Nepal. Himalaje. Mt.Everest treking

Sagarmatha. Twarzą w twarz z bogami.

Poszedłem…

W stronę słońca i mrozu. W stronę buddyjskiego misterium. W stronę najwyższej góry świata. W stronę największej przygody życia.

 

   Thamel. Koniec grudnia. Słońce świeci jak latem. Od kilku miesięcy. Pył i kurz rządzą miastem. Wąskie, wyboiste, na poły brukowane na poły nie, ulice starego Katmandu żyją od rana gorączką handlu wprost pod moimi nogami. Otwarte knajpki wciągają na nepalską słodką jak miód „bawarkę” – milk tea. Pachną kadzidła i kwiaty niezliczonych kapliczek i świątyń. Co rusz jakiś wierny uderza w dzwon zawieszony u ich wejścia. Dziewczyny o hinduskiej urodzie zaczepliwie spoglądają w oczy, wyglądając z nieziemsko rzeźbionych okien newarskich, chylących się ku upadkowi domów.

   Recepcjonista, portier a może i właściciel w jednym mojego hoteliku wbitego w samo serce starego Thamelu uśmiecha się na mój widok szeroko wołając z daleka: Namaste, mister! Mały chłopczyk, pewno jego syn, biegnie szybko po zakupy i herbatę w termosie, żebym mógł zjeść hotelowe śniadanie. Do małego pomieszczenia restauracyjki ciągle ktoś zagląda, przyglądając się ciekawie kogo to jeszcze licho przywiało o tej porze roku. Odważniejsi proponują objazd po mieście, wycieczkę do Nagarkot, nepalskie flagi i pamiątki z sąsiadującego z hotelem sklepiku, czy bóg wie co jeszcze.

   Mój opiekun łagodnie ich przegania oferując swoje usługi. Ale ja jestem już umówiony. Za chwilę przyjdzie po mnie poznany wczoraj Nepalczyk, dzisiaj już best friend, który zaprowadzi mnie do malutkiego biura podróży zaoferowanego i zachwalonego pod niebiosa przez taksówkarza, który wiózł mnie wczoraj z lotniska do hotelu. A którego polecił mi facet na lotnisku, który sprzedał mi nocleg w tym hoteliku w którym śpię. W Nepalu nie zginiesz.

   Przybyły punktualnie Nepalczyk nerwowo przestępuje z nogi na nogę, kłania się z daleka, przykładając złączone dłonie do czoła. Gdy tylko się zbliżam radosny uśmiech pojawia się na jego twarzy. Namaste, mister! I szybkim krokiem, abym tylko nie zwrócił uwagi na któreś z licznie mijanych biur, oferujących pełne spektrum usług turystom przybywającym z całego świata, prowadzi mnie plątaniną pełnych ludzi, kurzu i słońca uliczek do celu.

   Mała brama zawieszona towarami przylegających sklepików i dziesiątkami tablic reklamowych. Między nimi mojego biura. W życiu bym go nie znalazł. W bramie stoi kilku Nepalczyków. Tak sobie stoją. Wąskie schody prowadzą na piętro rozpadającej się kamienicy. Światło ledwo przebija się przez zakurzone szyby korytarza. We wszystkich zakamarkach budynku są jacyś ludzie. Wchodzą, wychodzą, stoją, siedzą. Jest i Nepal Vision Treks & Expedition Ltd. Momentalnie cofam się do amerykańskich czarno białych filmów z lat pięćdziesiątych. Słabo przejrzysta duża szyba, za nią krzesło dla gościa, duże ciężkie biurko z kosmicznym bałaganem, za którym siedzi uśmiechnięty Jay Lama. Za jego plecami regały z kolejnym zakurzonym kosmosem. Dookoła na ścianach mapy, zdjęcia, flagi, certyfikaty. Całość ledwo oświetlona walczącym z unoszącymi się non stop drobinkami kurzu słońcem przezierającym przez bogato rzeźbione okna. Namaste, mister! Na biurku obok mojego łokcia znajduje się niespodziewanie jeszcze kawałek wolnej przestrzeni na grubościenną szklanicę z milk tea.

