Wakacje z dziećmi. Rejs na Bornholm

Na Bornholm z dziewczęcą (dziecięcą) załogą.

    W rodzinny rejs na duńską wyspę na Bałtyku wyruszyliśmy niewielkim 10-metrowym jachtem Bavaria w pięcioosobowym składzie: tata Przemek – kapitan, mama Iwona – pierwszy oficer i kuchmistrz, córki – Karolina 13 lat i Viktoria 10 lat o pewnym doświadczeniu żeglarskim, zwłaszcza starsza, oraz ja, czyli załogant. Dużą niewiadomą dla mnie był nie tyle sam rejs, ile to jak zniosą go dzieci. Przepraszam, dziewczyny.

    Aby wybrać się w taki rejs trzeba mieć dużo wiary w swoje umiejętności (patrz: ojciec, kapitan) oraz dar przewidywania i planowania. Niezbędny jest hart ducha oraz karność i wytrwałość dzieci, bo takie cechy są nieodzowne przy tego typu eskapadach. No i należy zadbać wyjątkowo mocno o bezpieczeństwo załogi.

   Już pierwsze minuty na jachcie przycumowanym w Szczecinie Dąbiu wskazywały na to, że powyższe warunki mają szansę być spełnione. Zaczęliśmy naszą wyprawę od zaokrętowania załogi, sklarowania i zaprowiantowania jachtu oraz podziału na wachty. Wszystko przy czynnym, radosnym udziale dziewcząt. Dopiero potem nastąpiła uroczysta kolacja otwierająca rejs.

   Ranek rozpoczynający naszą przygodę zaczął się od przeszkolenia załogi przez kapitana. Omówiono wszelkie zasady i środki bezpieczeństwa obowiązujące na jachcie oraz zasady poruszania się po pokładzie. Rozdano pasy bezpieczeństwa. Wprowadzono obowiązek noszenia pasów bezpieczeństwa zawsze w nocy ( tj. od 20.00 do 08.00 ), w dzień gdy siła wiatru wynosi 5OB i więcej a także zawsze, gdy kapitan tak zaleci. Omówiono zasady i podstawy manewrów portowych. Poinstruowano, że wszystkie manewry portowe wykonuje kapitan.

   Po sprawdzeniu prognozy pogody wypłynęliśmy z mariny w Dąbiu płynąc trochę na silniku, trochę na żaglach, ćwicząc wiązanie węzłów żeglarskich oraz manewry typu „człowiek za burtą” by nocą dotrzeć do Świnoujścia.. Spokojny początek na wodach Zalewu Szczecińskiego nie zapowiadał przygód, jakie przeżyliśmy na otwartym morzu.

Przez Bałtyk, czyli burza na morzu.

   Jako, że wiatr nie był zbyt korzystny a prognoza pogody na kolejny dzień zapowiadała bardziej „żeglarską” aurę postanowiliśmy przenocować w marinie w Świnoujściu. „Żeglarska” znaczyła wiatr 3 do 6 w skali Beauforta. I taki był. Na początku rejsu.

   Płynęło się znakomicie na pełnych żaglach z szybkością 5 – 6 węzłów w coraz mocniej przygrzewającym słońcu. Trochę przeszkadzały fale goniące nas skośnie od rufy powodujące niemiłe kołysanie się łódki. Co szybko przyprawiło wszystkich prócz kapitana o chorobę morską. Nastrój sielanki psuły też coraz groźniejsze ciemne chmury pojawiające się za nami. Goniły nas w niezwykłym tempie strasząc ogromnymi błyskawicami, docierającym jak z zaświatów grzmotem i widoczną jak na dłoni ogromną ciemnoszarą ścianą deszczu. W trzech czwartych drogi dopadły nas. Jako że chwilę wcześniej oddałem Neptunowi co jego, gotowy byłem do walki z żywiołem. Jak się okazało nasza łódka nieco mniej. Żagle, które w porcie lub przy łagodnym wietrze zwijały się niemal samoczynnie tutaj w ulewie i wzmagających się porywach wiatru nie chciały już tak współpracować. Kapitan skoczył do masztu ściągać grota, ja miałem ustawić jacht do wiatru. Łatwo powiedzieć! Łódka na chwilę była posłuszna, żagle wpadały w łopot ale dziki podmuch wiatru i wielkie fale zmieniały jej ustawienie. Kolejny szkwał przechylał niebezpiecznie na bok. Kapitan wrzeszczy przez zawieruchę: nabierz szybkości i pod wiatr! Robię co mogę, ale jachcik fruwa na wszystkie strony. Sinoszare fale przelewają się przez burtę, wiatr goni drobiny wody urwane falom niemal w poziomie, ulewa wali po skosie w dół, błyska się dookoła, grzmoty wściekle przerykują nawałnicę. Sześć w skali Beauforta to już historia. Wieje siedem a nawet osiem w porywach. Sceneria jak z filmu, ale nawet nie myślałem o kamerze, która zamokła teoretycznie bezpiecznie schowana pod daszkiem przy wyjściu na pokład. Woda była wszędzie!

