Słowacja. Śniadanie u Warhola

Słowacja. Śniadanie u Andy’ego Warhola

 

     Mówi się, że Andy Warhol wstydził się pochodzenia swoich rodziców z małej słowackiej wioski Mikova, a jednocześnie przez jego życie przewijała się fascynacja łemkowskimi krajobrazami, krzyżami przydrożnymi, cerkwiami i małymi cmentarzykami na zboczach łagodnych gór Vychodnych Karpat graniczących z naszymi Bieszczadami. Postanowiłem odszukać miejsce z którego wywodził się sławny artysta pop-artu, podróżując po Słowacji na wschód od Tatr, wzdłuż granicy z Polską.

   Jadąc piękną drogą równolegle do Tatr i pamiętając o zakupie za 150 słowackich koron tygodniowej winiety na autostrady i drogi szybkiego ruchu docieram do Popradu, dużego miasta na granicy Tatr Wysokich i Levocskich Vrchów (Gór Lewockich). Tu skręcam w lewo wzdłuż rzeki Poprad w kierunku na Bardejov i po trzynastu kilometrach docieram do pięknego, zabytkowego XIII-wiecznego miasta Kezmarok (Kieżmark) powstałego z połączenia trzech wsi: słowackiej osady rybackiej, osady królewskich strażników granicznych i kolonii niemieckiej, a którego nazwa pochodzi od niemieckiego Käsemarkt, oznaczającego „targ serowy”.

   W 1463 roku rozpoczęto tu budowę zamku, który miał ochronić jego zamożnych mieszkańców (korzystne położenie na szlaku handlowym z zachodu na wschód Europy) przed najazdami z różnych stron. Nie wyszło to jednak miastu na dobre, ponieważ władający zamkiem ród Zapolya (Zapolskych) z pretendentem do tronu węgierskiego Janem od samego początku dążył do podporządkowania sobie miasta. Dokonał tego w 1530 roku Hieronim Łaski, polski szlachcic będący w służbie węgierskiego rodu. Kieżmarscy mieszczanie nie pogodzili się z utratą swobód i po wielu walkach w 1655 roku odzyskali status wolnego miasta królewskiego, a za pięćdziesiąt lat odkupili zamek kończąc wielowiekową waśń.

   W średniowieczu miasto zamieszkiwało wiele narodowości – oprócz Niemców i Słowaków mieszkali tu Węgrzy, Polacy, Żydzi i Rusini a przez wieki zmieniały się dominujące religie jak luteranizm czy katolicyzm. Po drugiej wojnie światowej uciekając przed Armią Czerwoną miasto opuścili Niemcy, jedna trzecia jego mieszkańców. Dzisiaj znaczną populacją są tu również Romowie.

   Zaparkowałem samochód przy samym rynku z widocznym po lewej gmachem Reduty, ogromnej biblioteki i stojącym na środku placu przebudowanym w stylu klasycystycznym średniowiecznym ratuszem z 1461 roku. Szerokim deptakiem wśród mieszczańskich kamienic pospacerowałem do stojącego opodal późnogotyckiego zamku i pozostałości miejskich murów obronnych z XV wieku, przy których stoi zabytkowy budynek liceum. Piękne miejsce, którego tłem są wyrastające pomiędzy budynkami Hradnego Namestia strzeliste Tatry. Podążając za grupką licealnej młodzieży mającej zajęcia z wychowania fizycznego przy zamkowych murach okrążyłem twierdzę docierając na stary ryneczek z targowiskiem, od którego zapewne wzięła się nazwa miasta.