   Jay bez przerwy przyjacielsko się uśmiechając prowadzi niespieszną rozmowę. Skąd jestem, pierwszy raz w Nepalu, jakie plany? Zadowolony z hotelu, śniadanie smakowało? Po trzeciej herbacie przechodzimy do konkretów. Jeszcze dwie herbaty i mam pakiet: 8 days Everest trek + 5 days Tibet and Kathmandu Walley Sightseeing. Dokłada jeszcze jeden dzień z kierowco-przewodnikiem i samochodem na zapoznanie się z ważniejszymi miejscami Katmandu

i najbliższej okolicy. Teraz cena. Nie powiem, żeby to uzgadnianie ceny nie podobało mi się. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie targowałem się w tak przyjemnej atmosferze. A ile herbaty znowu wypiłem. Wprawdzie ze trzy razy wstawałem, mówiąc, że nie mamy szansy się dogadać. Ale trzy razy ktoś z wiecznie wchodzących i wychodzących Nepalczyków sadzał mnie z powrotem przed oblicze niezmiennie uśmiechniętego Jay’a.

   Kiedy obie strony są wreszcie zadowolone z ustalonej ceny Jay wypisuje Cash Receipt. No.17. Zima, maoiści i cały ten terrorystyczny młyn nie sprzyjają turystyce. Obok kwoty one hundred ninety five dollar and Fourty thousand Rupeese dopisuje skromnie only. Niech mu będzie, że only. No, ale trzysta dolców kosztuje sam przelot do i z Lukli. Jeszcze tylko forma płatności. Nie chcąc wyciągać z różnych skryjówek w ubiorze pieniędzy kładę na stół dwieście zielonych i resztę proponuję kartą. Zapomnij! Momentalnie znajduje się siedzący gdzieś w głębi przewodnik, który już proponuje zaprowadzenie do jedynego w okolicy prawdopodobnie właściwego bankomatu. Siecią kolejnych uliczek docieramy w owo magiczne miejsce. W gąszczu nepalskich krzaczków widnieje napis: english. Chwila stresu i maszyna wypluwa stosowną gotówkę. Głęboko oddychamy obaj.

   Dwudziesty trzeci grudnia. Wcześnie rano, gdy pierwsze ogniska najbiedniejszych Nepalczyków śpiących na ulicy, zapalane w zaułkach między domami, zaczynają przerzedzać ciemności nocy, pojawia się w holu hotelu Mohan, mój przewodnik w góry. Na zewnątrz czeka już taksówka.

   Rozklekotanym pojazdem powoli omijamy rozstawiających swoje stragany na kołach przybyłych z prowincji wieśniaków. Wojskowy patrol w jeepie przygląda się nam uważnie. Widząc w środku turystę żołnierze uśmiechają się i pozdrawiają. Namaste.

   Przed lotniskiem sporo, jak na tutejsze warunki, wojska. Jest i paru turystów. W spokoju czekamy na odlot małym samolocikiem Skyline mieszając się z tłumem Nepalczyków i Tybetańczyków czekających na inne samoloty. W góry leci już niewielu. To raczej czas powrotu. Zima przegania z Himalajów wszystkich, którzy nie mieszkają tam na stałe. Nie ma jeszcze śniegu, ale temperatura w nocy bardzo wyraźnie spada poniżej zera. Nie ma trekkingowców, nie ma pieniędzy.