   Z niemały trudem ponownie stawiam jacht pod wiatr. Udaje się ściągnąć duży żagiel. Teraz czas na foka, czyli mniejszy z przodu łódki. Roller (zwijacz) przy tej pogodzie nie daje rady i część żagla dalej łapie wiatr. Gnamy do przodu z szybkością jak wcześniej na pełnych żaglach wypatrując ogromnego statku, który poprzednio widoczny był na morzu a teraz zniknął w ścianie wody. Gdy wydaje mi się, że ta burza nigdy się nie skończy, nagle tak jak nas dopadła tak sobie poszła. Wyszło słońce, statek przeszedł w bezpiecznej odległości, wiatr wrócił do normy. Uff! Ale było! Tylko kamera całkiem padła. Wygląda na to, że to koniec filmu z Bornholmu. Jeszcze na dobre się nie zaczął a już się skończył.

   Ale niebo nie jest spokojne. Czarne chmury gna potężny wiatr. Zanim schowamy się przed wichurą za wyspę dopadają nas jeszcze dwie burze z ulewami. Ale jesteśmy na nie już przygotowani i nie robią nam większej krzywdy, chociaż wielkie fale rzucają łodzią jak łupinką z orzecha. Jazda jak na kolejce górskiej w parku rozrywki. Tyle, że momentami zupełnie nie jest mi do śmiechu.

Karoli wrażenia z rejsu:

18 lipca 2009r. wypłynęłam z moją Kochaną rodzinką w piękny i zarazem ciężki rejs na Bornholm.

Na początku było dobrze – do momentu, kiedy wypłynęliśmy na otwarte morze. Tam się dopiero zaczęła prawdziwa „szkoła jazdy”. Zmorzył mnie sen. Kiedy się obudziłam ( byliśmy jeszcze cały czas na otwartym morzu) zobaczyłam dookoła nas wielką granatową przestrzeń – jak otchłań, po prostu morskie pustkowie.  Kołysało. Z godziny na godzinę fale stawały się coraz większe. Gdy wstałam z koi żeby dojść do kingstona ( toaleta ), chwyciło mnie dobrze znane większości żeglarzy uczucie mulenia. To była choroba morska. Właśnie przez nią przeleżałam calutki dzień w mesie. Przez cały dzień jedna wielka głodówka, zawroty głowy, mdłości. Na początku aż chciałam wysiąść z tego przeklętego jachtu i uciec czym prędzej do domu. Kiedy zrobiło mi się troszeczkę lepiej , a było to już pod wieczór i spojrzałam za sternika na  rufie, moim oczom ukazały się olbrzymie ( tak mi się wydawało ) fale. Ten widok był nie do zapomnienia. Zaparło mi dech w piersiach. Raz byliśmy na dole a raz na górze. Zachowywaliśmy się i wyglądaliśmy pewnie jak mały korek , z którym wzburzona woda robi co chce. Z wrażenia położyłam się nie patrząc już na nic, ale to nie wszystko. W ciągu tego dnia natknęliśmy się na dwie burze. Jakby tego było mało i nie mogłoby się obejść bez przeszkód to oczywiście fok( przedni żagiel ) płatał nam figle! Za pierwszym razem szoty foka wysunęły się z bloczków i żagiel zaczął okropnie łopotać hałasując przy tym co niemiara. Za kolejnym razem żagiel ten nie chciał się zrolować na sztagu ( zwinąć ). Ja słuchając tego wszystkiego tylko się modliłam aby nic nam się nie stało. Rzucało nami na wszystkie możliwe strony. Wtedy „trzęsłam spodniami” !! Kiedy szczęśliwie dopłynęliśmy do Nexo ( Bornholm ) i wyszłam na ląd i jeszcze lekko się chwiejąc ucałowałam ziemię.

Następne dni mijały już spokojnie. Odwiedzaliśmy porty Bornholmu oraz samo Christianso, zwiedzając okolice. Niektóre miejsca  widziałam już drugi raz, ponieważ na Bornholmie byłam trzy lata wcześniej też jachtem ale tamten rejs pod względem choroby morskiej był o wiele lżejszy. W tym roku pogoda nie była tak sprzyjająca.  Mieliśmy „czasem słońce a czasem deszcz”J No i ten wiatr z falą.

