Makao. Skośnooki hazard.

Macau, czyli skośnooki kolonialny hazard

 

   Podjazd, jak to pod najlepszy hotel w mieście: kostka brukowa, girlandy kwiatów i świateł, boy w liberii i fantazyjnym kapeluszu. Złote obrotowe drzwi zapraszają do chłonięcia przepychu holu ozdobionego marynistycznymi elementami. Obrazy i wielkie makiety statków żaglowych atakują swym bogactwem. Potężny, bajecznie roziskrzony żyrandol rozświetla każdy szczegół imponującego wnętrza, aż po szczyt szerokich, usłanych purpurowym chodnikiem schodów. Korytarze biegnące w głąb hotelu rozgałęziają się, tworząc błyszczący labirynt restauracyjek, barów, sklepików i kasyn. Wszystko doskonale oznakowane podświetlonymi kierunkowskazami, jak na wielkomiejskim skrzyżowaniu z filmu science fiction.

   Tłumek biznesmenów z Hong Kongu i Kantonu wymieszany z nielicznymi o tej porze roku turystami mierzy głównie w tabliczki z napisami „casino” lub „sex-bar”, łapczywie rozglądając się dookoła. Bo korytarze to królestwo azjatyckich prostytutek dyskretnie sunących po miękkich dywanach lub oferujących pełny wachlarz skośnookiej urody stojąc, pijąc drinki i paląc ciemne, cienkie papierosy przy barach szeroko otwartych na facetów w białych koszulach i krawatach. „Lisboa” – hotel i kasyno. Centrum życia nocnego w Macau.

   Pierwsze moje wejście do tej „jaskini hazardu i rozpusty” skończyło się już po kwadransie. Oszołomiony gwarem, ruchem, światłami i mnogością wrażeń innych zostałem, równie szybko jak pochłonięty głównym wejściem, tak samo prędko wydalony bocznym. Zostało tylko dziwne, nie dające o sobie zapomnieć wrażenie chęci powrotu.

   Nastąpił wieczorem następnego dnia.

   Ale może trochę wstępu. Macau, była kolonia portugalska, obecnie część Chin o dziwnym statusie, na mojej zimowej trasie z Nepalu przez Tybet przystanek przedostatni. A jako że w Tybecie i później w pd-zachodnich Chinach mocno przymarzłem, postanowiłem rozgrzać kości na południu. Do wyboru była wyspa Hainan Dao z Yalong Wan, 7-kilometrową plażą lub Macau, z którego do ostatniego punktu wyprawy, Hong Kongu, był tylko rzut chińskim beretem, czyli ekspresowym wodolotem.

   Padło na Macau. Kolonialna architektura kontrastująca z buddyjskimi świątyniami a wielkomiejska zabudowa z plażami wysp Coloane i Taipa dawały zapowiedź czegoś wyjątkowego.

   Szok, który spowodowała u mnie na powitanie ściana kilkudziesięciopiętrowych, nie pierwszej świeżości wieżowców, zdecydowanie zneutralizowało kończące szereg wysp Morze Południowo-chińskie. Radość dotarcia do najbardziej na południe wysuniętego cypla Coloane, czyli plaży de Cheoc Van, i wyciągnięcia się na jasno-brunatnej, piaszczystej plaży w temperaturze ponad 20 stopni Celsjusza była nie do opisania. Długo stukałem się w czoło, nie bardzo wierząc w to, gdzie dotarłem, jak i z powodu całego towarzystwa, jakie tu zastałem: morze, fale, piasek i ja. I chińskie napisy wyryte na nadmorskich skałach. Nieprawdopodobna przyjemność ciszy i pustki.

   Niewielka pousada, której przez cały tydzień byłem jedynym gościem, oferowała takie dawno już zapomniane frykasy jak ciepłe, chrupiące bułeczki z masłem. Prawdziwym, zwykłym masłem! I jajka sadzone na boczku! Po wszystkich nepalskich, tybetańskich czy chińskich, zresztą boskich, kuchniach, powrót do starej Europy okazał się nad wyraz smakowity. Tym bardziej, że codziennie rano przed godziną ósmą pod przeszklonym, co za widok na morze!, budynkiem restauracyjki pensjonatu pojawiał się kelner, przebierał się w swój czarno-biały uniform z lekko rozpiętą pod szyją, wyrażającą niedbały luz południowca, nieskazitelnie białą koszulą i serwował w pustej sali nakrytej białymi obrusami, pełną zastawą oraz kieliszkami do wina i wody moje śniadanie, puszczając dekadencko-kolonialną muzykę ze swojego ulubionego, pirackiego CD. Po sprzątnięciu ze stołu, zakończonego rytualnym uśmiechem i pytaniem: „Jak smakowało Panu śniadanie?” przebierał się w cywilne ubranie

i mówiąc „adeus” znikał pomiędzy bujną roślinnością na ścieżce prowadzącej do pobliskiej wioski.

