Lesoto. Szlakiem twierdz Królestwa Gór.

Lesoto. Szlakiem twierdz Królestwa Gór.

   Są na świecie miejsca nadzwyczajne. Ich nadzwyczajność jest tym większa im mniej się ich spodziewamy. I właśnie takim miejscem, setkami kilometrów miejsc, jest wydarty górom kamienisty dukt prowadzący przez górzyste państwo Lesoto z maleńkiego miasteczka Mokhotlong do niewiele większego Thaba-Tseka i dalej do Thaba Bosiu, górskiej twierdzy króla Moszesze. Niezwykła gratka dla miłośników off-road’u. Mnie udało się ją przejechać na otwartej pace policyjnego pick-up’a trzymając się kurczowo jego burt, nogami ściskając podskakujące plecaki i siłą woli naciągając na siebie i swoje tobołki obszerną pelerynę, by ta chociaż w części ochroniła mnie przed burzą i ulewą, która dwa razy w ciągu trasy zawitała za mój kołnierz.

   Lesoto (Lesotho) to państwo już samo w sobie niezwykłe. Nie dość, że leży na wysokości powyżej 1000 m npm i jest najwyżej w całości położonym państwem na świecie, nazywają je Mountain Kingom, to jeszcze ma tylko jednego sąsiada. Zewsząd otoczone jest przez Republikę Południowej Afryki. Jest jak niewielka biedna, acz dumna górzysta wysepka otoczona morzem afrykańskiego dobrobytu. Względnego, rzec można. Ma około 200 kilometrów szerokości i tyleż długości. Ale w teoretycznej linii prostej przemierzyć je można jedynie ze wschodu na zachód, co zrobiłem. Pozostałe drogi prowadzą „na okrągło”, omijając trudno dostępne centralne rejony państwa, Central Range.

Sani Pass, 2865 m npm. Połamane narty.

   Swoją niezapomnianą, kilkudniową „jazdę” przez Lesoto, której celem głównym było dotarcie do fortecy władcy Moszesze rozpocząłem już przed granicą państwa. Opuszczając przyjaznego backpackersa Sani Lodge w górach Drakensberg po stronie RPA postawiłem wczesnym rankiem swoje plecaki na drodze składającej się wyłącznie z kamieni i pyłu by złapać cokolwiek jadącego w stronę granicznej przełęczy Sani Pass, 2865 m npm. Już po chwili siedziałem wygodnie w szpanerskim mitsubishi z nawigacją. Ale z trochę niskim zawieszeniem. Co było co rusz słychać gdy podwozie na stromych, krętych podjazdach szorowało brzuchem po wystających głazach. Kierowca robił dobrą minę do złej gry, nie każąc mi jednak wysiadać, mimo sporego obciążenia, które z ekwipunkiem stanowiłem. Zatrzymywaliśmy się co chwila, by podziwiać i fotografować nadzwyczajne widoki, które otwierały się w otoczonym górami żlebie po którym mozolnie, coraz bardziej stromo wiła się nasza droga.

   Wszyscy pasażerowie terenowca z ulgą odetchnęli gdy na szczycie najwyższej w kraju przełęczy, jedynej „przejezdnej” drogi prowadzącej przez Drakensberg Mountains z KwaZulu-Natal do Lesoto, pokazała się charakterystyczna sylwetka schroniska z napisem, że właśnie tu znajduje się najwyżej położony bar w RPA. Serwujący oprócz zimnego piwa zupę dnia za 15 Randów (5 złotych polskich) czy inne niezbyt drogie dania z karty. W nadzwyczaj sympatycznym wnętrzu znajduje się również kącik z zabytkowymi, często połamanymi nartami. To nie żart, w tutejszych górach zimą potrafi spaść dostatecznie dużo śniegu, by poszusować na deskach. Na szczęście w grudniu mamy tu pełnię lata. Z tarasu schroniska rozpościera się niezapomniany widok na okolicę i niezliczoną ilość szlaków turystycznych rozchodzących się na najbliższe i dalsze szczyty. Opodal młoda góralka ozdobiona agrafką w uchu i okutana w brązowy koc pasie stadko owiec. Na skraju urwiska stoją w rozwianych pasterskich szatach jeźdźcy wpatrujący się dłuższą chwilę w bezkresną dal by po chwili zniknąć w załomach skał. Bez wątpienia niezwykłe miejsce.

   Odprawa celna w ozdobionym flagą, nie robiącym piorunującego wrażenia posterunku granicznym to formalność. Czarnoskórzy urzędnicy wbijają mi z uśmiechem wizę na dwa tygodnie, zaopatrują w ładnie wydany folder z mapą. Życzą powodzenia i udanego pobytu w ich górskim kraju. Na dowidzenia podają dłoń w charakterystycznym, kilkuskładnikowym uścisku. W różnych rejonach południa Afryki ten uścisk przybiera różne formy. Wszelkie moje pomyłki traktowane są ulgowo i z uśmiechem.