Gdy zbliżał się koniec rejsu, moja młodsza siostra powiedziała: „CIESZĘ SIĘ, ŻE JUŻ WRACAMY DO DOMU”.  Owszem ten rejs był męczący a zwłaszcza  te okropne burze i nocne pływanie ale mimo to zostałabym jeszcze kolejny tydzień! J Co prawda muliło mnie porządnie, lecz z dumą stwierdzam, że ani razu nie wymiotowałam! J.

Wszystkie rejsy mają to do siebie, że miło spędza się na nich czas i zacieśnia znajomości , a przede wszystkim wiele się uczy. Tak było i tym razem.

KAROLINA BIEŁŁO  

   Przemoczeni i zmarznięci wpływamy do portu w Nexo. Pierwsze kroki kierujemy do portowej knajpki na herbatę z rumem, dziewczynki bez rumu. Nabrzeże kiwa mi się na wszystkie strony, jakbym dalej był na jachcie. Okazuje się, że burza tak się rozpętała, iż prom, które przywiózł pasażerów na Bornholm nie wraca tego dnia na stały ląd i turyści muszą nocować na wyspie. Tragiczną wiadomość przynosi nam pewien Niemiec, mówiąc, że w czasie burzy zginęła dziewczyna z niemieckiego jachtu. Smutne, nadzwyczaj smutne.

W poszukiwaniu mistycznych kościółków.

   Długo w noc nie mogę zasnąć w swojej koi, choć zmęczony jestem potwornie. Rano budzę się wcześnie. Życie toczy się dalej swoim torem. Wita mnie słońce, które co rusz to pojawia się to znika za czarnymi chmurami gnanymi przez wiatr z których co chwila na ziemię spada rzęsisty deszcz. I tak na zmianę. Piętnaście minut słońca, piętnaście minut deszczu. Pogoda idealna do fotografii. Światło spod chmur jest bajeczne. Zapuszczam się więc w mieścinkę robiąc „bornholmskie klimaty”.

  Gdy wracam załoga powoli jest już na nogach. Zapada decyzja, że zostajemy tu na cały dzień, jutro wiatr ma zelżeć, popłyniemy wtedy dalej. Śniadanie na jachcie i zajęcia w podgrupach. Ja wynajmuję rower w pobliskiej wypożyczalni na skrzyżowaniu Havengade i Torvegade (nr 23). Cena za jeden dzień to 60 duńskich koron. Dania nie weszła jeszcze do strefy euro, więc obowiązuje lokalna waluta, choć podobno można płacić w euro, wydadzą w koronach. Nie próbowałem.

   Reszta załogi, nie bez nacisków najmłodszej części ekipy, udaje się do lokalnej atrakcji – pobliskiego malowniczego Parku Motyli.

   Ja dostaję czarny rower „Nostalgie Cruiser”. Jak się nazywa, tak wygląda. Pamięta czasy wczesnych rozwiązań w dziedzinie bicykli ale działa sprawnie. Na niewielkim, długim jedynie 38 km Bornholmie, jest w czym wybierać jeśli chodzi o trasy rowerowe. Mają ich tu około 250 kilometrów! Planuję zrobić marszrutę szlakiem niezwykłych średniowiecznych kościółków. Oczywiście nie jestem w stanie w ciągu jednego dnia zobaczyć wszystkich dwudziestu siedmiu (łącznie z ruinami). Wybieram kierunek na 14-tysięczną stolicę wyspy Ronne, ogromne miasto jak na tutejsze warunki, bo drugie co do wielkości Nexo ma około 3 tysięcy mieszkańców. Pozostałe miasteczka liczą ich po tysiącu.

   Pierwszym w kolejności jest późnogotycki kościółek jeszcze w Nexo. Jego charakterystyczna wieża wykonana z tak zwanego muru pruskiego widoczna jest z daleka. Biała elewacja odbija słoneczne światło padające spomiędzy malowniczych obłoków płynących na błękitnym niebie. Klasyczny niebieski rower zaparkowany jest pod ogrodzeniem obrośniętym zielonym bluszczem. Obrazek stworzony wręcz na pocztówkę.

   Ale czas ruszyć w drogę. Zostawiam trasę rowerową nr 21 (zaczyna się w porcie) i drogą Ronnevej kilkanaście minut (ok. 3,5 km) pedałuję głównie pod górkę, a na pewno pod wiatr, by dotrzeć pod biały romański kościółek Sankt Bodils Kirke usytuowany w głębi wyspy. Ascetyczne wnętrze ozdobione jest sporą makietą statku zawieszoną pod drewnianym stropem i pięknie rzeźbioną w drewnie amboną. Otoczony jest murem i zbudowany w stylu obronnym, z małymi okienkami umieszczonymi wysoko na wieży. Na cmentarzu znalazłem pośród grobowców celtycki w swoim charakterze krzyż. Wejścia na teren kościoła strzeże potężna baszta – dzwonnica. Bardzo ciekawa architektura. Dookoła pustka, pola i łąki. Jeden dom.

