Lanzarote. Rowerem po wulkanach

25 milionów lat temu w wyniku wielokrotnych podwodnych erupcji wyłoniły się z oceanu atlantyckiego wulkaniczne góry tworząc nowy ląd. Przez miliony lat burzliwej walki ognia z wodą, ziemią i powietrzem ukształtował się on w obecnej formie tworząc na wysokości Sahary Zachodniej, niewiele ponad sto kilometrów od Afryki, lądowy przyczółek.

   W archipelagu Wysp Kanaryjskich pojawiła się wyspa zwana dzisiaj „Lanzarote”.

Wyspy Kanaryjskie. Lanzarote. Rowerem po wulkanach.

   Z czym nam się kojarzy wypad na cały okrągły rok ciepłe Wyspy Kanaryjskie? Oczywiście: plaża, basen, leżak i drinki. Wieczorem balanga. Bo tu nawet w nocy jest ciepło. A gdyby nie północny wiatr wiejący niemal non stop, to życie zamarło by na tej wulkanicznej wyspie od upałów zanim by się rozpoczęło. Lanzarote nie ma lasów, w dolinach pomiędzy wygasłymi wulkanami uchowały się jedynie palmy. Więc i cienia jest niewiele. Wydaje się, że najwięcej pod plażowym parasolem. Więc jakakolwiek aktywność ruchowa, oprócz moczenia się w wodzie, wydaje się tu zupełnie bezzasadna. Wręcz szkodliwa.

   Nic bardziej mylnego. Coraz bardziej rozwija się treking po wulkanach. Tutaj również da się jeździć na rowerach. I chociaż wypożyczalnie rowerów są w każdej turystycznej mieścince, a jeśli komuś nie chce się szukać to recepcja hotelowa pośredniczy w najmie, ruch rowerowy poza nadmorskimi bulwarami niemal nie istnieje. I to jest spory urok tej wyspy. Odkrywanie jej czaru należy do nas. A zapewniam, że Lanzarote ma go nadspodziewanie wiele. Białe mieścinki czy osady przycupnięte pod brunatno-czerwonymi wulkanami, zatoczki z turkusową wodą do których opada czarna, powulkaniczna plaża, winnice usytuowane na zboczach gór i bodegi, gdzie można skosztować lokalnego wina, białe kościołki przy drogach, bajeczne krajobrazy czy wreszcie to, co stworzył tu artysta niezwykły, Cesar Manrique.

   Ślady jego działalności widoczne są w każdym niemal miejscu wyspy. W miastach, osadach, na skrzyżowaniach dróg czy w szczerym wulkanicznym pustkowiu – domy malowane na biało, wibrujące na wietrze potężne rzeźby, miejsca sztuki usytuowane w zastygłych labiryntach lawy, niekonwencjonalne rozwiązania architektoniczne i murale czy na trwałe wpisane w turystyczny krajobraz wyspy barwne graficzne symbole. I tropem tych miejsc postanowiłem ruszyć na nie najwyższej jakości rowerze wypożyczonym w recepcji hotelu w Costa Teguise, turystycznej mieścinie usytuowanej na wschodnim wybrzeżu.

Kierunek El Golfo.

   Moim celem stało się magiczne, niemal surrealistyczne miejsce jakim jest zatoka El Golfo ze słynna turkusową laguną leżące na przeciwległym brzegu wyspy. Jako że jest to szmat nieprzewidywalnej drogi – wyruszyłem wcześnie rano, z bólem rezygnując z pysznego śniadania w moim all inclusive. Kolorowa hotelowa mapa i koniec języka za przewodnika pozwoliły wystartować mi z labiryntu uliczek rekreacyjnej dzielnicy we właściwym kierunku. Tuż za ostatnimi zabudowaniami rozpoczęła się łagodna wspinaczka wygodną asfaltową drogą, po której niezbyt często jeździły pojazdy tubylców czy wynajęte przez turystów małe białe samochody. Za aquaparkiem droga wspina się coraz bardziej stromo w stronę widocznego jak na dłoni brązowego kopca, pierwszego wulkanu na mojej trasie. Wznoszące się coraz wyżej słońce nie jest wcale dokuczliwe, tym bardziej, że skutecznie schładza je wspomniany północny wiatr. Niestety, nie jest on moim sprzymierzeńcem w pedałowaniu. Jest pod górkę i pod wiatr.

