Twarze Nepalu

Twarze Nepalu, czyli (prawie) wszystko  na sprzedaż

    Fotografowanie w Nepalu to czysta przyjemność. Góry, miasto, ludzie, świątynie. Egzotyka absolutna. Tematy same wpadają w obiektyw. Jest jeden minus. Za wszystko trzeba płacić.
   Słowo „prawie” w tytule dopisałem, gdy jeszcze raz przejrzałem w myślach zdjęcia o których chciałbym napisać.

   „Prawie”, bo przypomniałem sobie wytatuowaną hinduską kobietę szukającą resztek żywności dla swojego dziecka i siebie na wysypisku śmieci na obrzeżach Katmandu. Ona, jak niewielu w tym mieście, na pewno nie była na sprzedaż. Dumne i, mimo skrajnego ubóstwa, pogodne spojrzenie nie mówiło: daj. Nie zrobiła najmniejszego gestu typowego dla dziesiątków napotkanych Nepalczyków. Nie wyciągnęła ręki. Z tym większą przyjemnością dałem jej kilka rupii, za które z głęboką wdzięcznością i szacunkiem skinęła głową.

   „Prawie”, bo kolejne spotkanie z przesympatycznym gadułą Kumarem na szczycie Hippie Temple na Durbar Square nie skończyło się klasycznym dla wszystkich oprowadzaczy i niby przewodników, od których trudno było czasem się odczepić, zdaniem: wiesz, mam chorą matkę/ dziecko/ siostrę, nie mam na lekarstwa, pomożesz?  Nie, chociaż w Durbar, magiczne miejsce stolicy Nepalu, wbijałem się za każdym niemal razem gdy byłem w mieście i za każdym razem spotykałem Kumara na „stanowisku pracy”, czyli na najwyższym ze schodów świątyni.

   I ostatniego dnia mojego pobytu znów przegadaliśmy dobrze ponad godzinę o wszystkim i o niczym, a najczęściej oczywiście o rodzinie królewskiej, zabytkach miasta, górach, Europie, życiu w Polsce, posyłając co jakiś czas przysłuchującego się wytrwale rozmowie a nie rozumiejącego słowa po angielsku malca po nepalską milk tea. Gdy ja kupowałem płaciłem wyjątkowo tanio 20 rupii za herbatę, gdy posyłaliśmy chłopczyka , za te same 20 rupii mieliśmy trzy. A wydawało mi się, że już świetnie umiem się z nimi targować…

   A gdy robiłem mojemu przyjacielowi ( w Nepalu przy drugim spotkaniu już jesteś przyjacielem) kolejne zdjęcie tylko pytał:  czemu akurat mnie? uśmiechając się szeroko z radości.

   To była zresztą typowa reakcja ludzi na obiektyw aparatu. Uwielbiają być fotografowanymi. I robić zdjęcia. Jeśli tylko dałem nieopatrznie komuś do potrzymania na sekundę aparat, natychmiast pozbywałem się kilku klatek.

   Natomiast rzadko robienia zdjęć nie przypłacałem utratą kilku ( dziesięciu ) rupii.

Z czasem nauczyłem się nosić zawsze przy sobie  trochę drobnych lub ograniczałem się do teleobiektywu ( choć i ten, jak się okazało, nie zawsze był skuteczną obroną przed sokolim wzrokiem, zwłaszcza „świętych”).

   Ale gdy pierwszego dnia po południa wyszedłem „ na miasto”, stare Katmandu dosłownie mnie oszołomiło! Wąskie uliczki Thamelu, świątynie na każdym rogu, okrzyki handlarzy wszystkim, klaksony motorów, ostrzegawcze zawołania rikszarzy, dzwonki rowerów, zapach kadzideł i gotowanych pierożków wymieszany z zapachem spalin i smakiem kurzu ulicy.