   Nagłe ożywienie wśród małej grupki turystów. To słońce nieśmiało zaczyna wyzierać zza gór. Wyciągają aparaty, w podnieceniu i atmosferze wyjątkowości sytuacji i miejsca fotografują z radością a zarazem namaszczeniem czerwono złotą kulę. Witamy w Katmandu, witamy w Nepalu, witamy w Himalajach…

   Lukla. Turystyczna wioska z kamiennymi hotelikami. Prawie trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Po przelocie nad szerokimi dolinami Katmandu wmanewrowywanie się pomiędzy górami na krótki pas lotniska kosztowało nas na pokładzie trochę zdrowia. Bywalcy wspominali, że asfalt na pasie to nieprzyzwoita nowość. I te odnowione, otynkowane budynki lotniska. Koszmar. Brak szacunku dla prawdziwego trekkingowca.

   Po zapoznaniu się z atmosferą miejsca, małym posiłku sygnalizującym spartańskość wyprawy spuszczamy się, mijając tybetańskie gompy, czorteny, kamienie Om, które Mohan kazał mi obchodzić zgodnie z buddyjskim rytuałem z lewej strony, czy maleńkie wioski rozlokowane wzdłuż szlaku, w dół do Phakding. Jest nieprzyzwoicie pięknie. Cisza gór, wyłaniające się zza zakrętów ośnieżone sześcio- czy siedmiotysięczniki, bezchmurne niebo, szemrząca w dole rzeka Dudhkoshi. Atrakcją są niewątpliwie bezwzględne różnice wysokości pomiędzy ścieżką a dołem doliny oraz coś, czego Mohan nie lubił w sposób wyraźny, bo gdy go prosiłem, by wrócił się kilka kroków do zdjęcia, miał nieszczególną minę, czyli mostki zawieszone nad tymi dolinami. Dzisiaj i tak dbałość o spokój ducha, głównie chyba turystów, spowodowała, że są one wyjątkowo bezpiecznie i dobrze osadzone w skalnych ścianach. Nie mniej robią wrażenie. I na wszelki wypadek zawieszone są nieprzebraną ilością flag modlitewnych, szarf dziękczynnych czy innych talizmanów. Tak na wszelki wypadek. Technika techniką, a bogowie tych gór bogami.

   Po nocnych, bolesnych doświadczeniach dotyczących wysokości framugi drzwi, na przykład do toalety w szafie (takie odniosłem wrażenie wchodząc do pomieszczenia królów, gdzie zamiast tronu był stosowny otwór w podłodze, przez wahadłowe drzwi ze sklejki) w domu niewysokich Szerpów, śniadanie w kuchni w towarzystwie Mohana i całej rodziny nepalskiej to uczta nie tylko dla ciała. Przyjazna atmosfera i nieskończona ilość milk tea nie zwalniały jednak z obowiązku uważania na framugi. O, tak…  

   W dzień Wigilii Bożego Narodzenia, dwudziestego czwartego grudnia przekroczyłem granicę swoich marzeń. Wstąpiłem, dzięki zaświadczeniu His Majesty’s Government of Nepal, do Sagarmatha, krainy najwyższych gór świata, krainy, gdzie już tylko bogowie kierują naszym losem.

Namche Bazar. Bożonarodzeniowa świeczuszka.

 

   3.750 metrów npm. Przez tradycyjną buddyjską bramę wchodzimy z Mohanem do wioski, która bardzo się w ostatnich czasach na potrzeby turystów rozrosła. Witają nas piękne oczy Buddy Wszechwidzącego namalowane na stupie oraz kobiety piorące w rzece przepływającej przez kapliczkę z  samomodlącym się, sprytnie skonstruowanym młynkiem modlitewnym napędzanym wspomnianą rzeką.

   Melinujemy się w naszym hoteliku, gdzie jesteśmy jedynymi gośćmi. Uprzedzam mojego przewodnika, że dzisiejsza kolacja będzie wyjątkową, że w Polsce to jeden z najważniejszych dni w roku i że spotykamy się przed zmierzchem.