   Pierwszy wieczorny nadmorski spacer zaowocował znalezieniem starego cmentarza, buddyjskiej świątyni i maleńkiej mieścinki rybackiej z bajeczną, pastelową architekturą starej Portugalii. Mała butelka portugalskiego wina zwieńczyła dzieło.

   Lokalny autobus następnego dnia zawiózł mnie na powitanie miasta. Macau. I w tym miejscu musiałbym po prostu przepisać przewodnik. Pochłonąłem wszystko, co dzień w całej swojej rozciągłości pozwolił mi zobaczyć: miejsce magiczne, czyli fasadę katedry Sao Paulo zwieńczającą potężne schody, do której wracałem niemal co dzień (a raczej co wieczór), sąsiadującą Fortaleza de Monte, kolejny fort Guia ze starą latarnią morską i piękna panoramą miasta i okolicy, dziesiątki wąskich, upstrzonych niezliczonymi domami „z epoki”, pnących się w górę i ostro opadających nagle w dół uliczek. Kościoły, teatry, kolonialne ambasady sąsiadujące z genialnymi świątyniami (A-Ma Temple, Lin Fung czy Kun Iam). Na wskroś współczesne Museu de Arte de Macau z bogactwem wystaw oraz lekko zatęchłe kasyno na wodzie, w którym puściłem „dla rozgrzewki” kilka pataca (M$), ożywające gorączkowym ruchem w weekendy. No, i na koniec, wspomniane wcześniej Casino Lisboa.

   Dzień zamknęła wyjątkowo parszywa kolacja w maleńkiej chińskiej knajpce koło Largo do Senado, głównego placu starego centrum, oraz nocna długa jazda pustym autobusem, z nosem przy szybie, przez ogromny Ponte Governador Nobre de Carvalho, błyszczącą wieżowcami Taipę, groblę prowadzącą na Coloane, z której znakomicie widać było startujące samoloty z lotniska zbudowanego na morzu, i gasnące światełka Vila de Coloane – „mojej” rybackiej wioski.

   Kolejnego dnia wałęsając się po Macau i chłonąc chińsko-kolonialną atmosferę, nieodparcie krążyłem wokół hotelu Lisboa. Aż w końcu dnia usiadłem na murku sztucznego jeziora Nam Van, twarzą do zawieszonego nieprawdopodobna ilością światełek, wysokiego na kilkanaście pięter budynku, czując na swoich plecach oddech ruchu samochodowego potężnego, kilkukilometrowego mostu spinającego Macau z wyspą Taipa. Delektując się portugalskim winem obserwowałem ruch uliczny, tłum śniadych postportugalczyków wymieszany z nieprzebraną masą Chińczyków, między którymi, pojawiały się czarne jak heban rodziny murzyńskie. Obserwowałem ludzi ćwiczących tai chi na rozległym placu. Obserwowałem słońce zachodzące ogromną czerwoną kulą nad monumentalnym pomnikiem, Bramą Zrozumienia, mieszanką komunistycznej obłudy z chińską tradycją.

   Obserwowałem również życie toczące się wokół hotelu i kasyna. Im słońce opadało niżej, tym intensywność obrotów złotych drzwi wzmagała się.

   W końcu pchnąłem je i ja. Słońce zaszło za moimi plecami topiąc się w brunatnych wodach Morza Południowo-chińskiego.

   Blask żyrandola oślepił mnie na chwilę. Recepcjonista uśmiechnął się przyjaźnie. W ekskluzywnej toalecie Chińczyk w pełnej liberii podał mi ciepły ręcznik kłaniając się nisko. Kilka pataca nieprzyzwoicie brzęcząc wylądowało na srebrnej tacy. Skierowałem się w stronę znajomego labiryntu…

   W Macau zostałem jeszcze kilka dni.

Jerzy Pawleta

Macau

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//##1Tusjoh/gspnDibsDpef))#Nc)Go0:-.dIIG7657=;-7>-:dI<01;U0:-.d$N5)14 

 

Artykuł nie publikowany

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.