   Drogą Pederskevejen wracam na trasę rowerową nr 21. Jest (jak zapewnie wszystkie) znakomicie oznakowana. Nie sposób się zgubić. Kieruję się na Aakirkeby (Akirkeby). To dziesięć kilometrów bocznych dróg i dróżek, sielskich krajobrazów, ciszy i spokoju. Miasteczko wita mnie sympatycznym, nieco zawiłym ryneczkiem, ciekawą architekturą i senną atmosferą. Kościół Aa Kirke jest zaskakująco inny od widzianych wcześniej. Powstał około roku 1150-tego i jest największy na Bornholmie. Kamienna surowa elewacja z podwójną wieżą przypomina bardziej kościoły wysp brytyjskich czy bretońskie a będące w kontraście jasne wnętrze zawiera szereg nadzwyczaj interesujących elementów. Znajduje się  tu wyrzeźbiona w piaskowcu chrzcielnica kościoła baptystów z XII wieku, należąca do najcenniejszych zabytków sakralnych tego okresu w Danii. Romańska kruchta (z niezwykłym XVI-wiecznym nagrobkiem przywódcy obrony wyspy o nazwisku Schweder Kettingk z dwoma żonami) jest z kolei jedną z najstarszych w Danii. Magiczny jest renesansowy ołtarz o niezwykłym kształcie jakby zawieszony w przestrzeni kościelnej. Równie niebiańska, kolorowa i bogato rzeźbiona jest ambona kościoła. Warto też wspiąć się na chór, by stamtąd objąć wzrokiem całe wnętrze. Piękne miejsce.

   Mały lunch na ławeczce rynku (informacja dla łasuchów: na ryneczek wychodzą drzwi  cukierni – ruina dla kieszeni i zdrowia, ale trudno oprzeć się zapachom wydobywającym się z wnętrza, a lokalne słodkości to specjalność Bornholmu) i ruszam dalej. Trasa rowerowa 21 biegnie w kierunku na Ronne, podążam za jej drogowskazami. Najpierw główną drogą, jest oczywiście odizolowana ścieżka rowerowa, a potem bocznymi alejkami po 6-ciu kilometrach docieram do jednego z czterech na wyspie mistycznych okrągłych kościołów.

   Nylars Kirke jest najlepiej z nich zachowany a zarazem najdoskonalej wzniesiony. Prawdopodobnie w roku 1160. Nie do końca znana jest przyczyna budowania okrągłych kościołów w Danii (jest ich wszystkich siedem, z czego cztery są na Bornholmie). Teorii jest wiele. Od najbardziej prawdopodobnych, że służyły obronie ludności, a głównie możnowładców, oraz jako magazyny w czasach wojen i licznych napadów pirackich, szczególnie Wenedów. Po mówiące o obserwatoriach astronomicznych czy obiektach stworzonych przez Templariuszy. Cztery okrągłe kościoły doskonale wpisują się w wytyczony wirtualnie okrąg. To Bornholm ma być jednym z miejsc, gdzie schowany został sławny skarb Templariuszy. A być może i święty Graal. Jedno jest pewne. Kościoły te ściągają rzesze turystów chcących dotknąć tych magicznych miejsc i zagłębić się w średniowiecznej atmosferze. Co nie jest trudne, bo wejście do kościoła w Nylars to jak cofnięcie się setki lat w tył. Robi niezwykłe wrażenie! Nie wiem, czy to zadziwiająca, jakby „ściśnięta” forma wnętrza, czy przejścia, portale i przesmyki czy jedna, ale ogromna, ozdobiona malunkami z 1250 roku kolumna wypełniająca sobą, wydaje się, całe wnętrze, czy mistyczne światło wpadające przez niewielkie okna powodują, że nagle poczułem się jakbym znalazł się w zupełnie innym świecie. Ale tak dosłownie, fizycznie. Niesamowite uczucie. Stąpałem ostrożnie po kamiennej posadce nie chcąc jakimś niepotrzebnym hałasem obudzić siebie samego z tego snu ma jawie.

