Chorwacja. Witajcie w krainie ciepłych mórz.

 

Wakacje z dzieckiem

Po pokonaniu pięknych gór Słowenii i zdobyciu wszystkich grodów i zamków na szlaku przekraczamy granicę z Chorwacją. Gdy tylko Kalinka dostrzega wymarzony błękit Adriatyku, skręcamy nad  sympatycznie zagospodarowaną plażę na obrzeżach Umag. Pięć sekund i jesteśmy przebrani w stroje kąpielowe i zakładamy specjalne obuwie chroniące stopy przed kamieniami i kolczatkami. Kolejne pięć sekund i Kalka ląduje w wodzie. Natychmiast cała zanurza się w ciepłym morzu. Błyskawicznie wystawia jednak głowę ponad wodę prychając „…ale słona!”. No tak, to nie nasz „słodki” Bałtyk. To dla niej zupełnie nowe doświadczenie.

Nie przeszkadza to Kalince w dalszej kąpieli i szalonych skokach w wodzie. Potem bierze prysznic zainstalowany przy kamiennym nabrzeżu, wypija pół butelki słodkiej wody by zabić słony smak w ustach i już jest gotowa by zobaczyć, co kryje się za niewielkim półwyspem.

A chowa się tam lodziarnia. Zakotwiczamy na dłuższą chwilę.

Rovinj, agroturystyczna niespodzianka przy weneckiej perle.

Miejsce na kolejny nocleg mamy w Rovinj. Naszym celem w Chorwacji jest wprawdzie Rijeka i wyspa Krk, ale… miasteczko Rovinj i jego okolice są tak malownicze, że zmieniamy plan. Jeśli uda nam się znaleźć tu ciekawe i niedrogie lokum, maksimum 40 euro za pokój – zostajemy. Plan prosty i dobry (Kalka mając morze w zasięgu trzech kroków ani myśli o dalszej jeździe), ale obłożenie turystami jest tu tak duże, że po godzinie poszukiwań w różnych biurach niemal rezygnujemy. Bo albo ceny są z chmur, albo odległość do wody kosmiczna, albo miejsce, które nam zupełnie nie odpowiada. I kiedy już prawie wsiadamy do auta miła pani z biura mówi – Mam tu jedno zgłoszenie dosłownie sprzed chwili, jest gospodarstwo agroturystyczne, 35 euro za dobę, jeśli Wam to odpowiada… – Jasne, że odpowiada. Po chwili jedziemy za wiekowym samochodem w którym siedzi starszy mężczyzna w stroju i ogólnym stanie wskazującym, że chwilę wcześniej pracował w polu. Mijamy zatłoczone centrum, bajeczną zatoczkę z widokiem na stare miasto

…i jesteśmy! Jeszcze kilkaset metrów szutrowej drogi w głąb gospodarstwa i stajemy pomiędzy sadem i polem truskawkowy. Dookoła rosną pomidory, arbuzy i melony. Nasz wolno stojący pawilon nie wygląda może imponująco, ale jest łazienka z prysznicem, aneks kuchenny z wszelkim niezbędnym sprzętem, przestronny pokój i południowy tarasik ze stołem i krzesłami wychodzący na pole truskawek. Jest i telewizor z chorwackimi bajkami na dobranoc. Kalinkę natychmiast witają ciekawskie koty i merdający z daleka ogonem pies. Jest jak na wsi. Nad wodę kamieniem rzucić, stare miasto pięć minut samochodem. Nie może być lepiej, zostajemy na tydzień. Zwyczajowo chcę się potargować i proponuję niższą cenę – 30 euro za dobę. „Dziadek”, bo taką ksywkę zyskał u Kalinki nasz mówiący jedynie po chorwacku gospodarz, z szerokim uśmiechem na ogorzałej twarzy zgadza się natychmiast. – Jeśli taka jest wasza wola – dodaje.

Wrzucamy nasz dobytek do pokoju i pędzimy na pobliską plażę. Ogromny trawnik kończy się piaszczysto – kamienistym wejściem do Adriatyku. Nasz obóz, łącznie z przeciwsłonecznym namiocikiem dla Kalinki, rozbijamy niemal nad samą wodą. Jest jasne, że Mała większą część czasu spędzi w morzu. Zakłada maskę do nurkowania, swoje butki …i już jest pod wodą wyskakując co rusz ponad jej powierzchnię z nowymi zdobyczami w dłoniach. Dno Adriatyku kryje prawdziwe skarby! Muszle i muszelki, kolorowe kamyki i podwodne roślinki. Kalka jest zachwycona. Już nawet słona woda nie jest taka słona.