   Z dużą ulgą przyjmuję miejsce na wulkanie, gdzie droga znów opada w dół. No, tu zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki! Na niemal pustej, prostej drodze mój wehikuł rozpędza się do kosmicznej prędkości. Wiatr huczy w uszach, kierownica trochę się trzęsie, ale jest bosko! I w takim rowerowym uniesieniu wpadam na rondo, na środku którego stoi ogromna srebrna wibrująca na wietrze przedziwna kolista konstrukcja. To jedna z wietrznych rzeźb Cesara Manrique, hołd dla wiatru północnego i czegoś, co było niegdyś ważnym elementem życia i krajobrazu wyspy, a dziś poszło do lamusa. Hołd dla wiatraków, z których dziś już tylko pojedyncze, zapomniane sztuki ozdabiają wyspę. Przy rondzie napotykam miejscowego rowerzystę, zupełnie osobliwy obrazek. Pytany o drogę do El Golfo Vincent mówi jedynie: mucho, mucho i śmieje się w głos. Po chwili usiłuje po hiszpańsku wytłumaczyć drogę. Nie bardzo się rozumiemy. Na szczęcie potężny kierunkowskaz pokazuje kierunek: „Fundacion Cesar Manrique”. Tam podążam, to szósty kilometr mojej trasy, wioska Tahiche.

Fundacja Cesara Manrique.

   Cóż, kiedy jestem za wcześnie. Dom Cesara, po jego śmierci w roku 1992 przekształcony w udostępnioną do zwiedzania fundację nazwaną jego imieniem, otwierają o dziesiątej. Żałuję świeżego śniadania stojącego na moim hotelowym stoliku z białym obrusem. Zadawalam się kanapką i herbatą z termosu. Za to jestem jednym z pierwszych w kolejce do kasy. Wstęp 8 euro. Rower zostaje za bramą, która jest wejściem do miejsca magicznego. Tylko niezwykły, otwarty umysł mógł wymyślić, by zimną, nieprzyjazną lawę i jej niezliczone zakamarki ukształtowane podczas twardnienia zaadoptować na własne mieszkanie, własny dom. I to jak!

   Parterowa biała zwarta bryła o orientalnym charakterze „wypływa” prostokątnymi kształtami wprost z zastygłej lawy, która dotarła tu z odległego o kilkaset metrów wulkanu. Ta część jest dzisiaj wspaniałym muzeum sztuki. Znajdują się tu zarówno dzieła samego Cesara i liczne jego projekty obiektów powstałych na wyspie jak i obrazy, rzeźby czy instalacje światowej sławy artystów z którymi Manrique przebywał, współpracował czy po prostu których poznał podczas swojej wieloletniej artystycznej podróży po świecie zakończonej na „swojej” Lanzarote. Znaczące miejsce w kolekcji zajmują dzieła Pabla Picassa. Wystawiany jest też Miro, Tapies, Soto, Guerrero, Gerardo Delgado i inni artyści. Ściany budynków uzbrojone w potężne szyby wpuszczają do środka niezbędną dla dzieł sztuki ilość światła ale i, co jest zupełnie niezwykłe, fragmenty lawy, które jakby wlewają się przez nie do wnętrza budowli. Z tarasów, oprócz wspaniałych widoków, podziwiać możemy to, co artysta umieścił niejako pod domem. Ogrody w lawie. Wokół rezydencji wiją się labirynty pomalowanych połyskliwą białą farbą wulkanicznych ścieżek ozdobionych tropikalną roślinnością, fantazyjnymi kaktusami czy rzeźbami. Pomiędzy nimi zaskakuje szumiący błękitną wodą strumyk w białej niecce zasilany fontanną tryskającą z jednej ze ścian. Ale to dopiero początek magii. Ścieżki te prowadzą nas w głąb lawy, do pomieszczeń mieszkalnych urządzonych w jej grotach. Znaleźć tu możemy salony, kuchnię czy łazienkę o kształtach, które narzuciła natura. Podłoga i ściany do pewnej wysokości pomalowane są białą „gumową” farbą. W całość niezwykle precyzyjnie pod względem formy i koloru wkomponowane są meble i siedziska. Rzeźby i roślinność. Zaschnięte drzewa przybrane słomianymi ozdobami pną się ku górze do otworów, które natura stworzyła w stropie komnat. Z niewidocznych głośników snuje się dziwna jak samo miejsce muzyka. Magia!

