z miejsca które jest kwintesencją tego wyjątkowego rejonu. Z miejsca gdzie swoje zagospodarowane wiejskie chaty mają między innymi ci, którzy skały i wspinaczkę kochają ponad wszystko, czyli sławni polscy himalaiści jak Krzysztof Wielicki czy Artur Hajzer. Z miejsca, z którego równie dobrze można wyruszyć na wschód czy zachód Jury, na północ czy południe. Z miejsca, gdzie w odległości półtora kilometra od siebie stoją dwa bliźniacze zamki połączone podobno podziemnym korytarzem, czyli Mirów i Bobolice.

   Na południe od nich aż za Podlesice (największy w okolicy zajazd i hotel „Ostaniec”) znajduje się prawdziwe królestwo skałkowe, czyli Góra Zborów i Skałki Rzędkowickie. Dalej Morsko z zamkiem i górą uwielbianą zimą przez narciarzy czy Wielki Okiennik, który jest jednym z najciekawszych miejsc wspinaczkowych na obszarze całej Jury. Jego piękne, przekraczające 30 metrów ściany to wyzwanie dla wielu skałkowiczów i jeden z najpiękniejszych widoków w jurajskim krajobrazie. No i wszystko to, to piękne tereny rowerowe.

   Na zachód możemy popedałować do Żarek-Letniska nad dużym Jeziorem Poraj, na wschód czerwonym szlakiem do wioski Młyny z zabytkowymi młynami i nad zalew w Kostkowicach czy dalej do Kroczyc.

   Ja polecam kierunek północny. Robiąc pętlę w tę stronę odwiedzić można aż sześć zamków. Zaczynamy więc w magicznym Mirowie, spod zamku, którego kształt i usiane potężnymi ostańcami otoczenie o świcie czy o zachodzie słońca znakomicie sprawdzają się jako sceneria horrorów. Dobrze jest rozbić namiot na polanie pod zamkiem i nasłuchiwać w nocy szumu wiatru przeciskającego się przez puste otwory okienne ruin czy spoglądać w rozgwieżdżone niebo nad głową smażąc kiełbasę w rozpalonym pod ostańcem ognisku.

   No, ale te przyjemności czekają na nas dopiero po powrocie. Na razie czerwonym szlakiem zjeżdżamy do asfaltu i przy kapliczce (rozstając się ze szlakiem) skręcamy w lewo kierując się do wsi Łutowiec (3 km) z ruinami warowni na szczycie skałek znajdującymi się w sąsiedztwie niebieskiego szlaku, z którym co jakiś czas będziemy się teraz widywać. Ze wsi zjeżdżamy do drogi biegnącej w kierunku Żarek, skręcamy w lewo spotykając za chwilę szlak niebieski i razem z nim uciekamy na szczycie podjazdu w prawo w leśną ścieżkę, która przechodzi w dość uciążliwą piaszczystą drogę. W miejscu, gdzie szlak znika w gęstwinie krzaków zostawiamy go i polną drogą osiągamy szczyt wzniesienia z którego jadąc już tylko w dół kierujemy się na wieże Sanktuarium Maryjnego w Leśniowie, poświęconego Najświętszej Marii Pannie, czczonej tu od końca XIV wieku w postaci figury rzeźbionej w drzewie, którego piękny park i źródełko zdrowej wody są balsamem na nasze nieco zmęczone dziesięciokilometrową niezbyt łatwą trasą ciało.

   Dalej bierzemy kierunek w prawo na strażnicę w Przewodziszowicach i stąd w lewo niebieskim szlakiem dojeżdżamy do asfaltu, koło krzyża znów w lewo i w Kolonii Zawada skręcamy na głównej drodze w prawo i po niecałym kilometrze w lewo na Suliszowice, gdzie wita nas kolejny zamek, ruiny warowni górującej nad wsią, z których roztacza się wspaniały widok na okolicę pełną malowniczych skałek i ostańców. To prawie osiemnasty kilometr naszej trasy. Teraz żółtym szlakiem kierujemy się do Zaborza i Skrobaczowizny. Stąd asfaltową drogą dojeżdżamy do Biskupic i dalej ostro w dół w stronę Olsztyna. Jazda z górki szerokim asfaltem i dalej po płaskim terenie ze wspaniałym widokiem na Sokole Góry po prawej stronie jest wyborną nagrodą za poprzednie wspinaczki. Po trzydziestu czterech kilometrach od Mirowa docieramy na rynek z którego widać wspaniałe ruiny zamku w Olsztynie, kolejnego wyjątkowego miejsca w Jurze. Wart zwiedzenia zamek usytuowany na potężnym wzniesieniu góruje nad całą okolicą i miasteczkiem Olsztyn. Jest on wyjątkowo chętnie odwiedzanym miejscem przez turystów i ludzi przybywających z całej Polski na coroczne koncerty połączone ze wspaniałymi pokazami ogni sztucznych.

