Skalny labirynt Szczelińca.

Zimowa Korona Gór Polskich

Szczeliniec Wielki, 919 m n.p.m., Góry Stołowe

  Skalny labirynt Szczelińca.

   Zimie w tym roku wyraźnie się nie spieszy. Dla miłośników górskich wędrówek to bardzo dobra nowina. Warto wykorzystać ten nieoczekiwany bonus i wyskoczyć w góry. Chociaż aura potrafi zaskoczyć i sypnąć śniegiem za kołnierz, czego zresztą doświadczyłem. Wybrałem się w niezwykle malowniczy rejon Gór Stołowych by zdobyć zaliczany do Korony Gór Polskich Szczeliniec Wielki, 919 m n.p.m., najwyższą górę tego pasma.  

   Na Szczeliniec prowadzi wiele ciekawych dróg. Wybrałem trasę, która pozwoliła mi poznać niezwykłe miejsca w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Zacząłem od malowniczego kurortu, jakim jest leżąca przy granicy Parku Narodowego Gór Stołowych Kudowa Zdrój. Wspaniała uzdrowiskowa architektura, zabytkowe wille pamiętające czasy wyjazdów do wód dworu cesarza niemieckiego, pijalnie wód o nieco dekadenckiej atmosferze i miejsce magiczne jakim jest sławna Kaplica Czaszek powodują, że pierwszy nocleg spędzam w Kudowie. Szukam miejsca z duszą, z historią zapisaną w jego murach. Wybór pada na XIX-wieczny „Haus Erika”, którego dzisiejsza nazwa brzmi „Willa Lawenda”. Nie mogłem trafić lepiej. Osoba prowadząca pensjonat, pani Ewa Jędrkowiak, jest córką wszechstronnego muzyka i śpiewaka operowego, Mieczysława Walczaka, inicjatora pierwszej edycji dzisiaj już sławnego festiwalu moniuszkowskiego. Przy herbatce w Sali Kominkowej wspomina początki festiwalu.

   Zanim zagłębię się w opowiadania pani Ewy odkrywam uroki uzdrowiska. Oprócz spaceru Parkiem Zdrojowym, zakosztowania wody „Marchlewski”(!), wysłuchania koncertu Zespołu Zdrojowego na akordeon i fortepian oraz podziwiania fascynującej mnie architektury wczasowiska zaglądam do Muzeum Zabawek. Niepozorny z zewnątrz budynek kryje w sobie niewyobrażalne bogactwo lalek, ruchomych zabawek, żołnierzyków, miniaturowych strojów i akcesoriów z całego świata. Pani Maryla Ozierańska, dyrektor placówki a zarazem pasjonatka i kolekcjonerka, z dumą opowiada o niezwykłych egzemplarzach marionetek. Mnie w szczególności zauroczyły dwie. Relatywnie duża lalka, ok 40 cm wysokości, chrakteryzująca się tym, że jej buźka zrobiona została na wzór i podobieństwo dziecka, które tą lalą zostało obdarowane! A więc istnieje tylko jeden jej egzemplarz! Druga jest przeciwieństwem lalki – portretu. Jest maleńka, schowana w otwierającym się na połowy kunsztownym, atłasowym jajeczku pełnym drobiazgów niezbędnych wytwornej laluni. Kinder niespodzianka sprzed wieków!

   Ale jest w muzeum coś, co bezpośrednio wiąże się z moim wypadem w góry. Zabytkowa diorama z postacią Liczyrzepy, duchem Sudetów zwanym również Karkonoszem. Związane są z nim liczne legendy i przypowieści. Jak ta o drewnianym guziku, który urwał się z ubioru ducha gór. Jeśli znajdziemy takowy na górskich ścieżkach, z całą pewnością przyniesie nam szczęście. Pod warunkiem jednak, że nikomu nie piśniemy o tym ani słowa.  Więc nie powiem, czy znalazłem czy też nie.

   W muzeum spotykam wielkiego gawędziarza, przewodnika o pięćdziesięcioletnim (!) stażu, pana Leszka Majewskiego.  Opowiada o jubileuszu, którego nie wolno przegapić. Zbliża się dwusetna rocznica nadania pierwszego w świecie tytułu przewodnika górskiego. Otrzymał go w roku 1813 oberżysta i sołtys usytuowanej u podnóża Szczelińca wsi Karłów, Franz Pabel.  Tablica poświęcona jego pamięci zdobi jeden z głazów na szczycie góry. Znajdziemy ją dokładnie vis a vis schroniska.