   Pozostałe trzy kościoły-rotundy znajdują się w Østerlars (Østerlars kirke), Olsker (Ols kirke) i Nyker (Ny kirke). Ślady templariuszy prowadzą do największego z nich, do Østerlars, gdzie niezwykłe freski przedstawiają gwiazdozbiory czy osobliwe postaci z głowami psa. Podobne malowidła znaleźć można w świątyniach templariuszy w południowej Francji. W XII wieku w Rydze powstał odłam zakonu templariuszy, zwany zakonem kawalerów mieczowych, który przez pewien czas stacjonował również na Bornholmie. I to właśnie ich wskazuje jedna z hipotez jako konstruktorów okrągłych świątyń. Tym bardziej, że mieli oni sławę znakomitych budowniczych tajemnych przejść i ukrytych komnat. A wiele wskazuje na to, że pod kościołem w Østerlars mogą się znajdować nieznane dotąd pomieszczenia.

   Jego obronny charakter podkreśla usytuowanie na wysokim na około 100 m wzgórzu. Obiekt, do którego w  późniejszym okresie dodano siedem potężnych przypór, które dziś odróżniają go od pozostałych trzech rotund, stanowi doskonały punkt obserwacyjny.   

   Ciekawostką jest fakt, że znajdują się tu dwa pochodzące z około 1070 roku kamienie z tekstami runicznymi o treści chrześcijańskiej. Jest to o tyle dziwne, że cała Skandynawia była w owym czasie pogańska.

   Trzykondygnacyjną budowlę podpiera we wnętrzu potężny filar o średnicy 6 metrów zdobiony wspomnianymi freskami, wewnątrz którego znajduje się kamienna chrzcielnica.

   Początkowo wszystkie okrągłe kościoły zwieńczone były ułatwiającymi obronę płaskimi dachami a wewnątrz nich biegły wąskie schody łączące poszczególne kondygnacje. Dzisiaj już z daleka widać nowsze, spadziste dachy niezwykłych kościołów, z których najmniejszy urokliwy okrągły kościółek znajduje się w Nyker. Jako jedyny posiada jedynie dwie kondygnacje. Ale jego ściany zdobią najstarsze freski.

   Na trop Templariuszy ponownie prowadzi nas rotunda w Olsker, gdzie kilka z fresków przedstawia motywy bliskowschodnie. A nie od dziś wiadomo, że Templariusze podczas wielu swoich podróży zetknęli się również z wierzeniami i kulturą Bliskiego Wschodu.

   Robi się późno, na dotarcie do Ronne nie ma szans. Zawracam. Docieram drogą Hovedgardsvejen do biegnącej blisko wybrzeża trasy rowerowej nr 10. Po ponad 13-tu kilometrach jestem pod kolejnym kościółkiem – Sankt Peders Kirke. Nie robi na mnie piorunującego wrażenia, ale może dlatego, że takie zrobił chwilę wcześniej elektryczny pasterz, przewracając mnie siłą rażenia na plecy i paląc mój teleobiektyw! Kolejna strata na Bornholmie! Oglądam kościół szybko z zewnątrz i dalej gnam 10-tką w stronę Somarken i Sommer Odde, mieścinek nad samym morzem. Podziwiam tu potężną wieżę przekaźnikową, która jest tak ogromna i jasna, że na morzu z daleka służy jako punkt kierunkowy. Następna mieścinka to typowo letniskowa Snogebaek, z półkolistą piaszczystą plażą i sympatycznym porcikiem dla małych jednostek. Docieram do Balka i za chwilę widzę już charakterystyczną wieżę kościoła w Nexo. Uff, zrobiłem około 55 kilometrów po teoretycznie płaskim Bornholmie, ale wcale nie było tak płasko i niemal ciągle, nie wiedzieć czemu, pod wiatr. Zasłużyłem na dobrą kolację na jachcie.

Bajkowa wysepka Christianso.

   Następnego ranka po pysznym śniadaniu wypływamy w pełnym słońcu w kierunku niedalekiego malowniczego archipelagu Ertholmene. Składa się z kilku wysepek, z czego tylko dwie są zamieszkałe. Frederikso i nieco większą Christianso zamieszkuje około stu mieszkańców. Inna ze skalistych wysepek, Graesholm, jest rezerwatem ptactwa. Jedynym zwierzęciem zamieszkującym wyspy jest …jeż. A całość jest zabytkową twierdzą morską należącą do Ministerstwa Obrony Danii.