   Można by tu spędzić wiele godzin kontemplując sztukę jak i samo miejsce, sącząc pyszną kawę w cieniu rozpiętej nad głowami roślinności, siedząc pod ścianą jednego z potężnych barwnych murali. Ale komu w drogę…

Wino z wulkanów.

   Na 12-tym kilometrze mijam San Bartolome, skąd kieruję się w stronę kolejnego miejsca „naznaczonego” Cesarem Manrique. Jest to ustawiona w geograficznym środku wyspy, przy jednym z głównych skrzyżowań, wykonana z elementów łodzi służących do transportu owoców, potężna biała rzeźba, El Campesino. Tuż obok znajduje się muzeum i restauracja w której warto skosztować lokalnych tapasów. Ja skręcam w lewo w stronę Yaiza.

   Krajobraz dosyć radykalnie się zmienia. Ciemnobrązowe, niemal czarne pola zastygłej lawy ciągnące się kilometrami od drogi w stronę wulkanów zamykających horyzont pozastawiane są niewielkimi półokrągłymi kamiennymi czarnymi murkami. Każdy z nich chroni jedną zieloną roślinkę. Jest to winorośl. Pojedyncze sadzonki osadza się w żwirze wulkanicznym zawierającym wilgoć i chroniącym jednocześnie przed parowaniem. Ale najpierw należy dokopać się poprzez lawę i żwir do żyznej gleby, zasadzić winorośl i ponownie zasypać żwirem. Następnie buduje się murki, które mają za zadanie ochronę rośliny przed chłodnym wiatrem północnym. Wszystkie prace wykonywane są ręcznie, warunki terenowe nie pozwalają na wykorzystanie maszyn. Krajobraz winnic, które udaje się prowadzić, mimo niewielkiej ilość opadów, dzięki pokaźnemu parowaniu spowodowanemu wysoką temperaturą dzienną, słońcem i wiatrem, jest pod ochroną. Lanzarote to jedyne miejsce na świecie, gdzie można spotkać ten typ rolnictwa. Nic więc dziwnego, że wina z Lanzarote smakują jak nigdzie na świecie.

   Ten odcinek drogi jest niezwykle zdradliwy. Usiany jest licznymi bodegami, czyli miejscami, gdzie degustować możemy lokalne wino uprawiane na zboczach wulkanów. Wielkie beczki z winem ustawione przy drodze zapraszają do niewielkich chłodnych kamiennych budynków w których jesteśmy częstowani niezwykłym trunkiem. Ich wystrojem są niemal jedynie beczki i niezliczone butelki z winem. Nie wiem, jaki promil alkoholu można mieć na Lanzarote we krwi i prowadzić pojazd, w moim przypadku rower. Ale z obserwacji życia tubylców wynika, że spory. I chyba lokalna policja nie jest zbyt restrykcyjna w tym temacie. Wykorzystując lokalne stosunki przystąpiłem do degustacji. Po skosztowaniu win wytrawnych i półsłodkich zdecydowałem się, a jakże, na butelkę białego wytrawnego. Będzie na specjalną okazję.

   W doskonałym humorze przemierzałem winno-wulkaniczną krainę kierując się do Yaiza. Mieścinka, nieco cofnięta od głównej drogi, słynie z restauracji………………………. serwującej tutejsze potrawy. Pięknym miejscem jest też maleńki ryneczek i biały zabytkowy kościółek z czarownym wnętrzem.

   Nie zabawiłem tu jednak długo. Czekała na mnie jedna z największych atrakcji wyspy.

Góry Ognia.