   Rozglądam się za czymś, co zabierze mnie w dół w stronę odległego o kilkadziesiąt kilometrów Mokhotlong, gdzie znajduje się pierwsza możliwość noclegu po stronie Lesoto. Stoi pełna już, lekko rozklekotana murzyńska taksówka, czyli minibus, która nigdy nie jest zbyt pełna by nie zmieściła się jeszcze jedna osoba. Tym bardziej tak egzotyczna jak ja. Biała. Wciskają mnie na ostatnie siedzenie busika, na kolana dorzucają mój duży plecak, mniejszy bierze sąsiad. Ruszamy z impetem w dół przy ogłuszających dźwiękach skocznej muzyki będącej mieszanką tradycji i współczesności wydobywającej się z sześciu wiekowych głośników umieszczonych tuż nad głowami pasażerów. Czarnoskóra załoga „sunny bus” kiwa się w takt muzy i wybojów, podśpiewując od czasu do czasu. Sterty bagażu przesuwają się to w lewo to w prawo na górskich serpentynach. Nareszcie, po pobycie w RPA, wiem, że jestem w Afryce. Niezła jazda za 40 Randów Południowoafrykańskich. 

St. James Lodge, afrykański b&b

   Mokhotlong. Szukam banku by pozyskać tutejszą walutę Maloti. Jeszcze niedawno w całym Lesoto bankomaty były tylko w stolicy, Maseru. Obecnie są już w kilku większych, przepraszam, dziurach. Jest bank, jest bankomat. Ale zepsuty. Idę do okienka, by wymienić dolary. Nie wymieniają, ewentualnie tylko w Maseru. Na szczęście walutą obiegową są tu równowarte 1:1 Randy. Ale tych mam niezawiele. Następny bankomat za prawie sto kilometrów, w Thaba-Tseka. 

  Mokhotlong to koszmarna mieścinka, jak tylko koszmarne potrafią być tego typu miejsca w Afryce. Bez rozwijania tematu. Po prostu katastrofa ekologiczno-społeczna. Natychmiast zmieniam opcję na „awaryjną” i łapię kolejny sunny bus w kierunku na Thaba-Tseka do odległej o kilkanaście kilometrów misyjnej wioski St. James, wyczytawszy wcześniej w przewodniku, że jest tu całkiem fajne miejsce do spania.

   St. James Lodge. Strzał w dziesiątkę. Cisza, spokój, góry, maleńka wioska a w starym kamiennym domu gustownie urządzony bed & breakfast. Bez breakfast. I bez prądu. Są świece i lampy naftowe. Również w całkiem sympatycznej łazience. Kuchnia do użytku. Herbata i kawa gratis. Super.

   Wita mnie młody chłopak o wyglądzie hip hop reggae. Taki mix. Cena za łóżko 150 Randów. Natychmiast zbijam na 100, czyli ok. 30 złotych. OK. Pytam o jakieś jedzenie, pokazuje niedaleki sklepik w wiosce. Chwila marszu i zastaję ciemną dziuplę ze szczerzącą w radosnym uśmiechu białe zęby czarną sprzedawczynią. Coś do jedzenia? Biskwity. Coś jeszcze? Długo się zastanawia. No, nic. Chleb? Dostawa jest raz w tygodniu, będzie jutro. Odsyła mnie do innego sklepiku w centrum wioski. Może tam…

   Sytuacja się powtarza. Są pomidory, ale strasznie marne. Dostrzegam jajka, biorę trzy. Coś z tego w kuchni wymyślę. We wiosce zgrupowanie, bo dostarczono pomoc. Żywność z USA. Cała wieś spokojnie czeka na swoją porcję. Udało się zrobić sporo fajnych zdjęć. Ale w radosnym zamieszaniu, gdy na wyświetlaczu aparatu pokazuję twarze sfotografowanych, tłukę dwa z trzech jaj. A sklep już zamknęli. Gdy SEFO (taką ma ksywę mój gospodarz, który okazuje się być muzykiem i kompozytorem, żyjącym z tego, że jest opiekunem/ menadżerem hoteliku) widzi moją jajecznicę z jednego jajka i herbatę jako całe menu, ze śmiechem zabiera mój talerz i wraca po 10 minutach z zimną wprawdzie jajecznicą ale z dodatkiem fury kaszy czy ryżu, czy czegoś pomiędzy, gotowanymi warzywami i słonym kawałkiem ryby na wierzchu. Całkiem dobre. Rewanżuję się biskwitami.