   Po kilkugodzinnej żegludze, dzisiaj już cała załoga jest zdrowa i garnie się do steru i zajęć pokładowych, wyłaniają się szczegóły miejsca, które najpierw było ledwo majaczącą plamą na horyzoncie a z czasem nabrało realnych kształtów skalistych wysepek. W oczy rzuca się potężna budowla XVII-wiecznej warownej kamiennej wieży zwieńczonej latarnią morską i żółto-pomarańczowe budynki portowe o czerwonych dachach. Coraz wyraźniej widać otaczające twierdzę Christianso mury obronne z ustawionymi na flankach działami. I jachty wciśnięte do małego porciku usytuowanego pomiędzy połączonymi wąską kładką dwoma głównymi wyspami. Mamy szczęście, lub jesteśmy na tyle wcześnie, że cumujemy do samego nabrzeża. Kolejne przybywające jachty „przyklejają” się jeden do drugiego tworząc szereg nawet pięciu czy sześciu łodzi. Wyjście na ląd to przymusowe odwiedzenie kilku sąsiadów, co sprzyja konwersacji.

   Po wyszorowaniu jachtu, co jest w głównej mierze zasługą dziewcząt, czas na zwiedzanie. Najpierw Frederikso. Mijamy „osiedle mieszkaniowe”, dwa szeregi parterowych domków, zbiorniki deszczówki, jedyne źródło wody pitnej na wyspie, mały dok naprawczy dla tutejszych kutrów rybackich i mieszczącą niewielkie muzeum historyczne wieżę obronną Lilletarn na końcu wysepki. Mimo niespecjalnej pogody, z chmur które w międzyczasie nadciągnęły siąpi drobny deszczyk, kapitan decyduje się na kąpiel w morzu. Tuż obok wieży (zresztą tutaj wszystko jest „tuż obok”) znajduje się mała trampolina i zadaszona drewniana otwarta na wodę przebieralnia, trochę jak nasza wiata przystankowa. Przemek z radością i dumą wskakuje do niezbyt gorącego Bałtyku wykonując w powietrzu efektowne salto. My chowamy się pod wiatą kibicując śmiałkowi. Po chwili ktoś „do nas” zagląda i bez słowa pod wiatę wchodzi słusznych rozmiarów młoda mieszkanka wyspy. Na naszych oczach ściąga spodnie moro i majtki świecąc białą okrągłą pupą. Dziewczynki cicho chichrają się pod nosem. Wkłada strój kąpielowy i wskakuje do wody, której temperatura nie robi na niej żadnego wrażenia. Naszemu kapitanowi też zrobiło się cieplej.

   Po takich wrażeniach czas na dobrą kolację. Na Christianso jest tylko jedna gospoda, więc jak wszyscy udajemy się do niej. Położona jest nadzwyczaj malowniczo na wzgórzu pomiędzy twierdzą a portem z pięknym widokiem na sąsiednie wysepki. Tanio nie jest, jak zresztą na całym Bornholmie. Ryba czy owoce morza to koszt 80 – 100 koron. Piwo 40 – 50 koron. Ja biorę ozdobione ugotowanym rakiem krewetki przyrządzone w sosie czosnkowym. Długo oblizuję po nich palce. Pozostali degustują lokalne ryby.

   Na dobranoc żegna nas piękny zachód – nad horyzontem zrobiła się szeroka szpara w chmurach w którą wpadło czerwone światło słońca schowanego już pod widnokręgiem. Zrobiło się magicznie. Jutro na pewno będzie pogoda!

   I jest. Zgodnie z planem. Wchodzimy na wieżę z latarnią morską (10 koron) skąd podziwiamy widoki na całą okolicę, odwiedzamy mały kościółek, budynek w którym do 1821 roku mieściła się kuźnia broni, robimy sesję fotograficzną w ruinach Wielkiego Magazynu na Proch, zaglądamy do ogródków i domów tubylców, które często wynajmują turyści, strzelamy z armat do piratów, objadamy się lodami i pijemy ostatnie piwo na tarasie naszej ulubionej Gaestgiveri z widokiem na wpływający niewielki prom i wielki żaglowiec zacumowany w porcie rybackim. Żal stąd się ruszać, ale przygoda czeka. Wieczorem dopływamy do Hammer Havn. Wita nas mały port i potężna ruina na wzgórzu nad brzegiem morza. Opłata za postój jak niemal wszędzie na wyspie – 120 koron. Ciepły prysznic – 5 koron.

Hammershus, największe ruiny zamku w Północnej Europie.