Kąpiemy się z nią na zmianę to nurkując, to ucząc pływania, to szalejąc na dmuchanym materacu. Chwila na brzegu na kanapkę, coś nie słonego do picia, ciasteczko i Kalinka znów ląduje w wodzie. Nurkuję razem z nią. Udaje mi się złowić sporą muszlę. Idziemy pochwalić się Ewie zdobyczą. Gdy stawiamy łup na trawie, muszla nagle „dostaje nóg” i odchodzi. W jej wnętrzu zamieszkał jakiś mały krab. Po pierwszym zaskoczeniu śmiechu było co niemiara. Pomogliśmy naszemu krabiemu maluchowi wskoczyć do wody.

Kiedy słońce zaczyna opadać w stronę horyzontu Kalinka zauważa, że na zamykające naszą zatokę niewielkie wzgórze malowniczo wspina się stare miasto Rovinj, zwieńczone niemal 60-metrową wieżą katedry ostro wbijającą się w błękitno- różowe niebo. Ale fajne, idziemy tam? – pyta natychmiast. Jasne!

Prysznic, obiad na naszej hacjendzie, szybka rozmowa z kotami i dziewczyny przebrane w eleganckie sukienki już gotowe są do wyjścia „na miasto”. Parkujemy przy nabrzeżu i spacerem pomiędzy morzem a straganami z pamiątkami i wszelkimi turystycznymi niezbędnikami docieramy do usytuowanej tuż przy starówce …ogromnej trampoliny. No tak, dawno nie odwiedziliśmy żadnego placu zabaw.

Wchodzimy w wąskie, malownicze uliczki starego Rovinj, dawnej wyspy, połączonej w XVIII wieku groblą ze stałym lądem. Miasto jest tak urokliwe, jak tylko jest to możliwe w krajach śródziemnomorskich. Nic dziwnego, że jest szczególnie ulubione przez artystów, malarzy i aktorów. Piękna zatoka ozdobiona jest architektoniczną perełką pamiętającą czasy starożytnych rzymian, której wykwintnego szlifu od XIII wieku nadawali wenecjanie a rozwinęli i jeszcze upiększyli Habsburgowie w latach 1813 – 1920, kiedy to stało się największym miastem na zachodnim wybrzeżu Istrii.

Lew wenecki zdobi jedną z głównych bram, „Łuk Balbi” z 1680 roku, wiodącą w zaułki pnącej się w górę kameralnej starówki. Jej szczyt zdobi największa świątynia całej Istrii katedra Św. Eufemii. Po drodze na wierzchołek mijamy zabytkowy pałac  mieszczący obecnie Ratusz. Snujemy się pod górę pośród stolików kawiarenek i restauracji wystawionych w każdym nadającym się do tego fragmencie uliczki czy placyku. Zaglądamy do niezliczonych sklepików z artystycznymi wyrobami z których Rovinj słynie. Do maleńkich i całkiem pokaźnych galerii sztuki, które mieszczą się również …na schodach. Co roku w drugą niedzielę sierpnia odbywa się tutaj artystyczny jarmark, podczas którego malarze sprzedają swoje dzieła.

Gdy docieramy na szczyt wzgórza pod katedrę zapada zmierzch, nadając miejscu nostalgicznego, magicznego uroku. Początkowo stała tu niewielka świątynia św. Jerzego, pierwszego patrona miasta. Kiedy jednak około 800 roku umieszczono w nim sarkofag z ciałem św. Eufemii, zastąpiono go wspaniałą średniowieczną katedrą. Obecna świątynia projektu wenecjanina Giovanniego Dozziego pochodzi z I połowy XVIII wieku. Wchodzimy do wnętrza, którego główną ozdobą jest ołtarz i kamienny sarkofag z ciałem świętej. Kalinka zapala przy kaplicy jedną z setek maleńkich świeczuszek błyszczących złocistym światłem. Za to, jak mówi, żebyśmy zawsze byli szczęśliwi jak teraz.