   Przy stole w recepcjorestauracji wyjaśniam całej obsłudze hoteliku w liczbie osób dwóch i Mohanowi zawiłości bożonarodzeniowego rytuału. To, że musi być dwanaście potraw i koniecznie ryba (przerażenie w oczach dziewczynki podającej do stołu – ryba? w Himalajach?), to, że musi być jedno wolne miejsce dla ewentualnego gościa (zdziwienie drugiego chłopca – jedno? przecież jest ze dwadzieścia!), to, że musi być ozdobiona choinka (Mohan spogląda z niedowierzaniem – chyba nie każę mu wracać w dolinę po choinkę?). No i to, że musi być świeczuszka. To rozumieją. Da się zrobić. Ale świeczuszkę mam własną. Jeszcze z domu. Przyleciała ze mną wraz z małą świąteczną serwetką.

   Wspólnie aranżujemy stół i menu. Za choinkę robi jakaś rachityczna ledwo zielona roślinka z doniczki. Obok na serwetce stawiamy świeczuszkę. Typujemy losowo z kilkunastu jedno wolne miejsce. Czas na menu. Za rybę robi jako potrawa numer jeden stek z jaka. Patrzą mi głęboko w oczy. Czy jak może być rybą? Jeśli musi…

   Pozostałe składniki Wigilijnej kolacji to: 2. zupa grzybowa!, 3. frytki, 4. gotowane warzywa, 5. milk tea, 6. mounteverest whisky, 7. coca cola, 8. sherpa istyo, cokolwiek by to miało znaczyć, 9. smażone, grubociosane „chipsy” ziemniaczane, 10. moja ceskoslovenska beherowka z piersiówki, 11. black tea – small pot (ok. 1,5 litra) no i potrawa dwunasta. Przypomniało mi się, że święta bez ciasta, to nie są przecież święta! W międzyczasie, słysząc, że bez zahamowania stawiam obsłudze z okazji świąt ekskluzywną w Nepalu (cena!), a w tym miejscu szczególnie, coca colę, pokazał się właściciel hoteliku. Z szerokim uśmiechem pytał, czy czegoś mi nie brak. I tu wpadł. Ciasta, my dear friend, ciasta.

   Przysiadł się, Mohan rozlał mteverest na trzy szklanki. Dopełnił coca colą. Wesołych Świąt! Jeszcze jedna świąteczna kolejka. Umysł Szerpy się rozjaśnił. Jego oblicze również. Cake, mister? Wait a minute. I wyszedł.

   Trochę czasu go nie było. W międzyczasie zamówiłem dla nas z Mohanem trzynastą potrawę – nepali bier. Maluchom po coca coli. Za jakieś pół godziny wpada rozradowany Szerpa. Z gazety wyciąga kawał brązowego, kruchego ciasta. Coś jak nasz murzynek. Ile było radości dla wszystkich! Wyczyściliśmy gazetę do ostatniego okruszka! Ale skąd on o tej porze wytrzasnął to ciasto, do dzisiaj nie wiem.

   No, a potem było już jak w domu. Ktoś załączył telewizor, w programie głównie śnieg i niezrozumiała komedia, więc ktoś inny zaproponował, że może puścimy wideo. Wiedzieli, że moim kolejnym etapem będzie Tybet, więc zaproponowali 7 lat w Tybecie. Why not? Z pamiętającego początki walki o przekazanie obrazu i dźwięku z magnetycznej taśmy sprzętu, zza i tak wszędobylskiego śniegu, wyłonił się niewyraźny obraz i słowa. Ale chyba japońskie. Na szczęście były napisy. Nepalskie.

   Zaproponowałem Mohanowi wymarsz na Pasterkę do pobliskiej stupy, ale zdecydowanie odradził z uwagi na temperaturę (chyba główny powód) i stan wojenny (maoiści) oraz stacjonujące w wiosce wojsko. Zostało mi Siedem lat w Tybecie po japońsku lub śpiwór. Wybrałem to drugie. Namaste.