   Budzi nas niezwykły jak na Bornholm zgiełk. Przez bulaj widzę na wysokim nabrzeżu falochronu mnóstwo nóg w sportowym obuwiu to podskakujących, to biegających truchcikiem, to po prostu stojących w miejscu. Wychylam się z łódki. Wszystko wyjaśnia wielki transparent na brzegu. To duński bieg masowy, którego etap biegnie przez Bornholm. A koło nas część biegaczy urządza sobie rozgrzewkę. My na takową idziemy zdobyć pobliską starą latarnię morską usytuowaną na granitowym cyplu Hammeren. Wstęp za darmo. Po drodze trafiamy na powstałe po kamieniołomach niewielkie jezioro Opalse nad którym urządzono najdłuższą w Danii (290 m, 120 koron) zjeżdżalnię na linie. Śmiałkowie rzucający się z potężnej skały lądują po jeździe z szybkością 50-60 km/h w wodzie na drugim brzegu jeziora. Nasz kapitan nie wytrzymał i też to popełnił. Nam znowu zostało kibicowanie.

   Następnym punktem programu są odległe niecałą godzinę marszu, widoczne jak na dłoni ruiny XII-wiecznego zamku. Najciekawsza jest ścieżka biegnąca od portu samym wybrzeżem. Pięknie pnie się nad urwistym klifem, widoki na port i zamek są znakomite. A wejście od każdej strony jest bezpłatne. Warto poczytać rozmieszczone w różnych miejscach informacje o budowie i przeznaczeniu zamku, o jego historii. Bo choć wydaje się, że Bornholm leży na końcu świata i nikomu nie była potrzebna niewielka wyspa na Bałtyku, przetoczyły się przez nią liczne bitwy i wojny, władcy najbliższych jej państw różnymi środkami usiłowali umocnić tu swoje wpływy. Położony na skrzyżowaniu szlaków handlowych już od dawnych czasów był Bornholm narażony na najazdy sąsiednich ludów. Łupieżcze wyprawy średniowiecznej i wojenne zmagania nowożytnej Europy nie ominęły i tego miejsca. Tu też toczyły się wojny o władzę i pieniądze pomiędzy królem duńskim i arcybiskupstwem z Lund. Stąd i taka potężna twierdza.

   Opodal niej, wyjście przez główną bramę, usytuowanych jest kilka budynków z informacją turystyczną, sklepem z pamiątkami i restauracją, gdzie z widokiem na zamek można zjeść między innymi klasyczny fish and chips. Jak na całym Bornholmie warto płacić gotówką, bo za płatności kartą pobierane są dodatkowe, całkiem spore opłaty.

Wędzony śledź na pożegnanie.

 

   Być na Bornholmie i nie zjeść ryby z wędzarni to byłby niewybaczalny grzech! Wędzarnie znajdują się ciągle jeszcze, przed laty były w każdej najmniejszej wiosce, w kilku miejscach na Bornholmie, ale jedną z najsławniejszych jest rogeri w Hasle. Przy Sondre Baek zapachem kusi kompleks trzech wędzarni pamiętających dawne czasy, a wnętrze jednej z nich zrekonstruowano nawet na podstawie starego obrazu. Przed jedenastą zobaczyć można tu poprzez wydobywający się dym moment wyciągania ryb z pieca wędzarni i za chwilę zamówić ciepłego jeszcze roget sild, czyli wędzonego śledzia. Pychota. Z ciemnym chlebem, masłem i szklanicą piwa smakuje wyśmienicie. Testujemy jeszcze łososia i pikantną makrelę. Oczywiście wędzone. Ceny za porcję mieszczą się w przedziale 30 – 40 koron. My ledwo mieścimy się w drzwiach wychodząc z niskiego budynku z charakterystycznymi kominami. Tradycji stało się zadość, możemy wracać do kraju.

Viktorii wrażenia z rejsu

         Cześć, mam na imię Viktoria, mam 10 lat i pierwszy raz byłam z rodzicami, starszą siostrą i znajomym Jurkiem na rejsie morskim, na Bornholm. Byliśmy na morzu od 17 do 28 lipca, wpływając do różnych portów. Zanim wypłynęliśmy na rejs myślałam, że jeżeli na pełnym morzu będą wielkie fale to nasz jacht się wywróci do góry dnem i będziemy pod wodą. Ale jak się okazało, to co myślałam się nie zdarzyło a do portu w Szczecinie wróciliśmy cali i zdrowi. Ten rejs był bardzo udany i poleciłabym go znajomym i dziadkom. Na rejs popłynęłabym drugi raz ale gdyby tak mocno nie falowało jak teraz, kiedy płynęliśmy.

Z pamiętnika Viktorii

19 lipca 2009.

Zjedliśmy pierwsze śniadanie na łódce. Przygotowujemy jacht do odpłynięcia. Załoga uczy się węzłów żeglarskich i mocowania lin. Godzina 15:20. Wszyscy zapinamy szelki i szykujemy się do wypłynięcia. Godz. 17:00 – opuszczamy port ( Szczecin Dąbie ) J.