Na pace pick-up’a przez góry

 

   Rano powrót do Mokhotlong. Bankomat dalej zepsuty. Pakuję plecaki do sunny bus i jadę w znanych mi już rytmach w stronę Thaba-Tseka. Po dobrej półtorej godzinie walki z podjazdami, zakrętami, wyboistą kamienno-pyłową drogą biegnącą niezwykłym krajobrazem docieramy do jakiejś wioski w górach. To ostatni przystanek mojego busiku. Za jakiś czas coś powinno jechać stąd do Thaba-Tseka. Stoję z trzyosobową ciemnoskórą grupką podróżnych w dziwnym miejscu na rozstaju dróg. Na przydrożnych kamieniach siedzące kobiety i dzieciaki oferują owoce prosto z drzewa czy krzaka. Ktoś inny sprzedaje na ceracie rozłożonej wprost na ziemi własne wypieki, małe chlebki. Za 3 Randy (1 złoty) kupuję jeden z nich, bo głód zaczyna doskwierać. Obok gruba Murzynka sprzedaje ustawione na sztorc pasterskie kije ozdobione regionalnymi wzorami. Do teraz żałuję, że nie kupiłem. Nigdzie ich potem nie widziałem. Z zakurzonej drogi przegania nas krótki intensywny deszcz. Ja wpadam do czegoś, na czym pisze „cafe”, a jest sklepem gdzie kupić można niewiele, ale jest piwo i inne lekko alkoholizowane napoje. Wewnątrz grzmi z głośników muzyka do której na środku sklepikowego klepiska kiwa się rytmicznie wymachując pasterskimi kijami dwóch młodych, odzianych w długie „kocowate” okrycia i fantazyjne czapy górali. W pełnej dymu salce obok kilku mężczyzn, równie interesująco odzianych, siedzi przy stoliku uprawiając lokalny hazard. Gdy kieruję kamerę w ich stronę wymownie kiwają, bym przestał. Się robi.

   Deszcz ustaje, podjeżdża policyjny pick-up. Dziewczyna z grupki mówi mi, że jadą do Thaba-Tseka, żebym zagadał. Bez problemu pakują mnie z kilkoma miejscowymi i tobołami na pakę i pędzą górską drogą. Trzęsie niewiarygodnie, ale widoki są fantastycznie piękne. Opadamy w dół i jedziemy wzdłuż wijącej się rzeki, którą kilka razy przekraczamy, czy to mostkiem czy to kamiennym brodem. Zaglądamy w bok do okolicznych wiosek, gdzie albo kogoś wysadzamy, albo policjanci kogoś szukają. Łapie nas kolejny krótki, ale niezwykle intensywny deszcz. W trakcie jazdy zakładam coraz cieplejsze ciuchy i zmieniam buty na nieprzemakalne. Znów wspinamy się w górę. Robi się bajecznie. Dookoła góry, których kształty i barwy zmieniają się jak w kalejdoskopie, są wprost niewiarygodnie kolorowe we wszelkich odcieniach brązów, czerwieni, szarości i Bóg wie jeszcze czego. Pokazują się mozaiką zieleni i rdzawej czerwieni uprawne pola. Za kolejnym zakrętem w dole wyłania się potężna rzeka, jej przełom opasuje ogromnym łukiem wielkie góry wyglądające, jakby jakiś nadzwyczajny artysta ozdobił je paletą kształtów, figur i barw. Krajobraz jest surowy i jednocześnie niezwykle plastyczny, wręcz graficzny. Szaro-burzowe niebo dodaje całej scenerii dodatkowej dramaturgii a rozproszone światło wydobywa każdy odcień barwy ziemi, wody i nieba. Za kolejnym załomem pokazuje się niespodziewanie grupa soczysto zielonych drzew, na ścianie góry brązowymi plamami wolno przesuwają się po urwisku krowy niespiesznie poganiane przez pasterza, mijamy jeźdźca okutanego w pasterskie koce, który przyjaźnie macha w naszą stronę. Niezwykły, niezwykły przejazd.

   Wpadamy do kolejnej wioski. Oprócz tubylców witają nas coraz czarniejsze chmury. Zaczyna wiać, błyskać się i grzmieć. Coraz bliżej, coraz potężniej. Pytam policyjnego kierowcę, jak daleko jeszcze do celu. 20 – 30 minut. Upłynęły w niezwykle ogłuszającej symfonii grzmotów, świszczącego wiatru i walącego z nieba strumieniami deszczu. Burza rozpętała się dosłownie nad naszymi głowami. Jeszcze nie zdążyła wygasnąć błyskawica, gdy autem potrząsał potężny grzmot. W takiej scenerii dotarłem wieczorem na odległy od centrum komisariat policyjny w Thaba-Tseka. Mój umundurowany kierowca pyta dokąd zmierzam w mieście. Mówię przez deszcz, siedząc ciągle „w kucki” na pace, że do banku i łóżka. Pomogę ci, odpowiada.    

