Zimowa Korona Gór Polskich 4. Lackowa, Beskid Niski

 Lackowa po omacku.

Lackowa, 997 m npm. Beskid Niski 

   Ciemna noc. Zadymka. Idę pustą wiejską, zasypaną śniegiem drogą. W dół. Jest to jedyny rozpoznawalny kierunek. Za śnieżnym zakrętem pojawia się żółta łuna. To lampa sklepiku przy drodze rozświetla szeroki, błyszczący krąg. Przelatuje mi przez głowę myśl, że może mają tu też wynajem pokoi. Ale sklep jest już zamknięty. Tylko wiatr telepie reklamą jakiegoś proszku do prania.

   Nagle w ciemnościach, poprzez nieustająco padający śnieg dostrzegam dwie postaci idące z tego co ja kierunku. Czekam, by zapytać o miejsce do spania w najbliższej okolicy. Gdy podchodzą bliżej okazuje się, że jest to jeden człowiek. Ale prowadzi konia.

   – Dobry wieczór, znajdę tu we wsi jakieś miejsce do spania? – pytam. – Zaraz za kościołem jest droga w lewo, za mostem jest wynajem, może mają wolne miejsca – pada szorstka odpowiedź. – Skąd pan idzie z tym koniem? – ciągnę uprzejmie rozmowę. – Ze Słowacji – Był pan na targu? – Nie, ukradłem -. I poszedł w ciemną zaśnieżoną noc.

 

   W Krynicy Zdrój, która leży niemal na granicy Beskidu Sądeckiego i Niskiego, odwiedziłem mojego ulubionego, niezwykłego, nieodgadnionego artystę. Małego ciałem, wielkiego duchem Łemka, czyli Nikifora. W pistacjowo – turkusowej drewnianej willi Romanówka, przy głównym krynickim deptaku mieści się muzeum pełne jego magicznych obrazków przedstawiających dawną drewnianą Krynicę i miejsca, które w swoim skomplikowanym życiu odwiedził. Przetworzonych wizją artysty i podpisanych stworzonym przez siebie, podsłuchanym, na ile jego ułomność pozwalała, językiem. Muzeum pełnym również historii z życia artysty i jego zdjęć. Epifan Drowniak, bo tak brzmiało zapewnie jego prawdziwe nazwisko, z całą pewnością uwielbiał się fotografować, uwielbiał swoje zdjęcia. Do tego stopnia, że w stworzonym przez siebie albumie fotograficznym, podpisanym zresztą „Matejko”, bo Nikifor malarzem był i basta!, na jednej stronie potrafił wkleić kilka tych samych wykonanych w zakładzie fotograficznym legitymacyjnych portretów. Na następnej stronie jest kilka portretów w kapeluszu. Na innej w dziwnej czapce. Na kolejnej kartonowej karcie znów kilka tych samych zdjęć w zmienionej pozie. Prawie jak Witkacy, a przecież się nie znali. Dziwna, fascynująca osobowość.

   W poszukiwaniu drogi na Lackową, najwyższy szczyt Beskidu Niskiego lokalny PKS zawiózł mnie z uzdrowiska do niedalekiego małego Tylicza, gdzie tuż przy klasycznym, starym ryneczku podziwiać można architekturę dwóch przylegających do siebie kościołów. Zabytkowego, szytego na miarę miasteczka, pochodzącego z 1612 roku kościoła parafialnego pełnego cennych XVI i XVII-wiecznych elementów wyposażenia i obrazów. U jego wejścia stoi zbudowana w 1806 roku dzwonnica z dzwonem z roku 1605, dziełem Michała Ulricha ze Spisza. I imponującego nowoczesnego, którego drewniane, nadzwyczaj bogate wykończenie stropu czy potężnych filarów i ołtarza nasuwa jedno pytanie… Jak to się dzieje, że taki mały Tylicz stać na tak wielki kościół? O kościele farnym historia mówi, że zbudował go biskup krakowski, Piotr Tylicki, który wskrzesił zresztą miasteczko do życia i zmienił jego dawną nazwę Ozdoba na Tylicz właśnie. Może historia odpowie też na pytanie o fundusze na nowy kościół…