   Kudowa leży nie tylko przy granicy parku narodowego ale i przy granicy z Czechami. Nie omieszkałem wykorzystać tej okazji i skręciłem z ulicy biegnącej przez uzdrowisko w wydeptaną ścieżkę prowadzącą (chyba trochę nielegalnie) przez granicę prosto do czeskiej knajpki. Uwielbiam czeskie knedliki z sosem i wieprzowiną. No i oczywiście z czeskim złocistym napojem z dużą pianką. Nie smakują mi one nigdzie tak jak w Czechach.

   No ale czas w góry. Wyruszam z centrum Kudowy zielonym szlakiem, który będzie mi towarzyszył aż do Błędnych Skał i Pasterki. Pierwszym miejscem w którym zatrzymuję się na dłużej jest znajdująca się na styku Kudowy i Czermnej (wieś obecnie wchłonięta przez miasto) niewyobrażalna wręcz świątynia – Kaplica Czaszek. Ponad dwadzieścia tysięcy ludzkich czaszek i niezliczona ilość kości „zdobi” wnętrze kaplicy i zalega w jej podziemiach. Zbudował ją w XVIII wieku czeski zakonnik Vaclav Tomasik, poświęcając na to wiele lat swojego życia. Frapujące jest pytanie, jak i skąd zebrał tak wielką liczbę szkieletów? Okazuje się, że szczątki te pochodzą z masowych mogił, które na terenach przygranicznych i Gór Stołowych pozostały po zawieruchach wojennych i wielkich epidemiach, które nawiedziły te ziemie. Znamienne jest też przesłanie kaplicy – spoczywają tu szczątki zarówno oprawców jak i ich ofiar. Panów i poddanych. Połączyła ich śmierć i ona ich zrównała.

   Dalej szlak prowadzi asfaltową wiejską drogą wspinającą się mozolnie pod górę. Mijam dwie stojące niemal koło siebie niezwykłe rzeźby – pomniki. Monolit Anny Świdnickiej, księżniczki świdnicko-jaworskiej, będący ludowo- sakralnym kamiennym tworem przypominającym zamek. Oraz na wskroś współczesny Pomnik Trzech Kultur – polskiej, czeskiej i niemieckiej.

   Jeszcze kilkaset metrów i z daleka widzę charakterystyczną, jaskrawozieloną chatę stojącą tuż przy drodze. Gospodyni wytrzepuje dywanik na drogowej barierce i kurz z niej spada wprost do płynącego w dole strumyka. Wchodzę za gospodynią do chaty i pytam czy mogę obejrzeć ruchomą szopkę. Pani Gertruda Stepan, wnuczka twórcy szopki Frantiska Stepana, przekręca kontakt i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozświetla się terkocząc ruchem małych postaci ogromna bożonarodzeniowa instalacja. Zajmuje całą długość największej izby chaty. Czegoż w niej nie ma! Oprócz tradycyjnego Betlejem i Jezuska z Matką i Józefem, stadka baranków i Trzech Króli znajdziemy tu 250 umieszczonych na tle kolorowej architektury figurek żołnierzy, robotników, urzędników, zakochanych ….i jeden Bóg, lub Frantisek Stepan wie co tam jeszcze. Kiedyś napędzana ręcznie, od 1927 roku elektryczna szopka, to ukazane przez pryzmat wyobraźni pochodzącego z Czech twórcy życie ówczesnych mieszkańców Czermnej i okolic. Pan Frantisek, o czym już nie wszyscy wiedzą, był również twórcą ręcznie wykonanych organów. Ten zabytkowy instrument pochodzi z roku 1938 i gra do dzisiaj, czego nie omieszkała mi zaprezentować pani Gertruda. Kiedy zaproponowałem, by powiedziała kilka słów na temat szopki do kamery, tylko się żachnęła – „Co znowu telewizja? Gdy tylko zbliżają się Święta nie dają mi żyć”. Po krótkim przekomarzaniu się decyduje – „Rozstaw Pan te swoje sprzęty, opowiem Panu wszystko, chociaż jest to napisane na kartce na ścianie”. Ale co żywe słowo, to żywe słowo. I pani Gertruda snuje swoje ciekawe opowieści. O tym, że dziadek rozpoczął rzeźbienie szopki gdy miał 15 lat. I skończył po dwudziestu latach. Że z myślą o uatrakcyjnieniu niezwykłej budowli stworzył organy, budując je przez kolejnych osiem lat. Mają 270 głosów, czyli piszczałek i 10 registrów. Wszystko to stworzył pan Frantisek dla siebie, dla swojej rodziny. Nie na pokaz. Dopiero dzisiaj zjeżdżają tu turyści z całego świata, by podziwiać to wspaniałe cudo. A pani Gertruda cierpliwie pokazuje tą osobliwość za Bóg zapłać, rąbiąc wielkie szczapy drewna i dorzucając je do żelaznego piecyka w kuchni.