   Tuż za Yaiza skręcam w prawo w stronę Parku Narodowego Timanfaya ze sławnymi Montanas del Fuego – Górami Ognia. Po około siedmiu kilometrach drogi jak z filmu science – fiction, duktu pośrodku zamarłego, surowego krajobrazu ogromnych brył zastygłej lawy docierającej do wulkanicznych wzniesień o bajecznych odcieniach czerwieni, brązu i żółci, docieram do przedgórza parku. I tu zaskoczenie. Witają mnie wielbłądy. Karawany liczące kilkadziesiąt sztuk oczekują na turystów by zabrać ich w kilkunastominutową przejażdżkę w głąb parku Timanfaya. Oczywiście daję się skusić. Ci, którzy wędrowali na wielbłądach wiedzą, że najtrudniejszy dla jeźdźca jest start. Moment, gdy wielbłąd siedzący na ziemi nieoczekiwanie prostuje najpierw tylne nogi a my lecimy na głowę do przodu. Na szczęście niemal natychmiast prostuje przednie i wracamy w nasze drewniane oparcia kolorowego siedziska. Chybotliwa przejażdżka po lawie delikatnej tu jak piasek pustyni nie trwa zbyt długo, nie mniej jest czas na wykonanie atrakcyjnych zdjęć z wnętrza parku, po którym podróżować można, oprócz przejażdżki na wielbłądzie, tylko w autokarach po jedynej wyznaczonej asfaltowej drodze.

   Niezwykle ciekawe Góry Ognia powstały w wyniku kilkukrotnych erupcji wulkanicznych w roku 1730 które pokryły znaczną część wyspy. Pierwsza szczelinowa erupcja tego kataklizmu trwała 19 dni. Charakteryzowała się erupcją ciekłej lawy i dużej ilości gorącej słonej wody, tworząc 30 metrowe gejzery. Zniszczone zostały wioski, tereny uprawne, zginęły zwierzęta pasące się z dala od domów. Lawa dopłynęła do wybrzeża, tworząc przy oceanie niezwykłe formy. Wybuchy trwały kolejnych 6 lat. W tym czasie wszyscy mieszkańcy opuścili wyspę. Do kolejnej eksplozji doszło jeszcze w roku 1824. Kiedy erupcje ustały i gdy naukowcy dowiedli, że są one „długoterminowe”, występują z dużym wyprzedzeniem, czyli są relatywnie „bezpiecznie”,  jeśli można w ten sposób określić wybuchy wulkanów, zaczęli powoli wracać.

Dzisiaj nieustająco kontroluje się ruchy sejsmiczne, deformacje terenu, zmiany temperatury, emisję gazów.

   Park Narodowy Timanfaya zajmuje jedynie niewielki fragment z 200 km2 powierzchni pokrytej lawą. Różnica temperatury między dniem i nocą dochodzi tu do 20 stopni. Niemal brak jest tu zwierząt i roślin. Występują jedynie sucholubne rośliny kolczaste.

W jednym z kraterów powstała 100 metrowa szczelina „Otchłań Diabła”, której nie można do końca spenetrować z uwagi na zbyt wysoką temperaturę i zwężenie miejsca. W Górach Ognia skorupa ziemi pod którą bulgocze gorąca lawa jest wyjątkowo cienka. Dowodzą tego naocznie naturalne grille, w których można przyrządzać dania na ogniu wulkanicznym, czy szczeliny, których temperatura zapala suche krzewy.

   Miejsce jest tak niezwykłe, że powstało tu wiele filmów. Scenerię Timanfaya wykorzystał między innymi hiszpański reżyser Pedro Almodowar. Symbol parku, słynnego diabełka, stworzył Cesar Manrique. Przejeżdżam koło niego w drodze do parku.

 

Surrealistyczne El Golfo.

