Malawi. Treking na Mt. Mulanje.

Mulanje Mountain, 3001 m npm, najwyższa góra Malawi

   Podróżując z plecakiem po Afryce dotarłem z północnego Mozambiku, z magicznej wyspy Ilha de Mozambique do Malawi, niewielkiego państwa w środkowej Afryce.

   Nie bez przeszkód, gdyż z powodu ulewnych deszczów (jest styczeń, czyli lato na tej półkuli i pora deszczowa) zawalił się most kolejowy podmyty przez rzekę i jedyne regularne połączenie pomiędzy oboma krajami w tym rejonie przestało istnieć. Pozostał karkołomny transport murzyńskimi minibusami lub autostop. Wybrałem to drugie. Trafiła się ogromna zdezelowana ciężarówka wioząca setki worków z mąką. Podróż trwała trzy dni, dwie noce spędziłem w szoferce wraz z załogą pojazdu. Kilka razy naprawialiśmy auto, kilka razy wrzucaliśmy na przyczepę zgubiony towar. Potem jeszcze tylko walka o wizę i już zawitałem w pięknym Malawi, w którym tuż przy przejściu granicznym, pośród ogromnych plantacji herbaty przywitała mnie monumentalna, zasnuta chmurami sponad których wyłaniały się ostre szczyty, niezwykła góra Mulanje. „Wyspa na Niebie”, jak nazywają ją tubylcy. Mój pierwszy cel w Malawi.

    Spod rozwidlenia w mieścinie Mulanje szutrowa droga wiedzie w stronę Likhubula Forestry Office, głównego wejścia w góry a zarazem do Mulanje Mountain Forest Reserve, rezerwatu przyrody utworzonego w roku 1927.

   Jedyna jadąca w stronę wioski Likhubula, bardzo licho wyglądająca murzyńska taksówka oczekuje od dłuższego czasu na komplet pasażerów. Wbijam się w asyście licznych pytających mnie o cel podróży czy doradzających jak dostać się na górę tubylców na wolne, mocno sfatygowane siedzenie. Podchodzi dwudziestokilkuletni młodzian i przedstawia się jako certyfikowany przewodnik góry Mulanje. Szczegółowo opowiada o trasie i oferuje swoje usługi. Pytam, czy jest szansa jeszcze dzisiaj wejść na szczyt? Nie ma takiej, jest blisko południa, ale można spać w jednej z chat na trasie do której idzie się cztery godziny i rano próbować zdobyć górę. Znowu ponad cztery godziny. Ile to będzie kosztowało? Dokładnie wylicza koszty: zezwolenie 100 Malawi Kwacha, chata 700 za noc, przewodnik 1000 za dzień, zakupy jedzenia dla dwóch osób ok. 400 (w chacie nie ma nic, jest tylko kominek z rusztem i stare materace. I woda ze strumienia), napiwek dla opiekuna chaty ok. 200- 300, no i napiwek dla niego, bo niemal cała kwota za przewodnika idzie na rzecz Forestry Office. Pytam ile? Zwyczajowo 500 za całą trasę. OK. Razem 4.000 MK, czyli około 80 złotych. Nie jest źle. Kiedy płatne? Po powrocie z góry. Biorę.

   Zakupy trzeba zrobić w „mieście” Mulanje, bo w wiosce nic się nie dostanie. Wręczam mu 500 MK na sprawunki a sam kupuję reklamówkę pełną mango za 20 MK i ananasa za 30 MK (60 groszy). Po kolejnej pół godzinie jest komplet. Możemy ruszać. Nie ma tylko mojego przewodnika z zakupami. Pytam dookoła i kierowcę minibusa, czy go znają. Jak to w Afryce, trochę tak i trochę nie. Bo a nuż po prostu wykołował białego. Szukać go nie będą. Czekamy. Daję głośny wyraz swojemu niezadowoleniu z postawy ich kolegi, który pewnie wziął napiwek i tyle będę go widział. W końcu zniecierpliwiony młody kierowca pogania kilku przyglądających się całej sytuacji, jest jakaś atrakcja w codziennej nudzie, by jednak poszukali zgubę. Po kilkunastu minutach jest. Z zakupami. Zbiera ochrzan całego minibusa.

   Ruszamy „na popych”. Mozolnie pniemy się pod górkę. Coś jednak niemiłosiernie trzeszczy i rzęzi. Zatrzymujemy się raz, kierowca dłubie w silniku. Zatrzymujemy się drugi raz, koniec jazdy. Pojazd nie ruszy. Wypłacamy częściowo za kurs wart 150 MK i depczemy drogą na piechotę kilka kilometrów. George, bo tak ma imię mój przewodnik, mieszka we wiosce niedaleko Forestry Office, zostawiam więc większość niepotrzebnych rzeczy u niego w chacie, dzielimy się wielkim ananasem z resztą licznej rodziny oraz dzieciakami z sąsiedniej chaty i ruszamy wreszcie na podbój góry.

   Kupuję zezwolenie u dziadka siedzącego za biurkiem pomieszczenia pamiętającego lepsze czasy, gdy jeszcze angielscy kolonizatorzy wytyczali drogi w góry, budowali chaty i górską kolejkę. W latach 70-tych przyszła nowa władza Republiki Malawi, podziękowała białym intruzom i przejęła postkolonialne zbytki. Dzisiaj po kolejce została nazwa i smętnie wisząca nad żlebem żelazna lina, zbyt ciężka, by ją ukraść. Nie ma również w biurze map góry i okolicy. Oferują ją chłopaki z kilku dużych straganów z pamiątkami i wyrobami afrykańskimi  usytuowanymi tuż przed wejściem do parku. Ale za 1500-2000 MK! Odpada. Mam przewodnika. Kupuję natomiast za 150 MK rzeźbioną „ogniem”, wykonaną z popularnego tu drzewa cedrowego laskę do wspinaczki.