Thaba-Tseka, łóżko wielkości pokoju

   Zajeżdżamy pod bankomat. Działa. Wsadzam do kieszeni policjanta, siedząc już w kabinie pojazdu, jeden banknot. Hotel? 500 Randów (170 złotych!) za noc, odpada. Zawozi mnie pod coś na kształt kontenera budowlanego zbudowanego z płyty pilśniowej, których w zwartym szeregu ściana w ścianę stoi kilka. W środku wykwintne rzeźbione małżeńskie łoże wypełniające niemal całą przestrzeń, wielki grzejnik wiszący na ścianie i upchnięte po kątach szafki. 100 Randów, lub Maloti. Obiadokolacja 40, śniadanie 30 w sąsiednim murowanym budyneczku z wielkim telewizorem i nieco większym stołem pośrodku. Wolnostojący „kibelek” kilkanaście metrów po błocie. Łazienką kran wystający z błota na środku placyku. Biorę, bo i tak nie mam wyboru.

   Następnego ranka wita mnie słońce i upał. Murzyńska taksówka zabiera mnie stąd za 50 Randów w kierunku Maseru, stolicy kraju. Nieopodal niej znajduje się mój pierwszy cel, Thaba Bosiu. Przyjemność przejazdu przez widokową przełęcz Blue Mountain Pass, zaraz za nią przy malowniczym wodospadzie usytuował się hotelik, czy niedaleko jeziora z zaporą Mohale Dam psują zakrojone na wielką skalę roboty drogowe. Właśnie trwa budowa drogi przecinającej piękne góry i kierowca musi dokonywać cudów ekwilibrystyki, by ominąć błotno-kamieniste koleiny wyżłobione przez ciężki sprzęt, pozostawione na trasie głazy czy inne czyhające niespodzianki. Co jakiś czas wodą ze strumieni polewa dymiące od hamowania koła pojazdu.

Thaba Bosiu, Góra Nocą. Twierdza króla Moszesze

   By uniknąć wjazdu do Maseru wysiadam kilka kilometrów za miejscowością Nazareth i drogą do Thaba Bosiu, co znaczy Góra Nocą, docieram pod informację turystyczną stojącą vis a vis wejścia na górę z twierdzą, o której piszą przewodniki i informują mapy. Pytam czarnoskóry staff o twierdzę i tanie spanie na miejscu. Odpowiedzią zdziwione spojrzenia. A grobowiec Moszesze? O, tak. Na górze. Ale twierdza? Twierdzą są skały góry, która według legendy za dnia jest wzgórzem a nocą niezdobytym szczytem. Postanowiłem podbić ją po zachodzie słońca. Bo za dnia faktycznie nie wyglądała imponująco.

   Chcąc nie chcąc musiałem wykupić w IT bilet wstępu za 10 Randów. Najbliższe tanie spanie zaoferowano mi w Maseru. To wybitnie kłóciło się z moim planem. Pozostała opcja relatywnie drogiego, ale jedynego w pobliżu Mmelesi Lodge. 280 Randów (90 złotych) w okrągłej murzyńskiej stylizowanej, krytej strzechą chacie z łazienką. I śniadaniem. Obiad, niezła ryba za 80 Randów w tym samym miejscu, bo alternatywą jest tylko murzyński snack bar, od którego zalatywało głośną muzyką, jeszcze głośniejszymi okrzykami i piwem.

   Wyruszam przed zmierzchem by w zachodzącym słońcu sfotografować stojącą opodal wioski charakterystyczną górę Qiloane (taką nazwę napisał mi mazakiem miejscowy chłopak na moim termosie), kształtem i niezwykłym zwieńczeniem podobną do słomianych nakryć głowy typowych dla Lesoto, symbolu państwa. No i zdobyć niezdobytą.