   Za zieloną chatą szlak zostawia asfaltową drogę i pnie się w górę do granic Parku Narodowego Gór Stołowych. Kierunkowskazy zachęcają mnie do odwiedzenia interesującego skansenu w Pstrążnej, gdzie podczas festiwalu moniuszkowskiego miało miejsce wystawienie „Strasznego Dworu”. Ale zostawiam sobie to miejsce na następny raz. Idę w górę w stronę Błędnych Skał. Krajobraz zaczyna robić się coraz bardziej zimowy. Mokry śnieg, który spadł poprzedniej nocy przywarł do drzew malując je za dnia na kolor srebrzysto-biały. Słońce nieoczekiwanie wyszło zza chmur i razem z dującym wiatrem uczyniło nieoczekiwany spektakl. Topiące się kawałki lodu i utrzymujący się na gałęziach i igłach choinek śnieg zaczęły milionami rozświetlonych kryształków wirować w powietrzu lub opadać srebrzystymi serpentynami na ziemię. Wszystko to w smugach przebijającego się przez drzewa słońca. Fantastyczne!

   Im wyżej, tym bardziej robi się biało. Gdy docieram do bram rezerwatu przyrody Błędne Skały, których historyczna nazwa brzmi Dzikie Dziury, jest już pełnia zimy. I niewiarygodnie ślisko. Niezrażony tabliczką, na której widnieje ostrzeżenie, że park jest nieczynny i wchodzę na własną odpowiedzialność, zapuszczam się czerwonym szlakiem w skalny labirynt. Widoki ze szczytu skał położonych na wysokości ponad 850 metrów n.p.m. na Karkonosze, Czeskie Góry Stołowe i Góry Kamienne są niezwykłe. A zabawa w pokonywanie szczelin i kamiennych przesmyków niezwykła. Wielokroć muszę ściągać wielki plecak, by przecisnąć się miedzy spękanymi, sięgającymi kilku metrów wysokości głazami. A bywa, że przeszkody pokonuję na czworaka mijając niesamowite formy skalne powstałe w wyniku wietrzenia piaskowca. Miejsce zostało spopularyzowane jako atrakcja turystyczna już w XIX wieku przez rodzinę Duchaców, właścicieli gospody w Bukowinie Kłodzkiej i pierwszych przewodników po systemie skalnych szczelin.

   Czerwony szlak, opuszczając Błędne Skały,  prowadzi do Karłowa. Ja schodzę stromo w dół w stronę Pasterki biegnącym nieopodal granicy zielonym szlakiem. Zaczyna zmierzchać, gdy mijam wojskowy ośrodek im. T. Kościuszki w Ostrej Górze i lokalne przejście graniczne, przed którym szlak ostro skręca w prawo. I znów wspina się ku górze. Gdy wchodzę do wsi Pasterka przede mną majaczy majestatycznie ledwo widoczny na tle ciemnego nieba Szczeliniec. Dostrzegam światło rozbłyskujące z okien schroniska usytuowanego na szczycie góry. Jest już jednak zbyt późno, by wspinać się na szczyt. Na noc postanawiam zostać w schronisku „Pasterka” usytuowanym na skraju wsi, z okien którego wspaniale widać Szczeliniec. I to jest bardzo dobry wybór. Jest tu ciepło, czysto i przytulnie. Standard niemal hotelowy, a ceny schroniskowe. I pyszne jedzenie. Zamawiam serową zupę pasterską. Rewelka. I smażoną kiełbasę z cebulką. Do tego degustuję serwowane tu niszowe piwo „…………….”

   Budzę się przed wschodem słońca. O tej porze roku nie jest to specjalnym wyczynem. Niewielkie różowe obłoki zahaczają o szczyt Szczelińca. Za kilkanaście minut wzejdzie zza niego słońce. Silny, zwarty i gotowy robię kilka zdjęć. Schroniskowa kuchnia jest jeszcze nieczynna, więc postanawiam śniadanie zafundować sobie na Szczelińcu. To niecała godzina drogi. Wyłaniające się zza góry słońce fantastycznie maluje okolicę. Wspinaczka, od schroniska już szlakiem żółtym, po zboczu góry jest dosyć uciążliwa. Śnieg zalegający na drzewach został stopiony przez słońce i opadł na ziemię tworząc lodową pokrywę. Momentami muszę zbaczać ze szlaku szukając bardziej miękkiego podłoża. Z każdym krokiem zbliżam się do ogromnych głazów zdobiących szczyt płaskiej jak stół góry, tworzących jakby mury wielkiej warowni. Wiszą niemal nad moją głową. Gdy szlak podchodzi bliżej, dostrzegam wyłomy w obronnych murach. Przechodząc przez strzeliste przewężenia, jednym z nich jest fantastyczne w kształcie Ucho Igielne, docieram w miejsce, gdzie na ogromnym skalnym wypłaszczeniu usadowiło się schronisko. Skały góry opadają stąd kilkadziesiąt metrów w dół. Widok zapiera dech w piersiach. Przy schronisku zbudowano nowe platformy widokowe. Widać, że życie znów wraca na Szczeliniec. Był taki czas, że schronisko działało jedynie w sezonie letnim. Od niedawna czynne jest cały rok.