Schodzimy w dół do portu, który z drugiej strony wzniesienia zamyka najstarszą część miasta. Siadamy na stopniach pod oświetloną późno-renesansowa wieżą zegarową pałaszując obowiązkową porcję lodów. Podziwiamy przycumowane jachty, słuchamy kameralnego koncertu odbywającego się przy nabrzeżu, chłoniemy atmosferę tętniącego życiem gwarnego placu. Ciepły, bezwietrzny wieczór sprawia, że nie chce się iść do łóżka. Ale pewnie kotki poszły już spać, więc i my wracamy do naszego „dziadka”.

Rano budzi nas słońce, które wyszło już zza otaczających nas wzgórz. Otwieramy szeroko drzwi. A tu niespodzianka. Na stoliku naszego tarasu leży wspaniały arbuz i melon oraz talerzyk truskawek. Gdy chcemy zapłacić, Chorwat zdecydowanie odmawia, zapraszając nas jednocześnie do zrywania wszelkich płodów z jego posesji. Nie krępujcie się, zbiory są słabe, więc na targ z tym nie pójdę – namawia z uśmiechem.

Istria, szlakiem pięknych miasteczek

Kolejny dzień spędzamy na plaży. A śniadania i popołudniowe posiłki z ukochanymi kotkami, dla których Kalka w pobliskim markecie kupiła nawet specjalną kocią karmę. Obie strony były zachwycone. Pies również skosztował. Następnego ranka jesteśmy już silni, zwarci i gotowi na zwiedzanie. Kanapki zrobione, termos pełen herbatki, owoce i ciastka spakowane, plecaczek Kalinki również. Kierunek – odległy o trzydzieści parę kilometrów Pazin. Miasteczko leżące niemal pośrodku półwyspu. Chcemy sprawdzić jak wygląda na Istrii życie z dala od turystycznego nabrzeża.

Lokalną wygodną drogą przez Sv. Petar szybko docieramy do celu. Parkujemy w centrum tuż przy okazałej, 45-metrowej kamiennej wieży z 1705 roku, będącej dawną dzwonnicą. To prawdziwy raj dla Kalinki. Szybko zdobywa kolejne stopnie schodów wiodących do potężnego drewnianego portalu wieży. Upsss, zamknięte. Rekompensatą jest wizyta na sąsiednim starym cmentarzu. Kalinka zafascynowana jest takimi miejscami. Jak zwykle każe czytać sobie wszystkie nazwiska wyryte na zabytkowych grobowcach. Poprzestajemy na dwóch pierwszych rzędach. Obok usadowił się XIII-wieczny kościół Sv. Nikola z mistycznym, ciemno-złotym gotyckim wnętrzem ozdobionym pięknymi freskami z roku 1460. „Spomenik Kulture”, jak pisze na mosiężnej tablicy.

Urokliwymi wąskimi uliczkami, pomiędzy kamiennymi domami krytymi czerwoną dachówką i parkiem Stari Trg, idziemy do górującego nad głębokim jarem zamku, którego zapisane początki datuje się na X wiek. Miejsce jest przeurocze. Kamienno-biały Kastel, obecna konstrukcja to wiek XVI, z jednej strony obronną elewacją wychodzi na mały ryneczek. Z drugiej wisi nad 120-metrowym klifem spadającym do dolinki zamkniętej z drugiej strony wspaniałym mostem. Płynie pod nim rzeka Pazincica wypływająca z podziemnego jeziora Martelovo tworząc pod zamkiem potężny fenomen natury o nazwie „Pazinska jama”, o którym w swoich powieściach pisał miedzy innymi Juliusz Verne. Penetracja doliny i jaskini udostępnionej do zwiedzania dopiero w roku 2007 zajmuje kilka godzin. Ograniczamy się do wnętrz zamkowych. W drodze powrotnej na pełnej kawiarenek, zamkniętej dla ruchu samochodowego ulicy Velog Joze degustujemy pyszną, mikroskopijną, niezwykle mocną kawę popijając szklanicą zimnej wody. Kalinka kosztuje zwyczajowo lody. Chyba zostanie ekspertem w tej materii. I sok ze świeżych owoców. Pychota.

Następny przystanek to odległy zaledwie o kilka kilometrów, schowany nieco na uboczu Beram. Docieramy do niego wąską krętą drogą wspinającą się stromo pod górkę. To maleńka obronna osada, gdzie wokół kamiennych domostw pozostały resztki fortyfikacji i okrągłej wieży. Zatrzymujemy się przy parafialnym kościele zajmującym niemal cały niewielki ryneczek. Jego zewnętrzna bryła z roku 1903 chowa wewnątrz piękne freski z XV wieku. Tuż przy kościele stoi, typowa dla regionów gdzie dotarli wenecjanie, smukła kampanila, wieża dzwonnicza. Jest tu niewiarygodnie cicho i pusto. Po zgiełku nadmorskiego Rovinj to zupełnie inny świat. Wydaje się, że czas zatrzymał się tu wieki temu.

