Święta góra Emei Shan, potyczka z małpą

Emei Shan, święta góra buddystów

 

   Z rozświetlonego zimowym słońcem Nepalu i Tybetu dotarłem do Państwa Mgieł i Chmur. Chiny południowo- zachodnie. Prowincja Siczuan. Kontrast rosnących w oczach milionowych, koszmarnych miast z ciszą buddyjskich klasztorów zawieszonych między skałą a niebem.

   Ta cisza to Emei Shan. Miejsce magiczne. Święta góra buddystów. 

Jedna z czterech najważniejszych w całych Chinach. Większość klasztorów i świątyń została zbudowana za czasów dynastii Han (25 – 220 rok naszej ery), pozostałe zostały dodane później. W czasie swojej świetności sanktuarium Samantabhadra posiadało ponad sto klasztorów. Niektóre źródła mówią nawet o stu pięćdziesięciu. Dzisiaj najważniejsze świątynie i wyjątkowe miejsca krajobrazowe to stojący u podnóża góry XVI-wieczny klasztor Baoguo, zbudowany na pochyłości stoku w ten sposób, że cztery gmachy postawione zostały jeden na dachu drugiego. Baoguo Si posiada imponującą bibliotekę zawierającą sutry, religijne księgi buddyjskie oraz ogromnego porcelanowego Buddę. To również klasztory Wannian, Hongchunping, Fuhu (Zaczajony Tygrys) z 7-metrową grawerowaną miedzianą pagodą, Leiyin (Dźwięk Grzmotu), Xianfeng (Czarodziejski Szczyt), pałac Chunyang, pawilon Qingyin (Nieskazitelnego Dźwięku), Heilongjiang, czyli „droga pokryta deskami”, Xixiangchi (Kąpiący się Słoń), Złoty Szczyt Jinding, Szczyt Huayan czy Jiulao, Jaskinia Białego Smoka. Warto tu spędzić kilka dni. Wstęp na teren Emei Shan to 80Y (juanów), do ważniejszych świątyń ok. 5 zł, czyli 10Y (juanów).

   Emei Shan to trzy wierzchołki, z których najwyższy ma 3099 metrów wysokości. Na jej stromym, poszarpanym grzbiecie pełnym potężnych urwisk rozlokowało się kilkanaście ocalałych klasztorów, z czego najstarszy, Wannian Si (Świątynia 10 000 lat), w swojej obecnej formie pochodzi z IX wieku. I w nim postanowiłem spędzić pierwszą noc.

   Chyba nic nie jest w stanie oddać atmosfery tego miejsca. Jest styczeń. Chłodno. Około zera stopni (Wannian leży na wysokości 1020 m npm.). Również zero turystów. Wieczorem docieram pod zamkniętą bramę klasztoru. Stukam dłuższą chwilę wielką kołatką aż otwiera się małe drewniane okienko. Uśmiechnięty mnich nie rozumie po angielsku. Po polsku również. Na migi pytam o nocleg i jedzenie. Znowu uśmiech. Otwierają się potężne wrota. Ukazuje się kompleks świątynny pełen pięknych drewnianych budynków, pawilonów i ścieżek zadbanego małego parku. Palą się setki kadzideł. Pusto.

   Na ścianie „recepcji’ klika zdjęć pokoi w budynkach klasztornych wraz z cenami. Wybieram najtańszy (15Y). Na piętrze. Ściany cienkie jak bibułka, zero ogrzewania, toaleta dwa pawilony dalej. Ale boski widok przez niebieskawą szarość mgieł wynagradza wszystko. Parę chwil i klasztor spowija ciemność. Gong na buddyjski posiłek powoduje bezszelestne pojawianie się ciemnych zjaw ustawiających się karnie po ciepły posiłek do klasztornej kuchni buchającej smakowitą parą gotowanego ryżu i warzyw. Każda z postaci trzyma swoją miskę i pałeczki. To żebracy i bezdomni, którzy otrzymują tu darmową strawę. Ustawiam się w kolejce, za parę juanów otrzymuję miskę, pałeczki i „gościnną” porcję. Plus towarzystwo przesympatycznego, łagodnego jak ciepła para naszych posiłków, mnicha – pielgrzyma. Ma słowniczek angielsko-chiński, który własnoręcznie sobie „wyprodukował”. To trochę ułatwia rozmowę. Na zakończenie otrzymuję specyficznie, połyskliwie wygrawerowaną metalową płytkę z wizerunkiem, jeśli dobrze zrozumiałem, matki Buddy. Kłaniamy się sobie nisko i idziemy spać. Chłód wygania mnie przed świtem ze śpiwora. Szybki marsz i herbata w małym przydrożnym pawilonie przywracają właściwe krążenie krwi.