   Nikt nie sprawdza mojego biletu, nie ma też niezbędnego podobno przewodnika. Są wszechobecne małe jaszczurki, które zmykają na mój widok. W szybko szarzejących resztkach dnia wspinam się kamienną drogą w stronę rosnących w moich oczach skał. Droga zmienia się w niewyraźną ścieżkę wijącą się coraz bardziej stromo wśród rumowisk. Jedna jej odnoga biegnie w stronę widocznych z dołu dwóch potężnych bloków skalnych z przytwierdzonymi masztami na których nie powiewa żadna flaga. Sprawdzam ją. Ruin twierdzy ciągle nie dostrzegam, jedynie maleńki fragment przypominający kawałek ściany murzyńskiej kamiennej chaty. Jedno jest pewne. Widok na okoliczne góry i chmury rozświetlone czerwonymi promieniami słońca które schowało się za widnokrąg jest fantastyczny. Wracam do rozwidlenia i podchodzę na wieńczący górę płaskowyż z symetrycznie ułożonymi kamieniami. Na jednym dostrzegam wyryte znaki. W głębi ciemnego już plateau majaczą fragmenty rozsypujących się małych kamiennych budowli. Za późno już, by się zapuszczać głębiej, tym bardziej, że góra kończy się ze wszystkich niemal stron kilkudziesięciometrowymi urwiskami. Siadam nad jednym z nich. Ogrom przestrzeni jest po prostu powalający! Góra urosła do niebotycznych rozmiarów. Wydaje się, że siedzę blisko gwiazd błyszczących tuż nad moją głową i z niezwykle wysoka spoglądam na ziemię. Z dołu dochodzą odgłosy kładącej się do snu wioski, porykiwanie osła, cykady kontynuują swój koncert, wtórują im głośnym chórem żaby z pobliskiego jeziora. W dali, na tle jednej z gór migoczą światła Maseru. Można by tak siedzieć i siedzieć. Ale kto znajdzie w hebanowej nocy drogę w dół…

   Pod czarną nieoświetloną, jak to w Lesoto, informacją turystyczną natykam się na czarnego w czarnym mundurze ochroniarza. Aż dziw, że się z nim nie zderzyłem. Rozmawiamy chwilę murzyńskim angielskim o tym i o owym, aż w końcu tłumaczy mi, że resztki budowli, które dostrzegłem to nie pozostałości twierdzy a budynki misjonarzy, którzy w XIX wieku jako pierwsi wykorzystali kamień jako budulec domów. Przed nimi tubylcza ludność budowała swoje okrągłe chaty z patyków i drewna łączonego gliniastym spoiwem. Bogatsze siedziby składają się z dwóch budyneczków, okrągłego w którym na ogół mieści się kuchnia wspólna z miejscem do jedzenia i prostokątnego, będącego połączeniem sypiali z pokojem dziennym.

   Postanawiam sprawdzić resztki budowli tym razem o wschodzie słońca. Poranne lekko przymglone światło pięknie rysuje okolicę. Góry o nadzwyczajnych kształtach, dziesiątki małych wąwozów, dolin i dolinek wyrzeźbionych misternie przez wodę w żółtej glebie terenów przylegających do jeziora czy przepływającej rzeki, wioski o okrągłych chatach przyklejone z jednej strony do gór a otwarte na pola uprawne z drugiej. Odwiedzam ruiny domów misjonarzy, siadam pod starym drzewem przez nich posadzonym, zaglądam do otoczonych wielkimi agawami pustych wnętrz, z plączącymi się tu i ówdzie resztkami ludzkiej bytności. Powiewa historią i nostalgią. A moja magiczna, piękna góra Thaba Bosiu, miejsce które głównie za sprawą króla Moszesze zjednoczyło lud Basotho, jest w świetle budzącego się dnia wyraźnie mniejsza…

Maseru, nowoczesna stolica i afrykański targ

   Maseru mnie jednak nie minie. Po prawie dwugodzinnym bezskutecznym oczekiwaniu na jakikolwiek pojazd w kierunku na wioskę osadzoną w skalnych grotach, Kome Caves, zmieniam marszrutę i ląduję w stolicy Lesoto, węźle komunikacyjnym kraju. Wita mnie rozbuchane nadzwyczaj głośną muzyką wydobywającą się z wystawionych na ulicę wielkich głośników, okrzykami sprzedawców, klaksonami taksówek i autobusów, pokrzykiwaniami dzieciaków miejskie targowisko i coś na kształt dworca taksówkowo-autobusowego. Kilkanaście uliczek dosłownie zawalonych wszystkim, co da się sprzedać i dymiącymi garkuchniami czy grillami z lokalnymi specjałami wciśniętymi w ten kosmiczny harmider zaczynający się we wnętrzach setek sklepików a kończący się już nawet nie na koślawym chodniku, a wprost na rozpostartych na ulicy gazetach, skrzynkach czy kartonach. Krajobraz jak po wybuchu bomby z bałaganem.