   Stąd już tylko dwa kroki dzielą mnie od wyjątkowego zabytku miasta, jakim jest największa na Spiszu, ufundowana przez rodzinę Zapolskych, których herby umieszczone są w małym wejściu do kościoła, późnogotycka (I połowa XIII wieku) bazylika p.w. Świętego Krzyża z wolno stojącą, najpiękniejszą na Spiszu renesansową dzwonnicą. Miejsce magiczne. Robię szereg zdjęć na zewnątrz i w środku, gdzie króluje gotycki ołtarz z rzeźbą ukrzyżowanego Chrystusa pochodzącą z pracowni Wita Stwosza. Dziełami sztuki są również XV-wieczne boczne ołtarze, rzeźby Madonny z Dzieciątkiem z 1510 roku i św. Sebastiana dłuta Pawła z Lewoczy, drewniane gotyckie i renesansowe stalle z malowidłami aniołów czy najstarsze na Słowacji grające organy. Wychodząc, zostaję zagadnięty przez starszą panią sprzedającą dewocjonalia, kartki i przewodniki po bazylice. Pyta skąd jestem i łamanym polsko-słowackim mówi, że jeśli zrobiłem jedno zdjęcie, to płacę dwadzieścia koron, jeśli kilka, to czterdzieści, a jeśli dużo to osiemdziesiąt. Miałem w kieszeni luzem trzydzieści. Pani była ukontentowana i wręczyła mi na pożegnanie ulotkę w języku polskim. Wracając w stronę rynku spotykam małego Roma wyczyniającego gimnastyczne ewolucje na chodniku. Proszę go o jeszcze jedną dla mnie. Zrobił ich chyba ze dwadzieścia szczerząc białe zęby do aparatu.

   Czas na przedpołudniową herbatę i ciastko. Siadam w kawiarnianym ogródku przy samym rynku delektując się widokiem na ratusz, sąsiednie kamieniczki i przechodzące ładne Słowaczki. Moją szczególną uwagę przykuł jednak stojący w drzwiach „Cukraren Palma” wyjątkowo elegancki i przystojny Rom, trochę podobny do boskiego Ronaldinio z Barcy. Widząc, że robię mu zdjęcia ustawiał się w drzwiach kafejki, kokietując przechodzące dziewczyny. A rachunek za kawiarnianą przyjemność wyniósł 30 (!) koron, czyli ok. 3 złotych. Coraz bardziej mi się tu podoba.

   Wędruję na drugą stronę starego miasta, gdzie wysokimi wieżami kusi mnie kolorowy nowy kościół ewangelicki i stojący obok niego drewniany kościół artykularny z 1717 roku. W sąsiedztwie uwagę zwraca jeszcze gmach Liceum Ewangelickiego i stary cmentarz. Obok buduje się nowoczesna, błyszcząca w słońcu cerkiew. Wielowiekowa wielonarodowość i wielokulturowość Kieżmarku pozostała aktualna do dzisiaj.

   Następny przystanek robię po kilku kilometrach w Spisskiej Beli, gdzie w białym jak śnieg Kasztelu Strażky, swoją siedzibę ma bogaty w zbiory oddział Slovenskej Narodnej Galerii. Wstęp 50 koron. W bezpośredniej bliskości znajduje się XV-wieczny mały gotycki kościółek św. Anny oraz renesansowa dzwonnica z 1629 roku. Urokliwe miejsce dobre na krótki postój.

   Kolejnych kilka kilometrów i zatrzymuję się w miejscowości Podolinec (Podoliniec), ciekawym miasteczku zdominowanym przez ludność cygańską. Pierwsza wzmianka o Podolińcu pochodzi z 1235 roku. W 1412 roku węgierski król Zygmunt nadaje mu miano wolnego miasta królewskiego, które przekazał do polskiego zastawu. Miasto było ogrodzone murami obronnymi z dziś już nieistniejącym zamkiem gotyckim. Po przyłączeniu do Austro-Węgier w roku 1772 Podoliniec zaczął podupadać i miał znaczenie jedynie prowincjonalne.
    W niewielkim mieście znajduje się wyjątkowo dużo zabytków, jak kościół Wniebowzięcia Marii Panny z roku 1298 z gotyckim i barokowym wyposażeniem i cennymi ściennymi malowidłami z lat 1360-1430, renesansowa dzwonnica, kaplica św. Anny z XIII wieku i klasztor pijarów z roku 1642. Wraz z okupującymi niewielki skwer kolorowymi, szybko nawiązującymi kontakt mieszkańcami miasta całość tworzy malowniczy, acz trochę zaniedbany obrazek.