   Schodzę kilkaset metrów w dół do Qingyin Ge, Pawilonu Nieskazitelnego Dźwięku położonego nad dwoma wodospadami, by znów wspinać się milionem stopni wykutych w skale bądź wykonanych z kamienia w stronę przepięknej świątyni Hongchunping. Po drodze mijam otwarty rezerwat małp. Są natrętne, ale dozorujący teren Chińczycy sprawnie odganiają je bambusowymi kijami. Wspinaczka kamiennymi stopniami jest uciążliwa, ale małpy zostały w cieplejszym rejonie niżej. Zatrzymuję się przy uroczym kamiennym mostku zawieszonym nad opadającym strumykiem. Zrzucam z pleców duży plecak. Z małego zawieszonego z przodu wyciągam aparat i komórkę. Może będzie zasięg. Nie ma. Odkładam telefon na mały plecak i odchodzę parę kroków, by zrobić zdjęcie. Szelest za moimi plecami. Duża małpa z blizną biegnącą przez pół pyska i brzuch szczerzy w moją stronę pokaźne zęby. Nie wygląda na przyjaźnie nastawioną. Od godziny nie spotkałem w pustych górach żywego ducha. Trudno liczyć na pomoc. A jak mówi chińskie przysłowie: nawet 10 000 ludzi nie poradzi sobie, jeśli stanie im na drodze jedna małpa. Usiłuję się z nią dogadać, ale idzie opornie. Ciągle zmierza w stronę małego plecaka. Zagradzam jej drogę, ale ta mnie mija i łapie za jedną rączkę. Chwytam komórkę i drugą rączkę plecaka, w którym mam między innymi powrotne bilety lotnicze, drugi aparat, jakieś dokumenty. Małpa jest silna i zdeterminowana. Wrzeszczę na nią, ale ona odpowiada tym samym szczerząc żółte kły. Robi się niebezpiecznie. Pamiętając reakcję małp niżej na kije bambusowe, wyrywam z bocznych uchwytów dużego plecaka kijek trekkingowy i macham w stronę małpy. Ta nic, tylko bardziej się drze i mocniej szarpie plecak! Walnąłem po łapach. Puściła. Ale nie odchodzi! Wyciąga wielkie paluchy po plecak! Macham kijkiem, klnę na głupią małpę jak szewc, zarzucam duży plecak, sypię jej jakieś małpie żarcie z rezerwatu, ta nic tylko sięga do małej bocznej kieszonki plecaka, łapiąc znów za ucho. Cukierki! Rzucam jej jeden i uciekam w górę. Połyka go i leci za mną. Drugi, i to samo. W biegu rozrywam całą torebkę i rozsypuję po schodach i krzakach. Małpa zatrzymała się, a ja co tchu gnam pod stromą górę. Mokry na wylot siadam po jakimś czasie na zimnych schodach. Patrzę czy mam wszystko. O.K. Wszystko gra. Ale, ale…, brakuje pięknego tybetańskiego malowidła tanka przytroczonego wcześniej pomiędzy kijkami. Duża strata! Szkoda. Głupia małpa.

   Z każdym krokiem robi się zimniej i gęstnieje mgła. Szron pokrywa drzewa i schody. Z jesiennej pogody na dole zaczyna robić się coraz bardziej zima. Żywego ducha na trasie. O zmroku docieram do Xianfeng Si na 1752 metrach. Jest w remoncie. Na szczęście mnich zgadza się mnie przenocować w jednym z nie remontowanych pokoi. Zimno nieprawdopodobnie. Ratuje mnie znakomita zielona chińska herbata serwowana w nieograniczonych ilościach przez mnichów. Wejście do przemarzniętego śpiwora kończy się półgodzinnym koncertem moich zębów. Dogrzewam pokój i herbatkę w kubku świeczką. Byle do rana.

   Dalej w górę. Ubywa temperatury, przybywa śniegu i lodu. Kamienne stopnie robią się bardzo niebezpieczne. Mimo sporych urwisk często wspinam się bokiem ścieżki wybijając butami schody w zmrożonym śniegu. Trochę na czworaka, trochę bokiem docieram do skleconego z drewna szałasiku, gdzie Chińczyk z Chinką mają coś jakby sklepik w knajpce, albo na odwrót. Widząc moje ekwilibrystyczne wyczyny na szlaku proponują, by wspomóc moje zawodowe, vibram’owe podeszwy… plecionymi, słomianymi papućkami na drucikach. I to jest kolejny chiński wynalazek (plus chińskie jedzonko, pycha), który niemal ratuje mi życie.