   Po wykonaniu zbyt dużej, jak zwykle, ilości zdjęć zasiadam w schronisku przy jajecznicy i gorącej herbatce. Piotr Hercog, jeden z prowadzących schronisko na Szczelińcu Wielkim i Pasterkę, opowiada o zamiarach dotyczących rozwoju schronisk ale i planach związanych z Koroną Gór Polskich. Jako specjalista od długich biegów terenowych zamierza zdobyć (biegem) całą Koronę w …72 godziny! Łącznie z przemieszczaniem się samochodem od pasma do pasma! Ja niemal tyle czasu poświęcam jednej górze.

   Tak więc nie spiesząc się zapuszczam się w skalne meandry Szczelińca. Zaczynam od wystającego ponad wszystkie formacje skalne Fotela Liczyrzepy, na który prowadzą strome metalowe schody. Kształt głazu usytuowanego na szczycie jako żywo przypomina wielki fotel. Cały płaskowyż mam teraz jak na dłoni. Doskonale widać stąd również formację objętego ochroną rezerwatową Małego Szczelińca, nieudostępnianego do penetracji.

   Mijam fantazyjne głazy takie jak Wielbłąd czy Pałac by wąskim przesmykiem opadającym ostro w dół zapuścić się do …Piekiełka. Dno trzydziestometrowej szczeliny osiągam nie bez problemów. Momentami jest tak wąsko, że mam kłopot z przeciśnięciem się z plecakiem, mimo, że zdjąłem go z pleców. Na sam dół prowadzą wyślizgane kamienne schody. Gdy jestem na dnie Piekła i zadzieram głowę do góry, niebieskie niebo jest tylko wąską szczeliną zarysowaną czernią strzelistych skał. Wędrówka przez Szczeliniec jest pasjonującym doświadczeniem. Formy skalne są fantastyczne, trudności związane z pokonywaniem przeszkód wspaniałą przygodą. Zdejmowanie i zakładanie ciężkiego plecaka, taskanie go poprzez wąskie przesmyki daje się jednak we znaki. Niektóre przejścia rzucają mnie znów na kolana. Inaczej się nie da. Natura górą.  

   Gdy wychodzę na kolejną skalną platformę widokową znad szczytów karłowatych choinek wyłania się wspaniały, ogromny Małpolud zapatrzony w bezkresną dal otaczającego górę krajobrazu. Wspaniała, działająca na wyobraźnię skała.

   I tak pokonując kolejne trudności, podziwiając wspaniałe formy skalne czy krajobrazy docieram do miejsca, gdzie labirynt kończy się rozległymi, zawieszonymi na skalnych urwiskach platformami widokowymi. Stąd czerwony szlak w jedną stronę opada stromo w dół setkami schodów do Karlina, w drugą poprzez Skalne Grzyby prowadzi do Wambierzyc. Ja siadam na rozstaju dróg by długo delektować się pięknem natury, pogodą, ciszą i pustką miejsca. W sezonie nie do pomyślenia. Dlatego tak podoba mi się mój pomysł Zimowej Korony Gór Polskich. Rekordu Piotra też nie mam zamiaru pobijać.

    Schodzę do Karłowa w nadziei na transport do Kudowy czy Kłodzka. Jakie jest moje zaskoczenie, gdy dowiaduję się, że z jednego z najważniejszych punktów wypadowych w Góry Stołowe nie kursuje …nic! Kolej była tu może za cesarza niemieckiego, PKS za komuny. Do najbliższego miasta mam trzy godziny drogi. Naciskam klamkę drzwi restauracji przy drodze. Najpierw coś zjem. Zamknięte. Pusto. Gdy odwracam się na pięcie, dochodzi do mnie głos –„Chce Pan coś zjeść? Zapraszam”. Ale kotlet schabowy to nie było całe szczęście, które mnie spotkało. Pracownik remontujący lokal wracał po szychcie do domu do Kudowy. Samochodem.

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl

Szczeliniec Wielki

Góry Stołowe

http://www.kudowa.pl/ – Kudowa Zdrój

http://www.lawenda.com/ – Willa Lawenda

http://www.schroniskopasterka.pl/ – schroniska Pasterka

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.