Tengboche. Światło wielkich gór

 

   Na świąteczne drugie śniadanie wybraliśmy się z Mohanem do miejsca cudownego.

   Po krótkiej wspinaczce ścieżkami wydeptanymi przez jaki, zupełnie niespodziewanie zza załomu skalnego ukazał się widok taki, że tylko otwarłem usta. Wydobyło się ze mnie przeciągłe uuuf! Czułem jak po rękach, plecach a potem po całym ciele rozchodzą się miliony mrówek. Włosy pod czapką chciały się wyprostować.

   Jeszcze nie zdążyłem dobrze ogarnąć całości, gdy uwagę moją przykuł  maleńki ciemny punkt drgający w głębi doliny. Niesłyszalnym szumem wiatru między lotkami skrzydeł szybował w naszą stronę orzeł. Ogromne ptaszysko leciało nisko nad ziemią, jakby wspinając się wznoszącą się ku nam doliną.  Był blisko, coraz bliżej. Niemal można było mu spojrzeć w wielkie przejrzyste jak woda oczy. Nagle wyczuwany tylko przez niego prąd powietrza porwał go w górę, poszybował wysoko nad naszymi zadartymi w górę głowami, by z przestworzy ogarnąć to, co wprawiło mnie w dziki zachwyt. Nieprawdopodobną wręcz panoramę Himalajów! Widać było z tego miejsca jak na dłoni wszystko, co najważniejsze na tym świecie dla miłośników gór. Pośród wielu szczytów na tle granatowego nieba błyszczał biały Mt. Everest, przed nim puszyło się w całej okazałości Lhotse, a z prawej strony genialna Ama Dablam witała nas swymi rozpostartymi ramionami. Można było oszaleć. Albo usiąść na skraju otwierającej się przed nami niewyobrażalnie długiej i pięknej doliny, usiąść i siedzieć, siedzieć, siedzieć…

   Tak zrobiłem. Z głębokiego zadumania i zapatrzenia wyrwało mnie delikatne stuknięcie w ramię. Ciche: mister! Skinął głową w kierunku ścieżki. No tak, czas się ruszyć. Jeszcze tylko zapalam świąteczną świeczuszkę z widokiem na Everest, rzucam okiem na odległy, ale wyraźnie widoczny na tle gór zarys celu naszej wędrówki, czyli klasztor Tengboche, i ruszamy.

   Nie zaszliśmy daleko, opodal usytuowany był Hotel Everest View. Na jego tarasie, kontynuując podziwianie widoków, wypiliśmy świąteczną kawę, Mohan, i czekoladę na gorąco, ja. Starczyło za całe śniadanie. W pobliskiej wiosce zjedlibyśmy za to pewnie nie jeden posiłek. Ale warto było. Dla takiej panoramy warto wypić najdroższą w życiu czekoladę. No i ta świadomość, że stąd wyruszyli na podbój Everestu Hillary i Tenzing. Podobno.

   Następnego dnia wychodzimy wcześnie rano. Chłód nocy jeszcze walczy o palmę pierwszeństwa z rozkoszą słonecznego dnia. Pośród magicznych miejsc depczemy niespiesznie w stronę klasztoru. Tylko na stromszych podejściach Mohan co jakiś czas pyta, czy ma ponieść mój plecak. A poszedł! Sam tu przylazłem, to sam sobie poniosę!

   Schodzimy niżej i wędrujemy na granicy lasu. Albo zanurzamy się weń schodząc w głąb doliny, albo wspinamy się na otwarte ścieżki, z których roztacza się kapitalny widok na otaczające nas góry. Nagrodą za forsowne podejście w stronę klasztoru jest bajeczny krajobraz. Najwyższą górę świata mamy już na wyciągnięcie ręki. Potężna, majestatyczna Ama Dablam niemal obejmuje odwrócony w jej stronę bordowo-różowy klasztor Tengboche. Jest po prostu bosko! Zostawiam Mohana w naszym hoteliku na pogaduszkach z miejscowym Sherpą a sam wyruszam na penetrację najbliższej okolicy. Obchodzę klasztor ze trzy razy aż w końcu decyduję się na wejście do środka.