20-07

W nocy dopłynęliśmy do portu w Świnoujściu żeby się chwilę przespać. Potem o 06:35 wypłynęliśmy na pełne morze. Chwilę później zaczęło nami kołysać tak mocno, że wszystkim zrobiło się słabo z wyjątkiem Kapitanowego Taty. No i była burza na morzu. Później dopłynęliśmy do portu w Nexo.

22-07

Wczoraj byliśmy w motylarni. Było tam dużo różnych gatunków motyli. Były motyle bezbarwne, przezroczyste, kolorowe, czerwone, niebieskie i inne. Było bardzo fajnie.

Dziś dopłynęliśmy na wyspę Christianso. O godz. 17:00 zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy na obchód wyspy Frederikso. Pod koniec wycieczki zaczęło padać. Postanowiliśmy, że schowamy się w restauracji, w której zamówiliśmy raki, by je spróbować. Gdy wyszliśmy jeszcze padało, więc szybko poszliśmy na łódkę. To była fajna wycieczka.

P.S.

Na wycieczce widzieliśmy wyspę ptaków, huśtałam się na huśtawce z opon. Tata oszalał i skakał w deszczu z miejscowej trampoliny.

23-07

Rano wyruszyliśmy na obchód wyspy Christianso. Zwiedzaliśmy latarnię morską, ruiny starej prochowni. Poszliśmy do małpiego gaju i obejrzeć armaty. Pod koniec wycieczki poszliśmy na lody, które były gigantyczne, ale za to dobre i bardzo słodkie. O godz. 15:00 wypłynęliśmy z Christianso w kierunku na Bornholm. O 19:00 przybiliśmy do portu w Hammerhavn.

24-07

Jemy śniadanie na łódce i idziemy oglądać ruiny zamku Hammershus. O 17:30 wypływamy z portu i o 20:00 wpływamy do Hasle.

25-07

O godz. 12:00 wypływamy z portu w Hasle w kierunku Niemiec.

26-07

Płyniemy nocą wśród wiatrów i burz. O godz. 06:00 nad ranem rzuciliśmy cumy na brzeg w porcie Wolgast. Tutaj zobaczyłam stary kościół Św. Piotra. W kościele można było wejść na wieżę, w której co 30 minut biją dzwony, a o pełnych godzinach biją po parę razy! Specjałem Wolgastu jest śledź z cebulą w bułce ( bułka ze śledziem i cebulą ). Koło budki ze śledziami znalazłam czterolistną koniczynkę! Była tam tez budka z naleśnikami, z miodem, nutellą i marmoladą. Było bardzo fajnie i smacznie.

27-07

Wypłynęliśmy z portu Wolgast. O godz. 09:40 przepłynęliśmy pod podnoszonym mostem Zecherin. Na Zalewie Szczecińskim „regaciliśmy” się z niemieckimi jachtami i wszystkie wyprzedziliśmy. O 14:10 przypłynęliśmy do portu w Trzebieży. W Trzebieży była inwazja biedronek, przez które musieliśmy przejść, żeby zjeść dobrą rybkę. Godzina 18:15 – wypływamy z portu w Trzebieży. Do zobaczenia w Szczecinie. O godz. 21:52 dopłynęliśmy do portu w Szczecinie, gdzie oddaliśmy łódkę.

Rejs był bardzo udany i bardzo mi się podobał! Do zobaczenia za rok!

Viktoria Biełło 10 lat ( 9,5 lat ) J

Zakończenie.

   Nie mógłbym jednak skończyć ot tak, tej opowieści nie wspominając o załodze, a szczególnie o dziewczynkach. Bo cóż, kapitanowi i pani oficer wypada podziękować za zaproszenie i nadzwyczaj udany, pełen przygód (które nie ominęły nas również w drodze powrotnej) rejs. Ale Karolinie i Viktorii muszę specjalnie pogratulować. Znosiły dzielnie wszystkie trudy a gdy tylko mogły pomagały we wszystkim nadzwyczaj chętnie. Były zdyscyplinowane i radosne. Otwarte i chętne do współpracy. Żeglarska szkoła życia! No i nauczyły mnie tego, czego nigdy nie potrafiłem zapamiętać. Wiązania węzłów żeglarskich.

   Dzięki, duża buźka dziewczyny!

Jerzy Pawleta

Bornholm

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//

602195 311

 Linki:

www.bornholm.info

www.natureevent.dk  – jazda na linie nad Jeziorem Opalowym

www.sommerfugelpark.dk  – Park Motyli

www.history.bornholm.info  – historia Bornholmu

Artykuł opublikowany Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,7947352,Wakacje_z_dziecmi___Bornholm__Ciagle_pod_wiatr.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.