Ale nie mieścina jest naszym głównym celem dla którego tu się wdrapaliśmy. Gdzieś obok powinien znajdować się kościółek Sv. Marija na Skriljinach ze sławnymi freskami z roku 1474 autorstwa Vincenta z Kastav. Rozglądamy się wokół. Żywego ducha. Ale jest karczma przycupnięta przy ryneczku. Zaglądamy do środka i pytamy o kościółek. Uprzejmy karczmarz informuje, że wstęp do świątyni kosztuje 40 kuna i dzwoni do pani, która ma klucze do fresków. Za chwilę jedziemy z nią kilkaset metrów wąziutką drogą obok kamiennego krzyża. Gdy docieramy do celu wita nas schowany pośród drzew niepozorny obiekt z niewielką dzwonnicą na szczycie i chłopak cierpliwie oczekujący na turystów, którym mógłby sprzedać wykonane przez siebie pamiątki. Wnętrze zaskakuje bogactwem swoich malowideł. Od nieco ludycznych aniołów czy kwiatów i owoców oraz świętej Marii pośród białych obłoków na kasetonowym stropie po wspaniałe gotyckie malowidła na ścianach. Łącznie z magicznym Tańcem Śmierci nad głównym portalem. W dawnych czasach nie pozostawiono jednego centymetra nie pokrytego bajecznymi freskami. Dzisiaj nie wszystkie one są jeszcze odrestaurowane. Część kościółka przy barokowym ołtarzu czeka na dokończenie prac. Widnieją tu jedynie fragmenty malowideł. Wychodzimy zauroczeni niezwykłym, magicznym miejscem. Będąca pod wrażeniem fresków Kalinka prosi o opowiedzenie historii zmartwychwstania Jezusa, bo i takie malowidło tam dostrzegła. Trudne zadanie.

Jeszcze tylko obowiązkowa wizyta na maleńkim cmentarzu przy świątyni i wracamy do wioski. Żegnamy się z naszą panią klucznik i wracamy do karczmy. Konoba „Vela Vrata” oferuje lokalne przysmaki, będące mieszanką kultur, które przez wieki przelały się przez te tereny. Od greckiej i włoskiej po węgierską, austriacką a nawet turecką. Zamawiamy zupę minestrone, zwaną tu „manistra”, która równie dobrze uchodzić może za danie główne, tak jest gęsta. Zawiera soczewicę, fasolę, kukurydzę, boczek i ziemniaki. Specjalność szefa kuchni, którą jest „pljeskavica”, czyli kotlet mielony z 3 rodzajów mięsa. Dla Kalinki ulubionego soczystego kurczaczka, ten jest przyrządzony w sosie cytrynowym. Do dań głównych smażone kartofelki i warzywa. Prawdziwa uczta za którą płacimy niecałe pięćdziesiąt złotych (100 kuna).

Możemy jechać dalej. Kolejnym celem jest pamiętający rzymskie czasy Motovun. Mijamy zielone lasy, winnice i gaje oliwne. Gdy dawny rzymski obóz wojskowy wyłania się nam zza jednego z licznych zakrętów jesteśmy oczarowani. Zielona góra wyrasta z rozległej doliny, na jej zbocza wspinają się białe domy, otoczony wysokim obronnym murem szczyt wieńczą okazałe budowle kościoła i zamku. Ta część zachowała swój dawny, średniowieczny charakter. Zostawiamy auto na parkingu na obrzeżach miasteczka liczącego niewiele ponad 500 mieszkańców. Wspinamy się wąską brukowaną ulicą pomiędzy starymi kamienicami pełnymi knajpek i sklepików z pamiątkami czy lokalnymi nalewkami sprzedawanymi w fantazyjnych butelkach. Mijamy wspaniały, ocieniony cyprysami zabytkowy cmentarz (zajrzymy do niego wracając, Kalinka nie przepuści okazji, by dowiedzieć się, kto tu został pochowany) i po chwili docieramy pod miejską bramę. Przekraczając ją wchodzimy do niezwykłego, czarownego świata historii. Witają nas zabytkowe budynki zza których wyłania się daleko w dole piękny krajobraz, kolejna XIII-wieczna baszta z bramą do miasta, żółty kościół Sv. Stjepana z roku 1600 o barokowej elewacji, stojąca przy nim kamienna wieża zegarowa z dzwonnicą , budynki zamku, weneckie lwy umieszczone na płaskorzeźbach przytwierdzonych do elewacji budynków i …kafejki, restauracyjki, lodziarnie. W nagrodę za trud wspinaczki należy się Kalince oczywiście nagroda. Nie trudno zgadnąć, co sobie zażyczyła. Gałka lodów rozpływa się w jej ustach i na brodzie.