Wokół mnie nieprzebrane tłumy kolorowych, egzotycznych ludzi, przepychających się w nieuzasadnionym pośpiechu między zalegającymi ulicę towarami. Tylko ubrani w bordowe szaty mnisi i pomarańczowo-żółci sadhu maszerowali dostojnie, omijając majestatycznie ludzką ciżbę. I na takiego „ świętego” z koszem płatków kwiatowych i czerwonym mazidłem  w pewnym momencie wpadłem. Mówi :  masz szczęście. Smaruje mi czoło w czerwoną plamkę. Pozuje do zdjęcia. Gdy chcę odejść robi groźną minę i mówi : money! Straciłem  sto rupii. Mniej nie miałem.

   Wracając do sokolego wzroku. Byłem w przyciągającym jak magnes miejscu: hinduistyczny kompleks świątynny Pashupatinath z przepływającą środkiem rzeką Bagmati,  którą prochy  palonych na kilkunastu postumentach do kremacji  Nepalczyków spływają do świętej rzeki Ganges. Miejsce pielgrzymek, medytacji, ćwiczeń ciała i ducha. Siedząc na brzegu rzeki dojrzałem po przeciwnej stronie, gdzie wstęp mieli tylko Hindusi i rodziny zmarłych, rozmowę sadhu z joginem. Zamontowałem teleobiektyw i zrobiłem zza rogu świątyni dwie fotki. Święci zniknęli. Jakie było moje zdziwienie, gdy po kilku chwilach za moimi plecami usłyszałem : sorry, sir  i zobaczyłem wyciągniętą dłoń jogina. Po krótkim targu zgodził się na oferowaną drobną kwotę w zamian za parę zdjęć.

Obie strony były równie zadowolone.

   Nagarkot. Wioska turystyczna słynąca z kapitalnego widoku na Himalaje. Po zaliczeniu wschodu słońca postanowiłem pomaszerować do Changu Narayan, świątyni oddalonej o kilkanaście kilometrów. I to była bardzo dobra decyzja. Raz , że świątynia jest genialna, jak tylko genialne mogą być nepalskie miejsca kultu. Miliony rzeźb i zapachów. Piękni ludzie. Boska ( dosłownie) architektura. I coś mistycznego, nieuchwytnego wiszącego w powietrzu. Dwa – po drodze w górach usłyszałem muzykę, coś jakby Bregović w Undergroundzie Kusturicy. Trąbki, bębenki itp. Żwawo. Słowem pięknie. Za kolorowym wężem muzykantów idących wąska ścieżką dotarłem do malutkiej wioski. Trafiłem na lokalne święto. Festiwal, jak mówili. Najpierw tańce na klepisku przed chatami i jakieś gusła. Tu też dałem na chwilę aparat do ręki młodemu Nepalczykowi, gdy zostałem zaproszony do swoistego tańca ze „starszym” wioski. Mam sporo fotek gdy usiłuję złapać nepalski rytm. Prosiłem o jedną.

   Potem cała społeczność wioski udała się pod pobliska skałę , w której wykuty był kamienny ołtarz dekorowany na bieżąco czerwonymi symbolami przez mistrza ceremonii. Dookoła kilkadziesiąt osób. Dorośli i dzieci. Dziewczynki o wybitnej urodzie. Niosły koguty przeznaczone, jak się później okazało, na ofiarę. Ceremonia trwała nieprzerwanie dwa dni. Kadzideł, alkoholu i muzyki nie brakowało. Chwile ciszy wypełniało monotonne mruczenie buddyjskiego mnicha. Całości dopełniał widok na białe Himalaje. I niesamowite oczy nepalskich dziewczynek. Jest kilka naprawdę niezłych fotek. Ale na „tacę” musiałem dać.

   Każde zdjęcie w Nepalu to jakaś historia. Niemal każde zdjęcie człowieka wykonane z bliska to sympatyczne targowanie się o cenę, pełne uśmiechu i zadowolenia, jak już wcześniej napisałem, na ogół obu stron. I życzyłbym sobie takiej radości życia, otwartości i nieukrywanej sympatii dla obcych (manifestowanej w tym kraju nie tylko przy okazji robienia zdjęć) w naszej pięknej Europie.

 Jerzy Pawleta

Nepal

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

Artykuł opublikowany Magazyn FOTO 2003

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.