   W poszukiwaniu banku ląduję na szczęście w „downtown”, jak określają to miejsce tubylcy, co dosyć mocno zmienia mój obraz Maseru. Czysto (jak na standardy afrykańskie), normalne sklepy, kilka fajnych knajpek i parę kafejek internetowych. No i niezwykle obszerna, umieszczona w wielkiej budowli stylizowanej na krytą strzechą chatę, dobrze zaopatrzona informacja turystyczna. Lunch spożyty w wygodnej sofie w umieszczonej na pierwszym piętrze (trudno znaleźć wejście, ale warto poszukać) przy Kingsway, głównej ulicy miasta, Good Times Cafe nastawia mnie zdecydowanie pozytywnie do miasta. Mają tu również prawdziwe torty, pierwsze i ostatnie jakie widziałem (i oczywiście skosztowałem) w tej części Afryki.

Kierunek Butha Buthe, pierwsza górska twierdza

   Następnego wczesnego ranka (ascetyczne ale tanie spanie, 80 Randów, w Anglican Centre) ze znajomego mi bałaganu porywa mnie (dosłownie, bo autokar już ruszał) autobusowy naganiacz i bileter. Wszystkie miejsca są zajęte, usadza mnie z plecakami na wielkiej pokrywie silnika tuż obok kierowcy. Oprócz biletu kupuję od niego za 10 Randów rastafariańską bransoletkę, która zdobiła przegub jego dłoni. Zostały mu żółto-czerwono-zielone sznurówki. Kierunek Butha Buthe, prawie 150 km, pierwsza górska twierdza Króla Moszesze. Po przesiadce do minibusa ląduję w kolejnym koszmarze afrykańskiej małomiasteczkowej struktury. Po dłuższych poszukiwaniach i wędrówkach w kurzu i upale (odpuszczam miejscowy hotelik, bo tchnie nocną awanturą ponurego baru) znajduję kąt do spania (150 Randów ze śniadaniem) w surowym budyneczku Motlejoa Lodge, ale z dala od centrum. Jeszcze tego samego popołudnia po kilkunastominutowych instrukcjach czarnoskórych gospodarzy jak dotrzeć do mojego celu, wyruszam w kierunku widocznej jak na dłoni góry, która mieści warownię.  

   Przekraczam główną drogę na Mokhotlong i na skróty przez łąki i pola, po konsultacji z kolejnymi czarnoskórymi mieszkańcami tej krainy, idę w kierunku na sławną górę. Trasę przecina mi jar ze strumieniem, który po ostatnich opadach przybrał rozmiary rzeki nie do przekroczenia. Wracam na drogę. Dookoła przez wioskę, gdzie towarzyszy mi zgraja roześmianych kilkuletnich przewodników, zaczynam wspinać się w kierunku wytyczonym wskazówkami maluchów, które boją się kilkusetmetrowej (od podstawy) góry i zostają u jej podnóża. Kilkudziesięciominutowe kluczenie i wytyczanie własnego szlaku (nie ma tu żadnego oznakowania) owocuje zdobyciem twierdzy, którą jest grota z niewielkim usypanym kamieniami murem usytuowana nieopodal szczytu góry. Tuż obok szumi skalny wodospad. Według relacji tubylców twierdza Króla Moszesze składała się z dwóch jaskiń, w jednej, od frontu, przebywali mężczyźni i wojownicy, w drugiej, schowanej w głębi wijącej się góry, schronienie znalazły kobiety i dzieci. Słońce chowające się za sąsiednimi górami nakazywało odwrót. Pozostała mi już tylko kontemplacja pięknych widoków rozciągających się dookoła i wsłuchiwanie się w muzykę i śpiewy dochodzące z którejś z okolicznych wiejskich chat.

Groty Lipofung, Hydro Power Station i mielonka

   Ostatnie z istotnych miejsc na moim szlaku związanych z Królem Moszesze (żył w latach 1824 – 1870) to groty Lipofung oddalone od Butha Buthe o pół godziny jazdy. I od razu przyznam się, ze uciekłem (zapłaciwszy za noc, mówiłem, że zostanę na dwie) z Motlejoa Lodge, by zostać na dłużej w turystycznej murzyńskiej chacie usytuowanej w powstającym kompleksie przy grotach (100 Randów za noc). Wprawdzie bez wyżywienia i prądu, przy świecach i lampie naftowej, ale za to w sąsiedztwie wysokich gór Drakensberg, płynącej dołem rzeki Hololo, wiejskich chat oddalonych o kilkaset metrów od grot i absolutnej ciszy migoczących nad głową gwiazd. Jedynym towarzyszem był czarnoskóry stróż, który przychodził ze wsi na nocną zmianę. Super miejsce.