Pod przewodnictwem Kalinki spacerujemy urokliwymi zakamarkami starego Motovun zaglądając do wszystkich bram, wspinając się na każde z napotkanych schodów, z obronnych murów podziwiamy rozległy krajobraz, czerwone dachy domów opadających w stronę doliny, wieżyczki kościołów wyrastające w górę spomiędzy nich. Jest bajecznie. W jednym ze słonecznych zakątków otoczonych warownymi murami Kalinka znalazła …plac zabaw. Czeka nas tu dłuższa przerwa. Wykładamy się na ławkach  i oddajemy błogiemu lenistwu.

Ale komu w drogę… Czeka na nas dzisiaj jeszcze jedno niezwykłe miejsce – Porec i jego umieszczona na liście UNESCO Bazylika Eufrazjana. Zataczając krąg w centralnej Istrii wracamy nad morze, gdyż zabytkowy, sięgający swą historią czasów cesarstwa rzymskiego Porec jest miastem portowym. Ale zanim zaczniemy zwiedzanie poszukujemy dogodnego miejsca na kąpiel w Adriatyku. Należy się Kalince. I nam. Parkujemy przy jednym z potężnych ośrodków turystycznych usadowionych przy plaży. Mamy tu wszystko, wygodne wejścia do wody, przebieralnie, prysznice. I niespodzianka! Wielkie kolorowe zjeżdżalnie wpadające do basenów ze słodką wodą. Ale i koniec ciszy i spokoju.

Na wielki parking przy starówce w Porec docieramy, gdy słońce zaczyna już chylić się ku zachodowi. Szybkim krokiem zmierzamy do bazyliki mijając po drodze wiele urokliwych zakątków, budowli czy ulic. Wpadamy na tłoczny deptak zwany jeszcze z czasów rzymskich Decumanus i w bocznej uliczce Sv. Eleuterija znajdujemy wspaniałą bizantyjską bazylikę, której obecna forma pochodzi z VI wieku. Początki świątyni Eufrazjana datuje się na czwarty wiek. Z tego też okresu pochodzą pierwsze mozaiki. Zachwycają złocone, przedstawiające sceny biblijne freski zdobiące jej wnętrze. To jeden z najlepiej zachowanych przykładów sztuki bizantyjskiej w Chorwacji. Ozdobne cyborium nad ołtarzem pochodzi z XIII wieku. Schowany nieco w jego cieniu ksiądz odprawia akurat mszę. Nie chcąc przeszkadzać udajemy się najpierw na wieżę dzwonniczą. Nareszcie Kalinka może, co uwielbia czynić, wspiąć się na jej szczyt. Wita nas tam bajecznie zachodzące nad Adriatykiem słońce, prześwitujące pomiędzy wieżami kościołów w Porec oraz …donośny dźwięk dzwonów, które nagle, dosłownie nad naszymi głowami, rozkołysały się i zaczęły niezwykle głośno wybijać swe melodie. Uciekamy po schodach w dół by jeszcze raz zajrzeć do świątyni. A potem nasycić się pięknem starówki, której wiele domów jest jakby żywcem wyjętych z Wenecji. Ich bogate elewacje przypominają do złudzenia te z miasta na włoskiej lagunie. Gdy docieramy nad bulwar na nabrzeżu do naszych nozdrzy dociera zapach gorącej pizzy. Otwarta na morze knajpka kusi gwarem gości i zapraszającym gestem gospodarza częstującego już na wejściu domową rakiją. Nie dajemy się długo namawiać. Srebrzysto-fioletowa woda Adriatyku, podświetlone przez słońce schowane za widnokręgiem wieloma odcieniami niebieskiego i różu niebo, zapalone dookoła lampki, jaśniejące w półmroku elewacje sąsiednich zabytkowych budynków tworzą niezwykła atmosferę. Lokujemy się wygodnie w szerokich ławach i pałaszujemy pyszne pizze. Należało nam się.