   Od parku droga biegnie do El Golfo niemalże nieustannie w dół. To duża przyjemność, bo czuję już w nogach wulkaniczne wspinaczki i wiatr wiejący niemal ciągle w twarz, bez względu na to w którym kierunku jadę. Wioska El Golfo leży po prawej stronie magicznej zatoki w kształcie połówki krateru. Ja wjeżdżam do zatoki od strony lewej (południowej). Miejsce robi niesamowite wrażenie. Jest bajeczne, niewyobrażalne, nierzeczywiste. Stworzone jakby ręką potężnego artysty, mistrza rzeźby i kształtowania przestrzeni. Urwiste kamienne półkole krateru tworzy amfiteatr o pionowej kilkudziesięciometrowej ścianie ozdobionej płaskorzeźbami jakby wziętymi ze sztuki Salvadora Dali mieni się paletą wulkanicznych barw. U jego podstawy połyskuje barwami niebieskimi i zielonymi Turkusowa Laguna, jeziorko które jest celem pielgrzymek turystów. Krater zamyka błękitna woda oceanu, której fale rozbijają się białą pianą o niezwykłych kształtach olbrzymie głazy, które miliony lat temu tworzyły z kraterem jednolitą bryłę. Plaża w większości utworzona jest z milionów niewielkich, czarnych jak smoła kamyków, którym dodatkowego połysku nadają obmywające je fale chłodnej wody. Zbliżający się wieczór powoduje, że resztki turystów wsiadają do swoich autokarów czy samochodów i zostaję tu niemal sam. Jest magicznie!

   Powoli wspinam się w stronę wioski lejem wulkanicznym wysypanym przez naturę drobnym czerwonym piaskiem. Zapadam się w żwirek po kostki, koła pchanego roweru grzęzną coraz bardziej. Zmordowany docieram do krawędzi wulkanu, z której widok zapiera dech w piersi. Krater, czarna plaża i ocean z jednej strony, urwiska wpadające do wody pode mną i malownicza osada nad oceanem z drugiej. Długo kontempluję ten nieziemski widok.

   Gdy docieram do wioski, zapada zmrok. Oprócz mnie, kilku turystów i paru tubylców nie ma nikogo. Siadam przy stoliku jednej z restauracyjek otwartych na ocean, gdzie przy innym stoliku siedzą miejscowi. Z doświadczenia wiem, że w takich miejscach zjem najlepiej i najtaniej. Zamawiam oczywiście rybę, wybór zostawiając kelnerowi. Ważne, by była od tutejszych rybaków. W ślad za wielką szklanicą zimnego piwa, bosko!, na moim stoliku lądują przystawki. Najpierw hiszpańska szynka, potem coś co uwielbiam nie tylko na Lanzarote, ale tu skosztowałem tego po raz pierwszy w życiu – smażone w sosie czosnkowym krewetki. Pychota! Nie mogę nachwalić się kelnerowi pyszności serwowanych dań. Ten w rewanżu zaprasza mnie do środka knajpki, gdzie częstuje pokaźnym kieliszkiem miejscowej nalewki. Teraz to nawet chłodny północny wiatr nie jest w stanie mnie przegonić z tego miejsca. Po chwili na moim stoliku ląduje ryba. Co wam będę mówił! Rewelacja! Żal się stąd ruszać. Szukam w wiosce noclegu, ale okazuje się, że wszystko jest zajęte. Ale też są tu tylko trzy czy cztery miejsca, gdzie można się przespać, z czego jedno zdecydowanie ponad mój budżet.

Nocna autostrada

   Nie ma wyjścia, trzeba wracać. Specjalnie nie uśmiecha mi się perspektywa nocnego wspinania się pod górkę drogą w stronę Yaiza, tym bardziej, że mój rower nie ma żadnej lampki, ani z przodu ani z tyłu. Zapalam moją czołówkę, którą w jakimś niezrozumiałym odruchu wrzuciłem jeszcze w Polsce do plecaka, i oświecam sobie czarną drogę w czarnym wulkanicznym krajobrazie. Jadę czujnie nasłuchując czy z tyłu coś nie nadjeżdża. Gdy tylko słyszę warkot samochodu obracam czołówkę do tyłu, by zasygnalizować kierowcy swoją obecność na drodze. Usiłuję nie zboczyć z asfaltu na lawę poruszając się w świetle jego reflektorów. Sytuacja się komplikowała, gdy jechały dwa pojazdy naprzeciw siebie. Na szczęście ruch nie był wielki. Kolejną próbę zdobycia noclegu ponawiam w Yaiza. Bezskutecznie. Jedyny hotel tuż poza miastem jest zdecydowanie za drogi. Pedałuję dalej, rozglądając się za spaniem. Nic. Gdy jestem już w połowie drogi do domu, wziąłem kierunek na Arrecife – prostsza i bardziej płaska trasa, decyduję, że jadę do domu (Costa Teguise).   