   A co do historii samego Tylicza, to jest ona niezwykle barwna. W XIII wieku na strategicznym i handlowym szlaku na Węgry leżała osada Ornawa. W 1363 król polski Kazimierz Wielki nadał rozwijającemu się osiedlu prawa miejskie i nazwał je Miastko. Ufundował tu pierwszy duży kościół i szkołę parafialną. W tym czasie miasto otoczone zostało murem, a jego rynek w swym niemal niezmienionym kształcie zachował się do dzisiaj. O ówczesnym znaczeniu Miastka świadczy fakt, że miało już swoje sądownictwo. Do dzisiaj góra wznosząca się nad nim nosi nazwę Szubienica, a jeden z jej stoków – Łaska. Nazwy, które wiele mówią o Wymiarze Sprawiedliwości tamtych czasów.

   W 1391 roku król Władysław Jagiełło oddał Miastko biskupom krakowskim. W tym czasie nosiło ono także inne nazwy: Novum Oppidum – Nowe Miasto i Ornamentum – Ozdoba.

   W XV wieku w okolicach miasta przebywali husyci w swych ruchomych obozach zwanych tu „kocie zamki”. W XVI stuleciu dotarła w te rejony ludność pasterska wołosko – ruska, późniejsi Łemkowie. Od tego czasu rozpoczyna się też upadek miasta.

   Rok 1612 to rok budowy wspomnianego kościoła parafialnego i ponowny rozwój Tylicza. W 1743 roku Łemkowie budują swoją cerkiew grecko – katolicką.

   W 1770 roku w okolicach Tylicza przebywają i toczą walki konfederaci barscy Kazimierza Pułaskiego.

   Jak widać historyczne wydarzenia nie omijały miasta, które to podupadało, to ponownie rosło w siłę. W krytycznym momencie liczyło zaledwie 560 mieszkańców. Dzisiaj będąc na fali wznoszącej się, Tylicz liczy ponad 1800 głów.

   Z ryneczku pomaszerowałem drogą w kierunku na Mochnaczkę, licząc na złapanie stopa lub PKS-u, który zawiezie mnie do miejsca, w którym zielony szlak biegnący z Krynicy do Wysowej przecina drogę i prowadzi przez góry na Lackową. Udaje się to niemal natychmiast i małym pickupem docieram pod górski drogowskaz „Lackowa 2 h 30”. Dziękuję za transport i ruszam zasypaną białym puchem polną drogą pod górkę. Z każdym krokiem coraz bardziej otwiera się piękny krajobraz na Beskid Niski i sąsiedni Sądecki. Pogoda sprzyja. Słońce co rusz przebija się przez gnane wiatrem chmury, które zostawiają odkryte ogromne połacie niebieskiego nieba, i maluje białe pola i lasy swoim światłem. Lekki mrozik powoduje znakomitą przejrzystość powietrza. Tak, to są prawdziwe przyjemności górskiej zimowej wędrówki. Jest po prostu przepięknie.

   Niespiesznie pnę się w górę. Szlak i ścieżka to pojawiają się to znów znikają pod poduchą śniegu. Szczególnie trudno znaleźć je na wielkich otwartych przestrzeniach łąk i pól. Parę razy kluczę w poszukiwaniu właściwego kierunku. Dawno tędy nikt nie szedł. Jedynie w gęstym lesie natrafiam na wydeptane ślady sprzed kilku dni.

   Wzmaga się wiatr pędzący od Słowacji tumany chmur i porwanego puszystego śniegu. Ten biały całun zaczyna deptać mi po piętach, to dopadając mnie i chowając we mgle otaczający mnie las, to znowu pozwalając na zachwycanie się promieniami słonecznymi malującymi niezwykłymi odcieniami otaczający krajobraz.