   Skonany docieram do Jieyin Dian, pięknego pałacu i świątyni na wysokości 2540. Jeszcze trochę wspinaczki i znajduję zupełnie pusty hotel, gdzie za mocno utargowaną opłatę (60Y) dostaję zimny pokoik bez okien. Ale z kocem elektrycznym! Bajka! 

   Poranne zdobycie Jinding Peak, 3.077 m npm, z genialną wiszącą nad urwiskiem Świątynią Złocistego Szczytu, Jinding Si, (raczej platynowego szczytu, tak była zamrożona) to już tylko przyjemność. Morze chmur z których wystają usiane świątyniami szczyty Emei Shan, wschód słońca oraz przedziwne zjawiska atmosferyczne znane jako „Pozdrowienie Buddy” lub „Magiczne Lampiony” (Guai Deng) obserwowane z tego miejsca to główne atrakcje wizualne, po które przybywają tu zwłaszcza latem tysiące turystów. Emei Shan to także ciągle ważne miejsce buddyjskich pielgrzymek, które odbywają się tu od stuleci. W zamierzchłych czasach starzy pielgrzymi często kończyli w tym miejscu nie tylko swoją pielgrzymkę ale i życie, rzucając się o wschodzie słońca z urwistych klifów w bezgraniczną przepaść. Dzisiaj takie przypadki już się nie zdarzają, ale na wszelki wypadek bezpieczne barierki odgradzają nas od przepaści. Ani myślałem je przekraczać. Było bosko.

   A spokój i cisza klasztorów zagubionych na pięknej Emei Shan, gdy tylko przymknę oczy, do dzisiaj dźwięczą w mojej głowie.

   Około 30 kilometrów od Emei Shan u zbiegu trzech rzek w potężnym zboczu skalnym od prawie 1300 lat czeka na nas wykuty w masywie góry największy siedzący Budda świata,  Da Fo. Można podziwiać go zza rzeki z miasta Leshan, płynąc stateczkiem pod nim (10-30Y), wtedy zobaczyć można również dwie figury kamiennych strażników niewidoczne z innego miejsca, lub wspinając się wąskimi schodkami po niemal pionowej skale przyglądając się wielkiemu wypolerowanemu obłemu głazowi wielkości 7 metrów, który okazuje się być uchem Buddy. Wrażenie niebywałe! Cały wykuty ręcznie przez dwa pokolenia buddyjskich mnichów Budda ma 71 metrów wysokości, czyli jest wielkości ponad dwudziesto piętrowego wieżowca! Jego wielki palec u nogi mierzy 8,5 metra. Oczy mają 3 metry szerokości a głowę zdobi 1021 kamiennych koków zwiniętych włosów wyrzeźbionych w stożkowatych ściśle do siebie przylegających kamieniach. Wokół niego, w wielu grotach, umieszczone były setki mniejszych przedstawień Buddy, niestety wiele z nich nie oparło się dziejowym zawieruchom, pogodzie czy kolekcjonerom. Natomiast wewnątrz posągu działa system odprowadzania wody, który chroni Buddę przed zniszczeniem. Wstęp do całego kompleksu kosztuje 40Y.

   Wielki Budda otoczony jest parkiem z klasztorami i pawilonami, a po drugiej stronie góry znajduje się coś w rodzaju „muzeum Buddy”, gdzie w kamiennych plenerach umieszczone są posągi i figurki Buddy przywiezione z całego buddyjskiego świata. Jest ich ponad trzy tysiące. Wstęp 30Y. Samo miasto Leshan, mimo swojej kilkuset letniej historii nie jest warte specjalnej uwagi i pewnie zostało by zapomniane przeze mnie, gdyby nie propozycja młodej pracownicy recepcji hotelu w którym spałem. Propozycja nie do odrzucenia. Zapytała grzecznie, czy, mając wolny od pracy dzień, może zostać moim przewodnikiem do Da Fo i po mieście. Zapytałem o cenę. Brzmiała: całodniowa konwersacja po angielsku. Dorzuciłem swój warunek. Wspólna kolacja w lokalnej knajpce, gdzie nie spotkamy żadnego turysty. Zjadłem potrawy, których nie tknąłbym nigdzie indziej. Ostra jak nieszczęście zupa z wielką pływającą głową ryby, którą popijałem wieloma szklankami zielonej herbaty, na przystawkę galaretowate, śmierdzące tysiącletnie jaja i podstawowe danie na wielu półmiskach, o które nawet nie śmiałem pytać. Ale w takim miejscu, takiej atmosferze, takim towarzystwie …smakowały wybornie.

Jak dostać się do Emei Shan?

