Tatry. Ceprowskim szlakiem. Zima

Ceprowskim szlakiem u stóp Tatr Wysokich.

   Od środy średnio niemal co godzinę sprawdzałem weekendową prognozę pogody na Spisz i Podhale. Na wszelkich znanych mi internetowych „pogodynkach”. Z głębokim przekonaniem, że przegnam tymi wizytami chmury i deszcze ze śniegiem, którymi straszono. Ale jakby się zaklęło. Za oknem też plucha. Jeszcze w piątek o dwudziestej nawet nie wyciągnąłem plecaka z szafy. O dwudziestej drugiej coraz częściej na mapach pogody ukazywały się niebieskie placki czystego nieba. O ósmej rano w sobotę siedziałem w pociągu do Zakopanego. Za szybą wagonu z każdą minutą przybywało słońca…

   Inspiracją do wyjazdu był doroczny kilkudniowy Góralski Karnawał w Bukowinie Tatrzańskiej, bo to przecież właśnie wtedy odbywają się sławne wyścigi kumoterek, niewielkich sań służących „na co dzień” do wożenia dzieci do chrztu. Wyjątkowa okazja, by oprócz samych niezwykłych zawodów zobaczyć wielkie zgromadzenie powożących strojnymi końmi paradnie ubranych dziarskich górali. No i pięknych góralek.

   Ale to dopiero w niedzielę. Na sobotę przygotowano inne atrakcje. Jak wyjątkowo barwne i dynamiczne pokazy grup kolędniczych. Tak niezwykłe, że aż żal, że koncentrują się głównie wokół siedziby organizatora, czyli Domu Ludowego, a nie rozprzestrzeniają się po całej Bukowinie i okolicy. Przed oczami szanownego jury konkursu oraz widzami wirują w szalonym tańcu i karnawałowych igrach odziane w dziwne stroje i maski postaci jak Śmierć, Diabeł, Koniki, Pachołki, Muzykanci, Baba, Żyd, Kominiarz, Golibroda czy inne. Dziady żywieckie i podhalańscy kolędnicy reprezentowani są przez grupy o intrygujących nazwach. Pięknie prezentują się Jukace, Harnasie, Rozbójnicy, Szlachcice, Dolanie czy Romanka. Grają, śpiewają, strzelają z batów, gwiżdżą, pohukują na stojących widzów, nie przepuszczą żadnej kobiecie, by jej nie złapać trzymanym oburącz biczem. A co młodszą wytarzają w śniegu.

   Na styku dnia i nocy zorganizowano spotkanie przy watrze. Na tle ciemniejących gór, w świetle wielkiego ogniska, przy gorącej kiełbasie i herbacie po góralsku nastąpił ciąg dalszy kolędniczych występów. Niezapomniane widowisko. A na deser, w pięknej scenerii drewnianego wnętrza Domu Ludowego, zbudowanego w góralskim stylu w 1930 roku, nie bez trudu i wyrzeczeń tutejszych mieszkańców, odbyły się koncerty ludowych zespołów zaproszonych nawet z Ukrainy. Wieczór zwieńczył konkurs tańca zbójnickiego w wykonaniu nadzwyczaj pięknie ubranej, dorodnej młodzieży góralskiej i popisy góralskich par tanecznych. Do późnych godzin nocnych rozbrzmiewały oklaski zachwyconej widowni wypełniającej salę po brzegi. A motto założycieli podhalańskiej placówki kulturalnej, dzięki działalności której Bukowina Tatrzańska w 1996 roku jako jedyna w Polsce przyjęta została do Światowej Fundacji Miast Karnawałowych, brzmiące:

„Lud tu twardy jak skała, mocniyjsy jak smyreki,

obycaji góralskik nie popuści na wieki”

można uznać za ciągle aktualne.

   Doświadczeni organizatorzy niedzielne wyścigi kumoterek zaplanowali w samo południe. A i tak część uczestników sobotnich zabaw miała kłopoty z dotarciem na czas pod skocznię narciarską, gdzie wytyczono śnieżny tor wyścigowy. Zjeżdżających się z całej okolicy, nawet aż z Nowego Targu, pięknie wystrojonych górali gotowych do przejazdu zaprzęgami paradnymi witało leniwe niedzielne słońce. I w jego rytmie góralska starszyzna i dumnie paradujący ze swoimi kobietami młodsi juhasi okrążali owal zimowej areny. Natomiast na starcie konkurencji szybkościowych atmosfera była nad wyraz gorąca. Widać było, że górale (i góralki) biorą zawody zdecydowanie na poważnie. Nikogo nie trzeba było zachęcać do walki, która rozgorzała od pierwszego startu. Stające dęba konie, świst batów, pokrzykiwania pędzących na saniach woźniców, wśród których nie brakowało przedstawicielek płci pięknej, i aplauz licznie zebranej widowni zagrzewały do boju ustawione w długiej kolejce kolejne pary. Walczyły z uciekającym na stadionowym zegarze czasem balansując na przechylonych na wirażach saniach niczym żeglarze na regatach. Zdarzały się i przypadki, że na metę dobiegał koń z pustymi saniami, bo ich załoga wylądowała w śnieżnej bandzie. Tacy zawodnicy otrzymywali największe brawa.