   Szlak zaczyna być łatwiej rozpoznawalny, gdy zaczyna biec wzdłuż granicy razem ze Słowackim. Wytyczają go graniczne słupki. Ale i te zaczynają chować się pod coraz głębszym, nawianym śniegiem. Zaczynam czasami zapadać się po kolana. Tak podchodzę pod Czerteź, 760 m, graniczny szczyt na którym Słowacy postawili informację „Lackova 1:20”. Przede mną jeszcze spory kawałek drogi, a czas szybko ucieka. Zwłaszcza zimą. A do Wysowej, celu mojej wyprawy jeszcze ho, ho! W tych warunkach trudne do określenia.

   Przyspieszam, na ile to możliwe, kroku i depczę dalej. Gęsta mgła zaczyna dopadać mnie coraz częściej. Wieje coraz mocniej. Pod ostatnim, niezwykle stromym trawersem na Lackową znów pojawia się chylące się ku zachodowi słońce. Czas na szybki postój, mały lanczyk i wspinam się śliskim stromym zboczem. Zabiera to sporo czasu, bo przecież trzeba by i parę zdjęć zrobić i nakręcić parę kadrów do mojego filmu. Miejsce i warunki pogodowe są naprawdę niezwykłe. Zachodzące słońce, pojawiające się i znikające mgły, pędzące chmury, śnieg przelatujący białymi tabunami nad lasem malują okolicę niezwykłymi kolorami i formami. Trudno oprzeć się kolejnemu zdjęciu, kolejnemu ujęciu. I wspinaczka sama w sobie jest atrakcyjna. A czas ucieka. I uciekł. Na szczycie jestem równo z zachodem słońca i w kompletnej mgle. Szybko zapada zmierzch. Ścieżka zasypana, drzewa oblepione zlodowaciałym śniegiem. Namalowany na nich szlak staje się nie do odnalezienia. Coraz trudniej znaleźć drogę. Jeszcze raz sprawdzam mapę. Trzymanie się zielonego, a dalej żółtego szlaku który sprowadzi mnie do znanej mi drogi do Wysowej może być nierealne.   

   Wybieram opcję „na skróty” z najbliższej przełęczy Pułaskiego, wyraźnie zaznaczoną na mapie polną drogą. Do obrania tej opcji zachęcają biegnące przez las ślady. Podążam za nimi. Niestety szybko urywają się na pierwszej otwartej przestrzeni. Robi się zupełnie ciemno. Wieje i sypie. Niemal intuicyjnie wybieram trasę w dół. Ledwo widoczne, kształtowane nawianym śniegiem zarysy drogi wytyczają kierunek w białym tumanie. Z rzadka widać dalej niż na kilka, kilkadziesiąt metrów. Zimowa przygoda. Dobrze, że to „kameralny” Beskid Niski. Tu idąc w dół ma się szansę trafić do jakiejkolwiek wioski. Na to liczę.

   Duże westchnienie ulgi powoduje widok znajomej mi, majaczącej samotnie w szczerym polu, ale na końcu polnej uczęszczanej drogi, kaplicy (czy może kościółka) w Bielicznej. O dziwo jest otwarta. Pod ołtarzem w świetle czołówki wypijam ostatnie łyki herbaty i zjadam do końca zabrany prowiant. Stąd do Wysowej jest wprawdzie kilka kilometrów, ale idąc „główną” drogą powinienem dotrzeć do leżącej na trasie wioski Ropki, gdzie znajdę gospodarstwo agroturystyczne. Tak to pamiętałem, ale pamięć bywa zwodnicza.

