Tybet. Lhasa

Lhasa – święte miasto Tybetu

 

   Zimą, między grudniem a lutym, postanowiłem przebić się przez fragment Azji, który pociągał mnie już od dawna. Wystartowałem z Katmandu w Nepalu, przejechałem przez Himalaje do Lhasy w Tybecie a potem przez Chiny południowo – zachodnie dotarłem do Macau i Hongkongu. Celem była konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością. Spodziewałem się wszystkiego, tylko nie takiej różnorodności miejsc, ludzi, kultur. Jednym z takich „niewyobrażalnych” miejsc było opisane poniżej.

   Świątynia Dżok’ang w Park’or. Stare centrum Lhasy. Styczeń. Środek dnia. Bezchmurne niebo. Ciepło. Ale w cieniu blisko zera. W końcu to 3200m npm. Dach świata.

   Ustawiam się karnie w długiej kolejce pachnących świecami maślanymi i kurzem Tybetu pielgrzymów, przybyłych z najdalszych zakątków tej niezwykłej krainy. Podobno tylko teraz można spotkać taką różnorodność typów i strojów. Przybyli ze wschodu i zachodu Tybetu. Z południa i północy. Zima sprzyja podróżom. Brak intensywnej pracy w polu i przy wypasie bydła pozwala na wielotygodniowe pielgrzymki.

   Napieramy do drzwi świątyni przyklejeni jeden do drugiego, gdyż nawet minimalna szczelina w kolejce powoduje próby „wdarcia się” wiernych przybywających nieustającym strumieniem z zewnątrz. Wolno, krok po kroku, przesuwam się wzdłuż rzeźbionych i bajecznie malowanych, okopconych dymem świec i kadzideł murów. Szumią modlitewne młynki. Przy wąskich drzwiach zamieszanie. Mijają się wchodzący wychodzący. Ciągle ktoś usiłuje wejść bez kolejki. Gorliwi wierni padają na kolana i twarz przed licznymi bogami i świętymi miejscami. Mnisi z łagodnym uśmiechem na twarzy regulują od czasu do czasu ruchem. Moja obecność powoduje sympatyczną ciekawość na spalonych słońcem i rumianych od mrozu twarzach tubylców.

   Wchodzę. Powietrze jest gęste od dymu, rzeźb, flag modlitewnych i kurzu. Słońce smugami rozświetla usytuowane w głębokim cieniu majestatyczne oblicza dziesiątków wcieleń Buddy. Tradycyjnie okrążamy świątynię udając się w lewą stronę, zgodnie z ruchem słońca, krążeniem krwi w żyłach. Zagłębiam się w dziesiątkach ciemnych kaplic z setkami rzeźb bogów, którym Tybetańczycy składają ofiarę z kadzideł, świec maślanych i pieniędzy, przesuwając się niekończącym się sznurem ludzkich typów, ponaglanych dobrotliwymi gestami mnichów. Najpierw parter, później piętro. Atmosfera się zagęszcza. Misteria trwają. Niebywała pobożność i oddanie się Buddzie robią niesamowite wrażenie. Poddaję się temu nastrojowi. Niemal płynę z tłumem nad drewnianą podłogą świątyni uniesiony nieziemską energią tych ludzi powstałą, wydaje się, z radości posiadanej wiary.

   Dżok’ang ściąga tłumy tłoczące się w trzech okręgach obiegających to miejsce. Pierwszy, zewnętrzny, otacza świątynię wąska ulicą wypełnioną setkami straganów, tłumem handlujących wprost na bruku i nieprzebraną ciżbą pielgrzymów i miejscowych. Handluje się wszystkim, od pięknego tybetańskiego rękodzieła i staroci (starych i nowych) po chiński przemysłowy kicz. Coraz częściej spokojnych i pogodnych Tybetańczyków wypierają jednak bezkompromisowi, ekspansywni i żądni pieniądza Chińczycy.

   Okrążanie świątyni pielgrzymi kończą modłami przed wejściem do zewnętrznego dziedzińca. Padają na twarz na setkach mat rozłożonych przed miejscem kultu. Nieustające modły i szum młynków modlitewnych usiłują co jakiś czas zakłócić hałaśliwą szczekaczką chińscy policjanci. Spotyka się to z totalną ignorancją Tybetańczyków.

   Drugim okręgiem są wewnętrzne krużganki świątyni a trzecim opisane na wstępie wnętrze. Całość niesłychanie barwna, piękna i mistyczna.   

    Świątynia Dżok’ang to tylko jedno z istotnych miejsc pielgrzymek. Jest jeszcze pałac Potala, symbol Lhasy oraz klasztory Drepung i Sera położone na wzgórzach w pobliżu miasta. Jest i niewielka święta góra znajdująca się tuż koło centrum, skryta przed wzrokiem i ciekawością turystów niezbyt zachęcającym otoczeniem.

   Potala ma zupełnie inny charakter. Raz, że ogrom tej budowli (400 metrów szerokości, 300 metrów „głębokości”, kilkanaście pięter), niezliczona ilość kaplic i budynków wewnętrznych przytłacza i nieco „gubi” pielgrzymów. Dwa – turystyczny charakter pałacu trochę chyba zniechęca Tybetańczyków. Chociaż ci, którzy tu przybywają oddają cześć miejscu i bogom w sposób niebywale żarliwy.

   Klasztory Drepung i Sera to cisza, spokój i skupienie. Miejsca, które przed chińską, tak zwaną, rewolucją kulturalną, czyli komunistyczną wojną ze wszystkim co nie komunistyczne, liczyły po kilka tysięcy mnichów dzisiaj chronią ich po kilkuset. Częściowo zburzone a częściowo nie zasiedlone budynki przyklasztorne otoczone, wraz z klasztorami o wykańczanych złotem dachach, szczelnym murem, powinny teoretycznie robić przygnębiające wrażenie. A nie robią. Atmosfera miejsca oraz kontakt z niebywale otwartymi i przyjaznymi mnichami oczarowują. Mogłem tam spacerować, siedzieć, rozmawiać (często na migi, gdyż zdecydowana większość mnichów nie zna angielskiego), ograniczając się do stałej wymiany ukłonów czy uśmiechów i pić godzinami słoną tybetańską herbatę z mlekiem jaka. Uwielbiałem zagłębiać się w te miejsca i tak trwać, trwać i trwać.

   Cisza i spokój miejsca zostaje przełamana tylko w chwilach wspólnych modłów, gdy mnisi bądź młodzi adepci spotykają w pomieszczeniach przy kaplicach i medytują w pomruku wydobywanego z głębi brzucha monotonnego śpiewu. Miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczenia w takiej ceremonii, obserwując postępowanie mnichów i celebrowanie picia herbaty połączone z bardzo swobodnym, naturalnym zachowaniem. Sprawiali wrażenie szczęśliwych i zadowolonych.

   Podobną chwilą jest poobiednie spotkanie mnichów na dziedzińcu klasztornym, gdy jasna przestrzeń nasiąka bordowym kolorem mnisich szat, których właściciele ćwiczą na świeżym powietrzu mowę ciała, dysputy i konwersację.

   Takie obrazy napełniają nadzieją, że tybetańskie buddyjskie klasztory przetrwają i nadal szerzyć będą głęboką wiarę w ludzką szlachetność, uczciwość i nadzieję na dobre życie, cokolwiek by to nie oznaczało.

 Jerzy Pawleta

Lhasa, Tybet

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

Pałac Potala znajduje się na liście UNESCO

Artykuł nie publikowany

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.