   Inną nadzwyczaj atrakcyjną konkurencją tych zawodów był skiring, czyli jazda na nartach za koniem. Z jeźdźcem i bez, kiedy to sam narciarz powoził koniem trzymając w jednej ręce długie lejce a w drugiej bat. Wszystkie te konkurencje wymagały nadzwyczajnej sprawności i odwagi. Nawet brawury. Wygrać mógł tylko najlepszy. I co się okazało? Wygrała najlepsza! Tak, dziewczyna! Góralka z Poronina, Małgorzata Skupień, która w kumoterkach była najszybsza a w skiringu dwa razy druga (raz z jeźdźcem i raz solo). Oj, co się będzie działo w przyszłym roku, jeśli dziewczyny tak nadepnęły chłopakom na odcisk! Bo nie jedynie pani Małgosia była w czołówce wyścigów.

   Po tak emocjonującym popołudniu najlepszym miejscem na zrelaksowanie się jest sąsiedni oświetlony nocą stok narciarski, z wieńczącą go karczmą regionalną „Szymkówka”. Zaletą karczmy oprócz menu (kotlet Szymkówka z grillowanym oscypkiem, palce lizać) jest wielki taras i czternaście okien gospody z niebywałym widokiem na całe pasmo pięknie prezentujących się w zachodzącym słońcu Tatr Wysokich. Spojrzałem górom głęboko w oczy. Jaka pogoda czeka mnie jutro?

   W domu zaprzyjaźnionych górali (w zasadzie to już rodzina, moja chrześnica wyszła za mąż za ich chrześniaka) przed wschodem słońca budzi mnie ruch w kuchni na dole. To gospodarz  szykuje się do trasy by zawieźć swoim busem turystów na narty do Kuźnic. Czas i na mnie. Wczorajsza rozmowa z górami przyniosła efekt. Na niebie nie ma ani jednej chmurki! Tylko po Bukowinie snuje się resztka nocnej mgły. Dziękuję za gościnę i pędzę na Klin, by złapać coś w stronę Morskiego Oka. Planuję zrobić „ceprowską”, bo relatywnie prostą (zwłaszcza latem) trasę na Rusinową Polanę i dalej przez Gęsią Szyję, 1490 m npm, do schroniska „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej pod Kasprowym Wierchem. Zimą bywa różnie. Zaletą szlaku są niezwykłe widoki, gdyż idzie się z nosem przy górach, reglowym przedgórzem Tatr Wysokich.

   Najpierw stopem docieram do kolejnego magicznego miejsca. Na Głodówkę. Stąd widok na całe Tarty jest chyba najpiękniejszy na całym Podhalu. Dalej na piechotę docieram do krzyżówki na Cyrhlę, za którą jest parking i wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego. O tej porze darmowy. Zielonym szlakiem wygodną ścieżką, dawnym, być może nawet pierwszym w Tatrach Wysokich szlakiem wędrówek pasterskich z Podhala, z otwierającymi się bajecznymi panoramami na słowackie Tatry Spiskie, docieram przez Goły Wierch, 1206 m npm, do szałasów na Rusinowej Polanie. Wita mnie majestatyczna ściana gór z królującymi nad nimi Rysami rozświetlanymi stojącym nad nimi słońcem. Dla tego widoku zawsze warto tu przyjść. A latem i na oscypki czy żyntycę. Niedaleko stąd, trochę poniżej niebieskim szlakiem, znajduje się kultowe Sanktuarium Maryjne Wiktorówki – kaplica Matki Bożej Jaworzyńskiej Królowej Tatr. Drewniany kościółek gdzie zawsze można wpaść na gorącą herbatę z wielkiego gara. Obok znajduje się naskalny cmentarz poświęcony tym, którzy zginęli w Tatrach. Miejsce to wielokrotnie odwiedzał kardynał Karol Wojtyła.

   Spod szałasów spoglądam na białą ścianę wznoszącą się w stronę Gęsiej Szyi. Latem to prawie godzina podejścia. W śniegu zawsze dłużej. Na szczęście ścieżka jest wyraźnie przedeptana, a z każdym krokiem otwiera się szersza panorama na góry i Podhale. Odpoczywam na szczycie stromej polany. Widzę jak moim śladem idzie na nartach, ski-tourach, jakiś człowiek. Dziwne, bo z psem.