   Przechodzę dziedziniec i odsłaniając potężną kotarę wchodzę do ciemnego wnętrza. Słońce wpada przez małe otwory w zasłoniętych oknach rozświetlając fragmenty niesamowicie bogato malowanej i zdobionej świątyni. Wszędzie masa posągów Buddy, szarf, flag, malowideł tanka. Każdy centymetr ścian i sufitu pokryty jest malunkami roślin, demonów, znaków, symboli. Wszystko w tonacji czerwono żółtozłotej. Pięknie ale i przenikliwie zimno. Na instrukcji dla turystów zawieszonej u wejścia oprócz zakazu fotografowania widnieje również zakaz całowania się. Hmm…

   Do wnętrza zwabia mnie odgłos modłów. Miałem szczęście trafić na buddyjską mszę. Kilku mnichów siedząc na matach w dwóch szeregach naprzeciw siebie mruczy w nieskończoność głębokim śpiewnym głosem swoje mantry. Jeden z nich cały czas posuwistym krokiem, z przytwierdzonymi do podeszwy butów strzępiastymi szmatkami szoruje podłogę. Częstuje siedzących mnichów słoną herbatą z masłem i mlekiem jaków. Wielki gong zawieszony obok mnichów przypomina co jakiś czas o swoim istnieniu potężnym dźwiękiem. To zadanie kolejnego mnicha. Misterium trwa niemal w nieskończoność. Oprócz totalnej fascynacji i zachwytu czuję jak cierpną mi nogi od siedzenia pod ścianą i cztery litery przymarzają do zimnej podłogi. Na szczęście kolejny gong powoduje poruszenie wśród mnichów, kłaniają się, wstają i wychodzą. Tylko mały adept buddyzmu układa grube bordowe szaty, którymi okryci byli modlący się oraz poduchy na których siedzieli. Rozprostowuję z bólem skostniałe nogi i plecy, uduchowiony i zmarznięty zarazem opuszczam to magiczne miejsce.

   Wspinam się wyżej na okoliczne wzgórza usiane czortenami, flagami modlitewnymi czy szarfami, żądny kolejnych wrażeń. Aparat nie chce odkleić mi się od oka. Nieliczne chmury zawieszone nad szczytami układają się w dziwaczne formy ni to zwierząt, ni to smoków. Oświetlone zachodzącym słońcem robią niesamowite wrażenie. Pióropusz chmur zahaczających niemal cały czas o szczyt Mt. Everestu gęstnieje i zaczyna przysłaniać różową postrzępioną poduchą cały masyw. Jestem na wysokości około czterech tysięcy metrów, niby wysoko, ale gdy pomyślę, że to nawet nie połowa góry którą widzę przed sobą, nabieram natychmiast szacunku dla tych, którzy na nią wchodzą. Ale czas wracać do piecyka w lodży, bo temperatura spada na łeb na szyję.

   Zabójczo niską temperaturę w moim pokoiku (piec jest tylko w głównym pomieszczeniu) rekompensuje widok na chowający się w cieniu gór klasztor Tengboche i łapiący ostatnie promienie zachodzącego słońce, genialnie oświetlony światłem wielkich gór masyw Lhotse oraz wystający zza niego, jakby czuwający, czy cała wielka rodzina gór kładzie się już spać, monumentalny Mount Everest. Najwyższy szczyt świata.   

   Machinalnie kłaniam się w jego stronę z dłońmi przyłożonymi do czoła. Namaste!

Jerzy Pawleta, Nepal    

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

Park Narodowy Sagarmatha znajduje się na liście UNESCO.

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,81957,2481496.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.