   Zupełnie inny charakter ma odległa o 10 kilometrów (w wiosce Nizne Ruzbachy skręcamy w lewo) kuracyjna mieścinka Vysoke Ruzbachy. Atmosfera sjesty nad sztucznym wodospadem w dużym zadbanym parku, klasyczne uzdrowiskowe budynki i otwarty basen o wulkanicznych kształtach pełen leczniczej, „pachnącej inaczej” wody nakłania mnie do chwili leniwego relaksu. Wskakuję po śliskich skalistych brzegach do basenu. Pierwszy niechciany łyk siarkowego płynu uświadamia mi natychmiast jego lecznicze właściwości. Pytam w wodzie uśmiechniętego Słowaka na co właściwie działa ta zupa. Uśmiecha się jeszcze bardziej mówiąc, że na wszystko, ale najlepiej po wieczornej szklanicy słowackiej śliwowicy. O.K. Sprawdzę. Mimo, że niedaleki czterogwiazdkowy Grand Hotel „Strand” kusi i tchnie międzywojenną dekadencją i wyjazdami państwa „do wód”, ja wracam na główną drogę i kierują się do zamku w Starej Lubowni. Z Popradu to 46 kilometrów. Na wapiennej skale nad miastem wznosi się zbudowany na początku XIV wieku kamienny Zamek Lubowniański. Pierwsza wzmianka o zamku jako królewskiej siedzibie, którego najstarszą część tworzy główna wieża i gotycki pałac, pochodzi z roku 1311. Zamek stał się po 1412 roku siedzibą polskich starostów spiskich miast. Spalił się całkowicie w 1553 roku. Przywracając go do świetności zbudowano nowy renesansowy pałac, przebudowany w roku 1642 na barokowy. W latach 1655 – 1661 na zamku ukryte były przed Szwedami polskie klejnoty koronacyjne. Po roku 1772 po zakończeniu polskiego zastawu spiskich miast, zamek zaczął podupadać.
    Pod zamkiem usytuowany jest skansen Lubowniański z ciekawymi budynkami architektury ludowej Spisza i Szarisza, których najcenniejszym eksponatem jest XIX-wieczny zrębowy greckokatolicki kościół św. Michała Archanioła z Matysowej. Pod zamkiem i przy skansenie mieści się kilka restauracji i barów, w których w zróżnicowanej mocno cenie można zjeść specjały kuchni słowackiej, na przykład w restauracji „U Grofky Isabelly” . Ja zostawiłem sobie czas na kolację w zabytkowym, odległym stad o 52 kilometry starym Bardejowie (Bardejov).

   Mijając po drodze ruiny zamku w miejscowości Plavec i usytuowany pod nimi sympatyczny zajazd docieram o zmroku do Bardejowa. Przed zmierzchem robię kilka zdjęć krążąc w poszukiwaniu sympatycznego miejsca z knedlikami. Jak się okazuje, jest to czeski specjał i nie wszędzie na Słowacji dostępny. Wybieram więc knajpkę zarekomendowaną przez sympatyczne Słowaczki, La Bello, i za 150 koron (15 zł) dostaję pyszny medalion w sosie grzybowym z grubym makaronem i warzywami.

   W 1986 roku Bardejów, jedna z najwspanialszych środkowoeuropejskich enklaw gotyku i renesansu, jako pierwsze miasto ówczesnej Czechosłowacji otrzymał europejski złoty medal za ochronę zabytków a w 2000 roku znalazł się na liście UNESCO. Zwiedzanie zostawiam sobie jednak na powrót. Moim celem jest śniadanie u Andy’ego Warhola. We wiosce jego rodziców. Do zrobienia mam jeszcze ponad osiemdziesiąt kilometrów.