   Kilkanaście kilometrów przed stolicą wyspy wpadam na jedyną tutaj autostradę. Nie, nie mam zamiaru szukać po nocach alternatywnego rozwiązania. Jestem tak skonany, że podejmuję ryzyko. Jeśli złapie mnie policja, to każę zawieść się do mojego hotelu. Jeśli nie będą mieli nic przeciwko. Czołówka do tyłu i pędzę ile sił w nogach. Najgorzej jest na rondach czy rozjazdach, ale kierowcy są nadzwyczaj tolerancyjni, żadnego trąbienia czy dogadywania. Światła Arrecife witam z ulgą i niepokojem. Ruch wzrasta. Ale dalej trzymam się głównego traktu. Nie mam zamiaru kluczyć po mieście. Kilkanaście minut i docieram do nadmorskiego, pięknie oświetlonego bulwaru. Ostatnie knajpki tętnią jeszcze swoim nocnym życiem. Paru zapaleńców w świetle ulicznych lamp gra na plaży w piłkę, nieliczni przechodnie mijają mnie z lekkim zaciekawieniem, gdy wyciągam się na murku dzielącym bulwar od plaży. Gdy dochodzę do siebie zamawiam piwo i długo siedzę w wygodnym koszu ulicznego baru. Budzi mnie lekkie stukanie w ramię. Przepraszam, senor, ale zamykamy. Wokół mnie nie ma już nikogo.

Jerzy Pawleta

Lanzarote

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//

+48 602 195 311

Cesar Manrique (1919 – 1992) urodził się w Arrecife. Swoją pierwszą wystawę zorganizował w 1942 w rodzinnym mieście. W 1945 wstąpił do madryckiej Academia de Bellas Artes de San Fernando. W tym okresie tworzył głównie abstrakcyjne prace, będąc pod wyraźnym wpływem Picassa i Matisse’a. W początkach lat pięćdziesiątych przebywał i tworzył w Paryżu, poczym wyruszył w podróż po świecie.

W 1964 przyjechał do Nowego Jorku, gdzie zetknął się ze sztuką abstrakcjonistów takich jak Pollack czy Rothko, pop-artem Andyego Warhola czy Rauschenberga i innymi awangardowymi kierunkami sztuki, które były inspiracją dla dalszego rozwoju artysty. Swoje prace wystawiał z powodzeniem w prestiżowej nowojorskiej galerii „Catherine Viviano”. Konsekwencją były wystawy w Hiszpanii, Niemczech, Belgii czy Szwajcarii.

W 1968 powrócił na Lanzarote, gdzie rozpoczął swoją działalność mającą wpływ na obecny wygląd wyspy. Dążył do zachowania tradycyjnego  niskiego budownictwa, utrzymania go w białych kolorach, był przeciwny ustawianiu tablic reklamowych, wychodząc z założenia, że szpecą one krajobraz. Swój dom zaprojektował w korycie wulkanicznego potoku Taro de Tahiche. Obecny wygląd wyspa zawdzięcza jego działalności – oprócz jego domu, w którym obecnie działa fundacja jego imienia, zaprojektował i stworzył między innymi Mirador del Rio, punkt widokowy na północy wyspy, Jardin de Cactus, niezwykły ogród kaktusów, Jameos del Aqua – powulkaniczne groty z basenami i salą koncertową. Tworzył też ruchome wietrzne rzeźby, które obecnie zdobią wyspę. Stworzył dla swojej działalności określenie „Sztuka-Natura/Natura-Sztuka”.

Jego działalność na rzecz zachowania dziedzictwa kulturowego Lanzarote została uhonorowana nagrodą Europa Nostra w 1986 roku.

Zginął w wypadku samochodowym przed własnym domem.

 www.fcmanrique.org – Fundacion Cesar Manrique

Artykuł opublikowany w magazynie RowerTour

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.