Nepal. Swayambunath

Nepal, Swayambhunath, wschód słońca pielgrzymów.

 

   Dawno, bardzo dawno temu Dolinę Katmandu otaczały góry, a dolinę wypełniało wielkie Jezioro Węży. Idący z miasta Bandhumati Budda Wispaśji rzucił tu nasienie lotosu. Z wody wyłonił się kwiat, a nad nim ukazał się błękitny płomień. Przybyły z Wielkich Chin bodhisattwa Mańdżuśri ognistym mieczem rozciął góry i wody odpłynęły z nurtem Bagmati do świętego Gangesu. Uczniowie Mańdżuśrego wznieśli tu miasto Mańdżupatan a w epoce Tretajuga król Praczanda Dewa okrył kwiat stupą. Taką piękną historię przytacza w swojej książce „Nepal” Andrzej Strumiłło. I tak pewnie było.

   Dzisiaj na wzgórzu koło stolicy Nepalu oprócz wielkiej stupy Wszechwidzącego z pięknymi oczami Buddy, między którymi umieszczony złoty znak pyta przybywających pielgrzymów czy słuszną drogą podążają ku cnocie a dzięki niej ku sukhawati – Oceanowi Szczęścia, znajduje się jeszcze kilka innych świątyń. Nepalskich, tybetańskich, hinduskich. I dziesiątki rzeźb, dzwonów, kaplic, małych stup wotywnych. Między nimi snują się setki pielgrzymów mruczących swoje mantry, kręcących młynkami modlitewnymi, palących naręcza kadzideł, składających dary bogom, które to dary niemal natychmiast porywają zgromadzone tu w niespotykanej ilości małpy. Stąd i współczesna nazwa świątyni Monkey Temple.

   Był grudzień. Kończący się sezon i utarczki maoistów z rządem nepalskim spowodowały totalny odpływ turystów. Chodząc po kamiennym dziedzińcu Swayambhunath czułem się jak pielgrzym. Mogłem do woli napawać się niesamowitą atmosferą miejsca. W kadr aparatu nie wchodził żaden turysta, nikt nie zakłócał odbywającego się wokół mnie misterium. Ale mój kierowco-przewodnik uśmiechając się nieśmiało pokazywał po angielsku (w agencji turystycznej zapewniano, że będzie znał angielski) na zegarek. To był pierwszy dzień mojego pobytu w Katmandu i pierwszy obiekt tego dnia. A przede mną jeszcze… ho, ho. Obiecałem sobie, że na pewno tu wrócę. I tak się stało za kilka dni…

   Wstałem przed świtem. Po chłodnej nocy ciemne jeszcze miasto sączyło w obskurnych ulicznych knajpkach nepalską słodką herbatę z mlekiem, grzało zmarznięte dłonie nad ogniskiem, niespiesznie rozpoczynało kolejny dzień. Hi, I’m your night hawk – przeleciał koło mnie okutany w kilka szalików rikszarz. Swayambhunath! – rzuciłem za nim. Too far, too high, mister! I pognał zakurzoną, wyboistą Thamel Road przed siebie. Mijając otwierające się sklepiki i rozkładających swoje kramy z owocami i warzywami wieśniaków dotarłem na główniejsze skrzyżowanie. Ruch żaden. Przesmrodził się koło mnie kłębami dymu ze starego diesla jeep z zaskoczonymi widokiem białego żołnierzami, rozpadający się kolorowy lokalny autobus, przepedałowało paru odzianych w powłóczyste szaty hindusów na rowerach. Jest i charakterystyczny pojazd na trzech kołach z wystającym z boku wielkim taksometrem! Zbijam zwyczajowo o prawie połowę cenę i ruszamy. Mimo uprzejmości kierowcy, który między mną a kabiną kierowcy rozwiesił brudną, dziurawą derkę, wieje jak szlag. A trzęsie jak w Wesołym Miasteczku.

   Omijając zgrabnie niekończące się roboty drogowe podjeżdżamy pod główne wejście do kompleksu świątynnego. Jest na tyle wcześnie, że nie ma jeszcze sprzedających wejściówki, ale nie na tyle, by nie było pielgrzymów. Rozpoczyna się wspinaczka 360-cioma kamiennymi stopniami pomiędzy wielkimi żółtymi posągami Buddy, małymi stupami, padającymi co chwila na twarz pielgrzymami. Razem ze mną nad miasto spowite mieszaniną mgły, kurzu i smogu wspina się okrągłe, czerwone słońce. Powoduje, że genialne miejsce nabiera magicznego wyrazu.

   Aparat nie chce odkleić mi się od oka. Dosłownie pochłaniam wzrokiem i obiektywem wpadające na mnie obrazy. Mnisi, żebracy, pielgrzymi, kaplice, stupy, świątynie, małpy, gołębie, dym tysiąca stu jedenastu maślanych świec otaczających tybetański klasztor miesza się z dymem kadzideł buddystów hinduskich, grupka młodych chłopców na tle stupy Swayambhunath ćwiczy wschodnie sztuki walki, stara kobieta w hinduskich szatach wcisnęła się do malutkiej ciemnej kaplicy w której rozpaliła dziesiątki świec, mnisi wydają posiłki żebrakom wypełzającym z zakamarków świątyń. A na wszystko to z góry spoglądają z dostojeństwem i spokojem wielkie oczy Buddy Wszechwidzącego.

   Zmieniam kolejny film i dopiero po jakimś czasie zaczynam zastanawiać się nad zdjęciami, nad tym, o co właściwie mi chodzi. O jakie zdjęcia. Złapałem się na tym, że całkowicie wciągnęła mnie atmosfera miejsca, aparat służył tylko do rejestracji nadzwyczajności zdarzeń. Zachwyt nad miejscem przerósł rozsądek fotografowania, który sobie założyłem nie mogąc długo zasnąć planując ponowny przyjazd do Swayambhunath. I może na szczęście. Uwielbiam wracać do tych zdjęć.

Jerzy Pawleta

Swayabhunath

Katmandu, Nepal

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//

Kompleks świątyń Swayambunath znajduje się na liście UNESCO

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,81957,2796317.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.