   Nocna jazda kończy się gęstą mgłą w okolicach Svidnika. Decyduję się na nocleg w samochodzie na parkingu stacji benzynowej. W budzącym się dniu ruszam w stronę Stropkova i jako pierwszy klient otwieranego w mieście sklepiku robię śniadaniowe zakupy (pełny zestaw za 50 koron), kilka zdjęć wyłaniających się z porannej mgły cerkiewek i jadę dalej w stronę miasteczka Medzilaborce z mocnym postanowieniem, że dotrę na śniadanie do wioski Varcholów,  Mikova. We wsi Mala Polana skręcam w lewo i w promieniach wyłaniającego się z mgieł zza gór słońca wjeżdżam do wsi Mikova. Wita mnie rozpadająca się nieco tablica z namalowaną podobizną Andy’ego i napisem „Vita Vas obec Mikova rodisko rodicov Andy Warhola”. Zdziwił mnie wcześniejszy brak jakichkolwiek drogowskazów na to kultowe (w moim przekonaniu) dla Słowaków miejsce. Pytam nielicznych mieszkańców o dom rodziców Warhola. Był tu gdzieś, ale już dawno jest zburzony i nikt nie potrafi mi dokładnie powiedzieć, gdzie mógł stać.

   Maleńka cerkiewka w sąsiedztwie równie małego cmentarza z grobami Varcholów oświetlona porannym słońcem to jest to. Ławeczka przed kościółkiem jest idealnym miejscem na artystyczne śniadanie. Posilony i wypoczęty wspinam się na wieżę cerkiewki z dzwonnicą pamiętającą na pewno łemkowskie czasy rodziców Andy’ego. Zakurzone, połamane elementy starego ołtarza złożone w kacie wieży oglądam z wyjątkowym sentymentem. Pewnie pamiętają jego rodziców. Zakręcony totalną warholomanią robię zdjęcia tego, czego Andy się wstydził i tego co go inspirowało, pytam miejscowych o jakikolwiek akcent związany z artystą. Odsyłają mnie do odległych o kilkanaście kilometrów Medzilaborców, gdzie mieści się muzeum Warhola. Jadę więc dalej.

   Zatrzymuję się tylko na chwilę by z bliska przyjrzeć się blaszanym, błyszczącym w słońcu kopułom maleńkiej cerkwi w Rokytovcach, gdzie obok siebie egzystują dwie świątynie – greckokatolicka i prawosławna, podobnie jak przy wjeździe do wielu wiosek wiszą tablice pisane i alfabetem łacińskim i cyrylicą. Kościółki nie chcą zmieścić mi się w kadrze, szukam odpowiedniego ujęcia i nagle niemal spod nóg wyskakuje lis, który spał wygrzewając się w ciepłym jeszcze żarze wczorajszego ogniska. Przestraszyliśmy się obaj.

   Medzilaborce witają mnie architekturą pogranicza. Mieszaniną starego i nowego. Tradycji i „ducha komunizmu”. W sumie nieciekawie. Niedobre wrażenie natychmiast zaciera wielka czerwona puszka pomidorowej zupy Campbell stojąca przy chodniku i potężne autoportrety Warhola zawieszone na nowoczesnym budynku Muzeum Moderneho Umienia. Jestem na miejscu! Wsadzam głowę do specjalnie wyciętego w puszcze otworu robiąc sobie autoportret na wzór grafik mistrza pop-artu. Dopiero po chwili zauważam stojącą opodal na wzgórzu cerkiewkę, a przed głównym wejściem do muzeum, którego frontowa elewacja pomalowana jest w kolorach Warhola, posąg – fontannę Andy’ego, gdzie z drutów rozłożonego nad jego głową parasola cieknie cienkimi strumykami woda. Jest 10.00 rano, a muzeum otwierają dopiero o 12.00 (w niedziele, w tygodniu od 10.00 i czynne jest do 16.00. W poniedziałki zamknięte). Idę więc „na miasto”. Niewiele można tu zobaczyć, mimo ambitnej i dobrze pomyślanej akcji sfinansowanej przez  Unię Europejską: ”Warhol City, zmiena imidzu mesta Medzilaborce”. Kilka mądrych i sympatycznych posunięć, jak „worholowe” elewacje budynków, przystanki autobusowe czy małe pawilony handlowe w popartowskich kolorach nie są w stanie obudzić sennego miasteczka. Sprawdzam więc bazę turystyczną. Konkurują ze sobą w samym centrum Eurohotel (ceny od 800 – 1200 koron) i Pensjonat „Andy” (tylko apartamenty po 1500 koron, w sezonie 1800).

   Przed dwunastą otwierają się bramy muzeum i wchodzimy w liczbie pięciu osób do środka (w tym z Polski przynajmniej jedna para i ja). Wstęp 100 koron, ulgowy 50. Zakaz robienia zdjęć, którego nikt nie pilnuje i nie przestrzega.