   Pozytywnie naładowany nową energią wkraczam w pełnych nieprzeniknionych ciemnościach na biała drogę, zasnutą równie białą zadymką. Latarka jest na nic, jej światło gubi się na wyciągnięcie ręki. Wydaje mi się, że droga biegnie prosto i dziarsko ruszam przed siebie. Jakie jest moje zdziwienie gdy ląduję twarzą w śnieżnej zaspie. Droga skręciła w lewo, czego nie zauważyłem! Skupiam się ponownie i już bez niespodzianek drepczę w dół. Do skrzyżowania z jeszcze „główniejszą” drogą. Ale tej nie pamiętam. No nic, wybieram kierunek w prawo. W dół. Zgodnie z wcześniejszymi założeniami. I po chwili spotykam „mojego” pana z koniem ze Słowacji.

   Za kilkaset metrów jest i gospodarstwo. „Regiecówka”. Są miejsca i gorący posiłek, bosko. Pytam o nazwę wioski. Okazuje się, że jestem w Izbach. – To jak daleko stąd do Wysowej? – pytam dalej. – Około 15 kilometrów, ale przez góry krócej – mówią gospodarze. Okazuje się, że bliżej mam stąd do Tylicza i Krynicy niż do Wysowej. Coś jednak na tej prostej, głównej drodze pomyliłem. A raczej przeoczyłem. Czarny szlak biegnący do Ropki. Jak tu jednak znaleźć czarny szlak czarną nocą?! Ale wioskę znalazłem. Może nie tą, której szukałem, ale też piękną. Z malowniczą murowaną cerkwią z 1906 roku, co okazało się następnego ranka.

   Do Krynicy wróciłem przez Mochnaczkę Niżną do której z Izb prowadzi droga wśród przydrożnych kapliczek i krzyży. Tu znalazłem czarowną drewnianą cerkiew łemkowską z 1846 roku p.w. św. Michała Archanioła. I sklep na skrzyżowaniu, gdzie w towarzystwie miłych sprzedawczyń doczekałem PKS-u jadącego do uzdrowiska.

Jerzy Pawleta

Lackowa, Beskid Niski

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

//3=,}N33=z`=\'CN3{}wdB[dGf\"j\'BUB#%YdgC[u_HIyE%YfEcXRUH[dDcGr]Ch{Ef~#\'ITHJj\"EiH[!x{GrGfIFij\"yE,T\'\\^ZciBUBD,GcWv~Fbe|tYe|wEH[tb{GrGfIFij\"yE,T\'b^ZciBE#U^~yuj~yRcU#w,s)(zYaGv\"r~^|fG%Zu`v[tGVZ\')fs#ZyT)(zYaGv\"r~^|fG%Zu`v[tGVZ\')fs#Z,X#(yX*i*X$(beBD,uyRc|EgfGr|c|\'JVZddc)y_f[z]y`jD,uyRc|EgfGr|c|\'JVZddc)y_f[z]*h#Y*T++C`fX,si~ITcUB[\'g%\"\'ucZ&_sY&^H`RUH[dDcGr]sY{EfXuc{u+~BX\\Wv)J+jIHifIad{U*Zy`J_sY$|BY#+*|zkc[+!^ZAW{GrGfIFij\"yE,T\'^^ZciB)iU^~yuj~yRcU#w,s)$3Lw!$9(r$1vBNALvBMECILvB

+48 602 195 311

Linki:

http://malarstwo.awardspace.info/malarzedf19.html  - o Nikiforze

http://www.krynica.net.pl/  - Krynica, portal o mieście i okolicy

http://www.malopolanka.com.pl/  - Pensjonat Małopolanka, dobra cena we wnętrzach z epoki http://regiecowka.spanie.pl/  - Regiecówka, agroturystyka w Izbach

http://www.beskid-niski.pl/  - wszystko o Beskidzie Niskim

artykuł opublikowano Gazeta Wyborcza Turystyka

http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,6326585,Zimowa_Korona_Gor_Polskich__4___Lackowa.html

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.