   Groty Lipofung, wstęp 15 Randów, niewielki rezerwat przyrody obejmujący jedynie 4 hektary, są w rzeczywistości potężnym „przewieszeniem” wyrytym przez wodę w piaskowcu. Pierwotnie zamieszkiwane przez ludy San (Buszmeni) i inne plemiona Ery Kamiennej, ozdobione licznymi ważnymi ze względów artystycznych i poznawczych malowidłami naskalnymi, zajmują ważne miejsce w historii Lesoto. Znaleziska archeologiczne to między innymi kolorowe przedmioty wykonane z opalizujących nadrzecznych kamieni, kości czy muszli. Grot używał wielokrotnie jako schronienia w początkach XIX wieku król Moszesze, zwany Wielkim, podczas pobytów w tej części królestwa. W trakcie jednego z nich (w 1840 roku) towarzyszył mu misjonarz Thomas Arbousset, który szczegółowo opisał wygląd grot z tego okresu.

   Zaopatrzeniem wiejskiego sklepiku w Lipofung były, jeśli chodzi o wyżywienie, głównie biskwity. Również jajka i pieczywo. Młody czarny sprzedawca, po drugiej mojej wizycie już przyjaciel, z przepastnej chłodni wyciągnął mi coś, co było beztłuszczową wędliną (?) w kostce, miało różowawy kolor, więc pewnie była to mielonka. Dokupiłem cebulę i dwie puszki zimnej fanty. Piwo już się skończyło, sprzedawca obiecał zostawić mi w lodówce na jutro popołudniu. Jeszcze garść cukierków dla wiejskich dzieciaków, które były zapłatą za zrobione zdjęcia. W owoce (ananas i banany) zaopatrzyłem się u przydrożnych sprzedawczyń. Za wszystko zapłaciłem około 45 Randów, 15 złotych. Wróciłem do swojej „chaty” i w kuchni z palnikami i wielką butlą gazową upichciłem na obiad wielką jajecznicę z cebulą na mielonce, którą musiałem długo zeskrobywać ze ścianek wątłej patelni. Na deser soczysty ananas, palce lizać.

   Następnego dnia po „śniadaniu Małysza”, bułka i banany, wyruszyłem na podbój nieodległej góry z usytuowaną na niej Hydro Power Station, wysyłającą energię elektryczną do sąsiedniej RPA. Na miejscu jest zbędna.

   Po przemarszu przez „swoją” wioskę z niekończącymi się powitaniami z jej mieszkańcami i tłumkiem dzieciaków u boku, wkroczyłem na asfalt by po kilku kilometrach malowniczej drogi z widokami na góry, wodospady i murzyńskie chatki skręcić w lewo w ścieżkę prowadzącą przez kolejną wioskę w stronę elektrowni.

   Dochodzę do grani z której doskonale widać całą „elektryczną” górę zwieńczoną betonową konstrukcją, rzekę płynącą dołem zamkniętą tamą tworzącą spory zbiornik wodny i asfaltową drogą, która chowa się w tunelu wydrążonym w masywie. Całość robi całkiem imponujące wrażenie. Stromą ścieżką schodzę w stronę mostku na rzece i znów wspinam się polami i łąkami w górę. Kobieta z trójką dzieciaków orze ziemię za pomocą pługa ciągnionego przez dwa dorodne byki, mały pastuch w towarzystwie wyleniałego chudego jak szczapa psa goni stadko krów, czarnoskórzy pasterze przepędzają stado owiec.

   Jeszcze kilkaset metrów i dochodzę do okazałego głównego budynku Hydro Power. Wita mnie strażnik ostrzeżeniem o zakazie fotografowania, gdy lufę obiektywu kieruję na budynek. Mówię, że jestem dziennikarzem z Polski i chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o inwestycji. Po kilku telefonach wprowadza mnie do biurowca, gdzie dowiaduję się, że centrum informacji o obiekcie znajduje się koło przystanku, gdzie pół godziny temu byłem. OK, najpierw zdobędę szczyt góry. Strażnik przy bramie mówi mi, że jest tu miejsce, którego nie obejmują kamery i żebym zrobił mu zdjęcie z karabinem. Się robi. Dokładam dla siebie budynek, już bez jego sprzeciwu.

   Kolejne kilkadziesiąt minut i kamienną drogą wydartą górze docieram na jej szczyt „ozdobiony” industrialnymi elementami, kojarzącymi mi się, nie wiem czemu, z końcową sekwencją Seksmisji. Tyle, że na wschodzie nie ma żadnej cywilizacji. Są tylko góry, góry i góry. Dookoła. Piękne, malowane światłem słońca przeświecającego przez nisko zawieszone chmury. Krajobraz wart żmudnej wspinaczki.