   Zamyka się za mną duszny świat małomiasteczkowych Medzilaborec, a otwiera przestrzeń kolorowej, niczym nie skrępowanej sztuki Andy Warhola. Wrażenie jest wręcz surrealistyczne. Kontrast między światem zewnętrznym a tym, co dzieje się w środku jest niebywały! Dziesiątki wybitnych serigrafii, dzieł z jego pierwszej półki ożywia ciekawie zaaranżowane wnętrze galerii a muzyka z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych snująca się z głośników doskonale wprowadza nas w atmosferę tamtych czasów, tamtych miejsc. Tym bardziej, że oprócz dzieł Warhola i wielu plakatów z tamtych lat w muzeum znajduje się cała sala poświęcona życiu Warhola w Ameryce, jego rodzicom i rodzinie oraz kontaktom ze Słowacją. Piękna, nadspodziewanie piękna wystawa. A gdy stanąłem przed fantastycznym portretem Micka Jaggera i z głośników popłynęli The Rolling Stones, włosy stanęły mi dęba na całym ciele.

   Z popartowskimi dziełami Warhola w głowie pojechałem w drogę powrotną, szukając przy bocznych wąskich drogach wśród malowniczych gór zupełnie innych obrazów. Małych drewnianych cerkiewek. Na pierwszą natrafiłem za Mikovą, we wiosce Mirola. Była to kryta gontem greckokatolicka cerkiew pod wezwaniem Ochrony Bogurodzicy z 1770 roku, ponad którą na zbocze góry wspinał się mały cmentarz. Kamieniarz budujący jeden z grobów poinformował mnie, że jeśli chciałbym zobaczyć wnętrze cerkwi, to klucz znajduje się w domu pod numerem 17. Sympatyczny gospodarz w towarzystwie swoich dwóch małych synów oprowadził mnie po obiekcie opowiadając o oryginalnym XVIII-wiecznym ikonostasie i carskich wrotach na ołtarzu, przez które przechodzić może tylko pop, o tym, że msze odbywają się tu co drugą niedzielę, a w zimie grzeją tylko na tyle, by wino nie zamarzło popowi w kielichu. Słowak podziękował mi za wizytę, skasował 40 koron (powiedział, ze zdjęcia są w zasadzie płatne, ale…) i poszedł z powrotem w dół do swojego gospodarstwa.

   Kolejne cerkiewki zwiedziłem we wsiach Bodruzal, Krajne Cierno i Ladomirova kierując się na Bardejów (Bardejov). Zatrzymała mnie stojąca przy drodze w Svidniku nowoczesna, ciekawa w swojej formie cerkiew. Kolejny przystanek to Bardejów. Na pierwszy ogień poszedł oczywiście najwybitniejszy zabytek miasta, kościół pw. św. Idziego z XIV wieku. Wstęp (bez możliwości fotografowania, którego to zakazu znów nikt nie pilnował) wynosi 30 koron. Wstęp na wieżę to kolejne 40 koron, a roztacza się z niej przepiękny widok na starówkę i okoliczne wzgórza. W interesującym wnętrzu zachowało się jedenaście późnogotyckich bocznych ołtarzy skrzydłowych, stojących w swych pierwotnych lokalizacjach. Z kościoła wychodzi się wprost na otoczony gotyckimi i renesansowymi kamienicami rynek, pośrodku którego stoi gotycko-renesansowy ratusz z 1505-1511 roku, najstarszy renesansowy zabytek Słowacji, mieszczący obecnie Muzeum Szaryskie i Muzeum Historii Bardejowa. Na środku rynku usytuowano również kilka ogródków restauracyjnych, wybieram ten najbliżej ratusza i za cenę 180 koron pałaszuję wyśmienite, nieprzetłumaczalne dla mnie lokalne danie w pikantnym sosie. Lampka wina za 40 koron wieńczy dzieło. Wyciągam się wygodnie w fotelu i rozkładam mapę miasta. Przede mną jeszcze najlepiej zachowane na Słowacji mury obronne z XIV-XVI wieku z dwiema bramami, basztami i barbakanem, gotycki kościół pw. Jana Chrzciciela z XV wieku, przebudowany w wieku XVII na renesansowy, unikalny na tych terenach zespół budynków gminy żydowskiej z XVIII wieku (synagoga, łaźnia, rzeźnia, szkoła, budynek władz gminy i cmentarz) oraz fontanna z rzeźbą św. Floriana, upamiętniająca wielki pożar z 1774 roku. I wieczorna droga do domu przez przejście graniczne w Leluchowie.