   Naszym celem na dziś jest Chambe Hut do której wiedzie trasa „Skyline Path”. Czyli pod wspomnianą kolejką górską. Wspinamy się stromą, wytyczoną i wykonaną (stopnie kamienne jeszcze istnieją, drewniane, to jedynie szczątki) przez Anglików malowniczą trasą z niepowtarzalnymi widokami na skaliste góry i rozpościerającą się poniżej dolinę. Po drodze napotykamy Irontrees, wyjątkowo twarde drzewa i drwali znoszących ociosane ścięte sosny z Chambe Plateau, z których miejscowi wykonują meble. W połowie drogi dopada nas potężna ulewa z tropikalną burzą. Klifowe granitowe zbocza góry widoczne z naszej ścieżki zamieniają się w jeden wielki wodospad, który tysiącami grubszych i cieńszych srebrzystych nitek opada z kilkuset metrów w dół. Niezwykły widok.

   Osiągamy Chambe Plateau, końcową stację kolejki, i lekko wznoszącą się ku pionowym skałom Mulanje ścieżką raźno maszerujemy w stronę chaty. Robi się późno, zaczyna zapadać zmierzch. O zmroku osiągamy byłą kolonię domków dla pracowników Likhubula Forestry. Nasza chata, całkiem sporej wielkości drewniany dom, szarzeje opodal, niemal opierając się o ścianę jednego z masywów Mulanje. Przed wielkim drewnianym tarasem na którym stoi mocno już sfatygowany wiklinowy fotel piętrzy się wyniośle drugie pionowe, kilkusetmetrowe urwisko. Piękne miejsce, któremu będzie czas przyjrzeć się następnego ranka.

   Narastająca gwałtownie ciemność zmusza do zagospodarowania podłogowej przestrzeni do spania i przygotowania posiłku, za który bierze się George. Nasze menu na dzisiejszy wieczór to tradycyjna tutejsza msima, kaszo podobna strawa podana z rybkami onio oraz pomidorami ugotowanymi i usmażonymi na oleju. Wszystkim tym czynnością towarzyszy sympatyczna osoba czarnoskórego gospodarza obiektu, Toma, mieszkającego w chatce obok, z którym dzielimy się naszą kolacją. W tradycyjnej Afryce nie używa się sztućców, więc posiłek spożywamy wyłącznie palcami. Smakuje lepiej. Zwłaszcza, że od pewnego czasu w schronisku można kupić napoje, w tym piwo!, które Tom tacha z dołu. Temperaturę ma „pokojową”, ale to zdecydowanie nie przeszkadza. Cena 200 MK. Dobrze, że przed wyjściem w góry kupiłem kilka świec, jest to jedyne oświetlenie w schronisku. Zapalamy je na stole bym łatwiej znalazł ości. Tubylcom one nie przeszkadzają i z ciekawością i uśmiechem patrzą, jak męczę się z małymi rybkami. Na noc zostaję sam, bo George idzie spać do chatki gospodarza. Długo siedzę w nocy na tarasie wpatrując się w gwiazdy w nieprzebranych ilościach wiszące nad moją głową i cień wielkiej góry rozświetlany błyskawicami burzy, której odgłosy docierają tutaj z daleka. Jest magicznie.

   Śniadanie o wschodzie słońca kończy się konkluzją Georga, popartą zdecydowanie przez Toma, że wspinaczka na strome ściany szczytu Mulanje przy padającym ostatnio codziennie deszczu jest zdecydowanie niebezpieczna. Śliskie nawet w czasie suchym kamienne szlaki są teraz  zdecydowanie groźne. Zamiast wspinaczki na Sapitwa Peak, który jest zarazem najwyższym szczytem południowo-centralnej Afryki, proponują inną, malowniczą trasę wzdłuż rzeki pełnej wodospadów. Długo się nie sprzeciwiam i po serdecznym pożegnaniu z Tomem maszerujemy Chapaluka Path. Jest naprawdę malownicza. I momentami wcale nie taka bezpieczna. Jest zdecydowanie ślisko. Kilka razy przekraczamy wezbraną górską rzekę, przeskakując z głazów na głazy na granicy zdrowego rozsądku. Towarzyszy nam niemal nieustający szum wodospadów, przechodzący w huk, gdy przechodzimy obok nich. Woda wartkiej rzeki wyżłobiła w kamiennym gruncie wiele niecek zachęcających do kąpieli. Przy jednym z potężnych wodospadów natura stworzyła wielki basen kąpielowy. Nie pozwoliłem się długo kusić jego urokowi. Mimo niezbyt ciepłej wody pływanie pod spadającą z kilku pięter ścianą wody to przyjemność nie lada. George nie dał się namówić, podziękował za zaproszenie do kąpieli. Nazbierał w tym czasie sporo wielkich białych grzybów (jak nasze kanie), które zamierzał ugotować na obiad. Tym razem ja podziękowałem za zaproszenie. Miałem w planie zwiedzenie jeszcze wielu pięknych miejsc w Malawi.

Jerzy Pawleta

Góra Mulanje, Malawi

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//

+48 602 195 311

500 Malawi Kwacha (MK) = 10 zł

100 Malawi Kwacha = 2 zł

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.