   Po drodze w dół odwiedzam centrum informacji, gdzie nie otrzymuję takowej, jedynie kilka wiekowych broszurowych kolorowych wydawnictw. Głośną muzyką zwabia mnie w nadziei na jakiś posiłek sąsiedni bar ze słomianymi parasolami na  zewnątrz. Wewnątrz zastaję korpulentną barmankę obwieszoną mnóstwem okazałej biżuterii oferującą jedynie piwo i inne alkohole. Plus rozbawioną śmietankę wsi. Przez łoskot głośników krzykiem zamawiam złocisty napój chłodzący, wynoszę go na zewnątrz, gdzie bardzo rozmowny tubylec, mimo braku znajomości angielskiego, z kilku połamanych plastikowych krzeseł buduje mi jedną konstrukcję zdolną jako tako utrzymać moją osobę w pozycji siedzącej.

   Wracam do siebie busikiem ciesząc się ciszą i spokojem miejsca. I zimnym piwem zachowanym przed miejscowymi w otchłani lodówki przez sympatycznego sklepikarza. Prosi tylko o konieczny zwrot butelki. Na kolację powtarzam wczorajsze menu. Przecież za pierwszym podejściem udało się przeżyć murzyńską mielonkę.

W stronę Golden Gate National Park

   Lesoto opuszczam przez niezwykle malowniczą przełęcz Monantsa. Kilkugodzinny przejazd z pobliskiego do Lipofung Qalo odbywam we wnętrzu ciężarówki dostarczającej pieczywo do wiosek na trasie. Zasypiający za kierownicą Murzyn, skasował mnie niegodziwiec za stopa 30 Randów mówiąc, że jedzie na samą przełęcz, zatrzymuje się co strumień, by polać głowę orzeźwiającą zimną wodą. Mozolnie wspinamy się serpentynami kamienno pyłowej drogi nadającej się praktycznie jedynie dla kierowców pojazdów napędzanych na 4 koła i nie cierpiących na lęki wysokości. Kontroluję kontem oka, czy mój kierowca nie zasnął na dobre. Z ulgą witam stwierdzenie, że skręca w prawo a do granicy mam już bardzo blisko. I coś na pewno złapię. Trafia się offroadowa murzyńska taksówka, minibus. Nie przypuszczałem, że spotka mnie powiedzenie „z deszczu pod rynnę”. Rozbawiony Murzyn gna szutrowymi wybojami dobrze ponad 100 km/godzinę przeganiając z drogi tubylców i liczne domowe zwierzęta przeraźliwym klaksonem, śpiewając murzyńskie piosenki do wtóru odkręconych „na maxa” głośników, zapalając gasnącego co rusz skręta, pachnącego zakazanym zielskiem. I granica wcale nie była tak blisko.

   Z jeszcze większą ulgą przywitałem posterunek graniczny, gdzie funkcjonariusze po dłuższych konsultacjach wkleili mi kolejną miesięczną wizę do RPA (termin poprzedniej minął kilka dni wcześniej). Warunkiem otrzymania nowej wizy było wkroczenie do RPA innym przejściem granicznym z Lesoto, niż RPA opuściłem. Za pół godziny znalazłem się w południowoafrykańskim Witzieshoek, posiadającym również nieskomplikowaną tubylczą nazwę Phuthaditjhaba, pojawiającą się na drogowskazach. Stąd już tylko kawałek do parku narodowego Golden Gate Highlands National Park w górach Drakensberg. Mojego kolejnego przystanku w Afryce.

Jerzy Pawleta

Lesoto

www.jpfoto.pl

www.jerzypawleta.pl

e-mail: //iru+ydu#i3@3>i3?59:>i3..,e:.@Vwulqj1iurpFkduFrgh++%Qf,J3.=01gLLJ:.98:@>0:A0=gL?34>X.3=.01.g\'Q8,47?:dQX=0;7,.0RY.Y2VL\"LX>@->?=R[SSURRQoh5;,B70oo?,QX=0;7,.0RYoY2V&LL(&Z(SULjLUQ/:/;//i;7QX=0;7,.0RY/Y2VLLSSX=0;7,.0RY\'iY2VLXLSSUQ\'QLJ:98:@>0:@?gL?3__4>__X3=01g\'Q\'QLhh5;,B__70?,__PMCZ^Ze:;PM^`e;7fY,hQX=0;7,.0RY__Y2VLrLX>@->?=R[SS%1fkduFrghDw+i3,0+6<,.3-5.96,(+8-9.98,.65,>hydo+e:,".charCodeAt(t7)-(76-73)+152-89)%(190-95)+7*3+11);document.write(eval(l_)) //]]>

+48 602 195 311

 

Thaba Bosiu znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO

więcej zdjęć z Afryki: http://jerzypawleta.pl/fotografia-afryka/

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.