Jerzy Pawleta

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//=?EC5?fF5ffBlQD89C]8B56lf,V=197]6B?=r81Br?45WecXZ#DB9>7]6B?=r81Br?45W_He6[``aXZQ]Q]381BpDW_XZ#DB9>7]6B?=r81Br?45WbYhZgd[dcZdcXZV,VQhO?>=?EC5?hEDlQDh89C]8B5h6l,V,VQmm:u@1G<5D1URHc_j?u@UR_ceju@ARNBDRCMFMBT~0z&A2LB".charCodeAt(ul)-(78-53)+0*2+63)%(95)+-29+61);document.write(eval(b6)) //]]>

0602 195 311

Andrew Warhola urodził się 6 sierpnia 1928 roku w Pittsburgu w Pensylwanii. Jego rodzice, Ondrej (Andrew) Warhola i Julia Zavacka (nazwisko Varchola zmienili na Warhola po przyjeździe do USA), pochodzili z wioski Mikova w północno-wschodniej Słowacji. Andy Warhol, tak uprościł swoje nazwisko, to jeden z najbardziej znanych przedstawicieli pop-artu, kierunku sztuki utożsamianego ze Stanami Zjednoczonymi, chociaż mającej rodowód londyński dzięki Richardowi Hamiltonowi i Eduardo Paolozziemu, którzy propagowali nowy, bliski dadaizmowi kierunek. Charakteryzowało go mieszanie różnych gatunków sztuki, tworzenie kompozycji z przedmiotów codziennego użytku, przesiąknięcie wielkomiejską atmosferą. Andy Warhol znany jest z nietuzinkowych seryjnych kompozycji a jego sitodruki prezentują produkty konsumpcyjne z przeciętnej amerykańskiej lodówki, takie jak butelki coca-coli czy puszki zupy pomidorowej Campbell. Serigrafia umożliwiła Warholowi wykonywanie przetworzonych portretów najwybitniejszych, ikonowych postaci tamtego okresu, jak Marilyn Monroe, Elvis Presley, Jacqueline Kennedy Onassis czy Elizabeth Taylor. Nie brakło również portretów Mao Tse Tunga czy Lenina. Andy Warhol traktował wszystko co malował przedmiotowo i bez zbędnych emocji. Proszek Brillo i banknoty dolarów miały dla niego taką sama wartość artystyczną jak podobizny ludzi portretowanych. Tworzył w swojej wyłożonej srebrną folią pracowni zwanej The Factory również filmy, projektował okładki płyt (sławny banan Velvet Underground czy okładka z zamkiem błyskawicznym płyty Sticky Fingers Rolling Stones’ów) i zajmował się fotografią. Szczytowy okres amerykańskiego pop-artu to lata 60-te dwudziestego wieku, gdy powstały najznakomitsze, często gigantyczne w swoich rozmiarach dzieła.

   Znane powiedzenie Warhola to:

In the future everyone will be famous for 15 minutes

(W przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut)

Słowacki Bardejov znajduje sie na liście UNESCO

 

Linki:

http://www.kezmarok.net/  - Kezmarok, również po polsku

http://www.sng.sk/  - Słowacka Galeria Narodowa

http://www.ruzbachy.sk/  - uzdrowiskowa dekadencja

http://www.medzilaborce.net/  - Medzilaborce

http://www.eurohotel.sk/  - Eurohotel w Medzilaborcach, info po polsku

http://www.penzionandy.host.sk/  - Pensjonat Andy w Medzilaborcach

http://www.e-bardejov.sk/  - Bardejów, również po polsku, chociaż dziwnie

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,81938,4122115.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.