   Warto usiąść w małej pizzerni przy drodze wiodącej na zamek i spałaszować niedrogie danie serwowane w tym sympatycznym lokalu, a na dobre ciacho przenieść się dokładnie naprzeciwko do małej cukierenki, bo na tych, którzy nie zamierzają zostać w Olsztynie (lub chcą dotrzeć do odległej o 14 km Częstochowy) czeka kawał drogi z powrotem do Mirowa.

   Ruszamy czerwonym szlakiem podziwiając Góry Sokole od drugiej strony. W miejscu gdzie szlak czerwony odbija w prawo a czarny za chwilę w lewo my jedziemy ciągle na wprost by ponownie dotrzeć do szlaku czerwonego schodzącego z Gór Sokolich. Szlaku tego nie opuścimy aż do celu naszej wyprawy. Po drodze, sześć kilometrów od Olsztyna, zwiedzamy w Zrębicach malowniczy modrzewiowy XIV-wieczny kościółek św. Idziego z wolnostojącą dzwonnicą. Obiekt wart jest zobaczenia we wnętrzu ze względu na barokowy XVII-wieczny ołtarz główny z obrazem św. Idziego z 1652 roku pochodzącym z kaplicy stojącej na okolicznych polach oraz na kamienną gotycką chrzcielnicę i dwie rzeźby z połowy XV wieku.

   Pilnując znikającego co jakiś czas szlaku docieramy po piętnastu kilometrach do kolejnego wyjątkowo ciekawego miejsca. Jest nim Złoty Potok, wieś sąsiadująca z Janowem. Za okazałym murem kryje się w parku ze stawem interesujący zespół pałacowy z dworkiem Krasińskich mieszczącym kameralne, sympatyczne muzeum Zygmunta Krasińskiego. Po drugiej stronie ulicy mamy stadninę koni z knajpką, a bardziej urozmaicony wybór lokali w Janowie. Niestety nie leży on w zgodzie z naszym kierunkiem podróżowania.

   Jadąc dalej swoja trasą po dwóch kilometrach zostawiamy czerwony szlak penetrujący sąsiednie Góry Parkowe i spotykamy się z nim ponownie po kolejnym kilometrze. Już razem docieramy do jednego z najpiękniejszych ostańców skalnych w Jurze, do Bramy Twardowskiego. Nazwę tej wyjątkowej formacji nadał sam Zygmunt Krasiński.

   Dalej przez malowniczy Rezerwat Ostrężnik, Trzebniów i Niegową po prawie trzydziestu dwóch kilometrach jazdy drogami i bezdrożami pagórkowatej, pięknie ukształtowanej, pełnej niezapomnianych widoków Jury Krakowsko-Częstochowskiej zdobywamy resztkami sił zamek w Mirowie. Kto już tych sił nie ma zostaje w karczmie pod zamkiem na zasłużonym posiłku. I czymś dobrym, zimnym z beczki. Pozostaje do zdobycia jeszcze sąsiedni zamek w Bobolicach. Ale to już chyba jutro. Przy zachodzącym pięknie za ruinami słońcu rozbijamy namiot. Ognisko? Też chyba jutro. Ledwo żyjemy. Łącznie zrobiliśmy dzisiaj ponad sześćdziesiąt kilometrów! Starczy. Dobranoc.

Jerzy Pawleta

Jura Krakowsko-Częstochowska

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

   P.S. Przemierzając Jurę na rowerze warto oprzeć się na mapie zamków, intuicji i oczywiście przewodnikach rowerowych. Moim ulubionym, który często bardzo mi pomagał w tym rejonie jest przewodnik Stobieckiego i Śliwińskiego „Najlepsze wycieczki na rowerze górskim – Wyżyna Krakowsko-Częstochowska”. Duże dzięki autorom za informacje i inspirację. jp

Linki:

http://www.jura.art.pl

http://www.zamkipolskie.com

http://www.zamki.res.pl/

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,81988,3451634.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.