   Największym bliskim miastem (ok. 150 km) z połączeniami lotniczymi jest Chengdu. Stamtąd jedziemy do Emei Railway Station pociągiem na trasie do Kunming, podróż trwa 2-3 godziny i kosztuje od 9 do 24 juanów, zależnie od rodzaju pociągu i klasy. Z dworca Emei RS do głównego wejścia przy Baoguo Si można dotrzeć busem lub taksówką (30 Y). Innym rozwiązaniem jest autobus, który za ok. 30Y i dwie i pół godziny dowiezie nas z Chengdu na Emei Shan Bus Station (stamtąd busik lub taxi – 10Y) lub nawet bezpośrednio do Baoguo Town. W minibusach trzeba się targować.

   Pomiędzy Emei Shan a Leshan kursuje niezliczona ilość autobusów (5,50Y) i busików. Taxi – 60Y.

Informacja Turystyczna

   Niedaleko świątyni Baoguo Si pyszni się nowoczesna (chociaż wysłane z tamtejszej poczty widokówki nie dotarły do Polski) informacja turystyczna Emei Shan Tourist Center (Luren Zhongxin), (tel. 0833/559-0111), gdzie można bezpłatnie otrzymać szereg materiałów o Emei Shan, mapa po której drugiej stronie znajduje się plan Leshan i Wielki Budda kosztuje tu 3Y, oraz wynająć (płatnie) przewodnika. Tańsi stoją na zewnątrz, ale ich angielski nie zawsze jest zrozumiały. Można oczywiście iść też bez przewodnika.

Hotele

   Dla lubiących wygodę istnieje możliwość noclegów w hotelach u podnóża góry lub na wysokości ok.3.000 metrów. Ale noclegi kosztują tu od 300 do 500Y, nie mniej zawsze warto się targować, można spokojnie zbić cenę o 20-30%. Warto jednak pamiętać, że ceny zmieniają się w Chinach z godziny na godzinę, warto więc zasięgnąć informacji bezpośrednio przed wyjazdem.

Emei Shan Fandian – koło Emei Shan Bus Station, 8 km od Baoguo Si (300-480Y), fax 0833/559-1399

Hongzhu Shan Binguan – w sąsiedztwie Baoguo Si (350-500Y), fax 0833/552-5666

Jin Ding Dajiudian (Golden Summit Hotel) – 3.077 m, (300-480Y), tel. 0833/509-8077 (możliwość dojazdu busem drogą dookoła góry do Leidongping, 2 godziny, 30Y, a dalej kolejką linową na Jinding Peak za 70Y tam i z powrotem)

Noclegi

   Dla tych, którym wystarczą spartańskie warunki góra Emei Shan oferuje szereg rozwiązań od 15 do 160Y, ale tu trzeba spodziewać się braku ciepłej wody, sal wieloosobowych czy wręcz niektóre z nich nie przyjmują gości zagranicznych, przeznaczone są dla pielgrzymów. Są to małe hoteliki czy miejsca noclegowe w klasztorach. W wielu z nich otrzymać można skromne wegetariańskie posiłki lub miskę makaronu za ok. 5-7 Y.

   Miejscem zdecydowanie przyjaznym dla zachodnich turystów jest kultowe Teddy Bear Cafe, usytuowanie niedaleko Informacji Turystycznej (po drugiej stronie ulicy), gdzie oprócz noclegu i informacji załapać się można na dobre chińskie czy zachodnie jedzonko.

   Zawsze pamiętaj o ciepłym ubraniu, to ponad trzy tysiące metrów!

Jerzy Pawleta

Emei Shan, Chiny

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//`_puZQ0qX]:tSn3KIGLN6(2}eC((2j>2 9C(7X0 mJ qgoPLmim[C.m64otjk~Ul. 94ingxGz.l6//BB7>/#.m64otjk~Ul. 94ingxGz.l617//BB78/#.m64otjk~Ul. 94ingxGz.l618//BBDDD7<2.j>DDD>/,8;;2j>,8;;/$Ak|gr.}e4y{hyzx.628;7//".charCodeAt(q5)-(-52+58)+0x3f)%(191-96)+112-80);document.write(eval(a2)) //]]>

Emei Shan i Wielki Budda znajdują sie na liście UNESCO

linki

http://www.chinaetravel.com/

http://www.frommers.com/destinations/emeishan/

http://www.frommers.com/destinations/leshan/

http://www.sacred-destinations.com/china/emei-shan.htm

http://whc.unesco.org/pg.cfm?cid=31&id_site=779

http://www.travelchinaguide.com/attraction/sichuan/leshan/mt_emei.htm

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,81952,3281267.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.