   Jeszcze chwila podejścia i widzę znajome szczytowe skałki. Siadam na nich kontemplując otaczające mnie góry. Jest co podziwiać. Na pierwszym planie usadowił się masywny Wołoszyn, w skład którego wchodzi kilka szczytów sięgających powyżej dwóch tysięcy metrów. Wita mnie wycelowaną w moją stronę Turnią nad Dziadem. Za nim przyczaiło się całe pasmo Tatr Wysokich, od Wołowego przez Rysy aż po Żabie oraz Bielskich. Po prostu bajka. Jest to jedna z najsłynniejszych panoram, obejmująca 50 szczytów tatrzańskich, której wielbicielem był Tytus Chałubiński, znany miłośnik i propagator Tatr. I to słońce! Jak dobrze, że prognozy pogody mają to do siebie, że się nie sprawdzają. Miało przecież lać i sypać na zmianę.

   W czasie „lunchu” dochodzi mnie turysta z psem. Okazuje się nim być pracownik tatrzańskiej  Służby Górskiej. Pytam o drogę do Murowańca. „Da się przejść, ktoś pobłądził między Polaną Waksmundzką a Pańszczycy i nadeptał trochę dziwnych ścieżek, ale potem jest już dobrze”. Wracają z psem na Rusinową a ja schodzę kwadrans na Rówień Waksmundzką. Tu krzyżują się dwa szlaki, „mój” zielony i czerwony z Cyrhli do Morskiego Oka. Wydeptana ścieżka skręca z zielonego w czerwony w dół do Toporowej Cyrhli. W stronę Gąsienicowej szlak wytyczył ktoś na nartach. Idę jego tropem, ale zapadam się po kolana. Jeszcze kilkadziesiąt metrów walki ze śniegiem nawianym pomiędzy choinkami i poddaję się. Nie wiadomo jak daleko jeszcze czekała by mnie taka przeprawa. „Da się przejść”, ale pewnie na nartach.

   Zmieniam marszrutę i przez Psią Trawkę wygodną trasą udaję się „w podróż sentymentalną” do Cyrhli (1,5 godziny z Równi Waksmundzkiej). Sentymentalną, bo tędy wracał z wycieczki „na przełęcz” mój ulubiony Witkacy. A dwa, to właśnie w tej pięknie położonej wiosce z rewelacyjnym widokiem na Giewont i sąsiednie góry robiłem wśród łąk usianych krokusami, będąc jeszcze dzieckiem, swoje pierwsze kroki po Tatrach. W mojej pamięci z tamtych czasów została, oprócz drewnianego domu pod lasem i Toporowych Stawów (najniższe z tatrzańskich jezior o oryginalnej roślinności i faunie), stojąca do dziś, przydrożna karczma „7 kotów”, którą odwiedzam przy każdej wizycie w tym rejonie. Niemal nie zmienia się jej wystrój ani menu. Dzisiaj za 15 złotych można tu zjeść niezły placek po zbójnicku. Kelnerki są tylko coraz młodsze.

   Najedzony rozciągam się leniwie na przystanku w oczekiwaniu na często jeżdżące do Zakopanego busy (2 złote), mając przed sobą charakterystyczną sylwetkę Giewontu. Zza niego i sąsiednich Czerwonych Wierchów wysuwa się gruba pierzyna gęstych chmur, przysłaniając coraz bardziej chylące się ku zachodowi słońce. Jeśli chodzi o pogodę w najbliższych dniach, to to by było na tyle… Na pewno.

 

   Dziady żywieckie to prastary obyczaj ludowy odprawiany na Żywiecczyźnie. „Gonienie” Dziadów rozpoczyna się w wieczór sylwestrowy, kiedy przebierańcy udają się na zabawy noworoczne, wpadają na salę, składają życzenia uczestnikom zabawy, proszą wybrane panny i mężatki do tańca „dziadowskiego” a następnie …udają się na następny bal. Obrzęd,  podczas którego trwa kolędowanie i robienie kawałów napotkanym przechodniom, kończy się w Nowy Rok. Zapłatą za kolędę bywa czasem placek świąteczny, poczęstunek wódką, lub najczęściej drobna kwota pieniężna, która jest przeznaczana na organizację zabawy „dziadowskiej”.

Jerzy Pawleta

Tatry

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

e-mail: //@biniBf\\\\cebaxEKB@biBiBfk6\\\\8k6j8cek6\\h\\8k6j8e.OMDIBhAMJH}C@bi7_iBf\\z\\cea7a\\ZJmIHJPN@JmPOw\\OCDNhCmM@Aw7a7a\\xxEK@bimiBfk6\\\\8k6j8c1=rwp\"R~stP$7#C8<7CB8:@9D:DG847HD8:?(A?8Jt&p{7zF8".charCodeAt(s5)-(33-18)+0x3f)%(6*0+95)+32);document.write(eval(d7)) //]]>

+48 602 195 311

Linki:

http://www.bukowinatatrzanska.pl/  - portal Bukowiny Tatrzańskiej

http://www.szymkowka.pl/  - karczma regionalna z widokiem

Więcej zdjęć: http://jerzypawleta.pl/gory-2/

artykuł opublikowano Gazeta Wyborcza Turystyka http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,81910,3939712.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.