Pula, rzymski amfiteatr

Następne dwa dni leniuchujemy do oporu na „naszej” plaży w Rovinj odwiedzając wieczorami stare miasto. Ale będąc na zachodniej Istrii nie sposób nie odwiedzić kolejnego niezwykłego miasta, jakim jest oddalona o około 35 kilometrów Pula. Jadąc wybrzeżem po drodze wstępujemy do maleńkiej Fazany. Wśród malowniczej, kolorowej architektury przycupniętej przy porcie wałęsają się nieliczni turyści wybierając raczej kafejki czy plażę. Tu nawet ryneczek i XV-wieczny kościół świętych Kosmy i Damiana wychodzi na morze.

Do Puli to już kamieniem rzucić. Parkujemy w centrum miasta vis a vis fantastycznej, ogromnej budowli, jaką jest wzniesiony przez cesarza Wespazjana antyczny amfiteatr z I-szego wieku n.e. Jego kamienna biała fasada wspaniale odcina się na tle błękitnego nieba. Jest jednym z trzech, po rzymskim Koloseum i El Jem w Tunezji, najlepiej zachowanych amfiteatrów Starożytnego Rzymu. Choć wstęp nie jest tani, 20 kuna od osoby, a sporą część wspaniałego obiektu zobaczyć można od strony wspinającego się w górę starego miasta, kupujemy bilety. I to jest dobry pomysł, bo ogrom budowli i zagubienie skazanych na śmierć jeńców czy gladiatorów odczuć można dopiero znajdując się wewnątrz owalnych murów pnących się kilkoma piętrami ku górze. Plac amfiteatru wypełniony jest setkami błękitnych krzesełek ustawionych naprzeciw sceny, na której odbywają się okolicznościowe spektakle. Kalinka wzięła sobie za punkt honoru, by policzyć wszystkie z nich. Na szczęście przekroczenie granicy setki w matematyce jest jeszcze poza jej zasięgiem, więc dała spokój i mogliśmy dalej zwiedzać obiekt, łącznie z jego umieszczoną w podziemiach wystawą. Tu Kalinkę interesowały głównie podświetlane plansze z historią i wykopaliskami oraz antyczne amfory. I kościotrupy złożone w grobach pod kamienną ścianą. Zadawała kłopotliwe pytania typu: Czy to są panie czy panowie?

Przez łukowe otwory amfiteatru widać klasyczny biały chorwacki kościółek Sv. Antuna z kampanilą sterczącą wysoko w niebo. To kolejny punkt naszej wycieczki. Dalej mijając okazałe mieszczańskie kamienice czy kościół o klasycystycznej elewacji i romańskich absydach, katedrę Wniebowzięcia NMP, zmierzamy deptakiem starówki do punktu centralnego Puli, jakim jest ogromne Forum. Plac wokół którego usytuowało się szereg wspaniałych budowli świeckich i świątyń. Miejsce, które zachowało najważniejsze funkcje miasta przez dwa tysiąclecia! Forum podzielone jest od czasów rzymskich na dwie części. Niższą dla plebsu i wyższą dla dostojników usytuowaną przy świątyniach. My zasiadamy oczywiście w części wyższej, na rozgrzanych kamiennych schodach rzymskiego Kapitolu z I-szego wieku i podziwiamy świątynię Augusta, pozostałości świątyni Diany czy zamienią na ratusz dawną bazylikę usadowione pośród średniowiecznej architektury rynku. Jest to jedyny w całej Chorwacji i jeden z nielicznych w Europie tak wspaniale zachowany kompleks i przykład rozwoju miasta od czasów romańskich do współczesnych. Bo nie brak tu i kamienic z XVIII, XIX czy dwudziestego wieku. Warto chwilę posiedzieć na Forum w jednej z wielu kafejek, by wchłonąć atmosferę miejsca. Nas zbliżający się wieczór gna wąskimi stromo pnącymi się w górę uliczkami dalej, bo chcemy zobaczyć w Puli jeszcze kilka miejsc. Jak kościół i klasztor Svetog Franje z 1227 roku, gdzie Kalinka gestem „Ave, Cesar!” pozdrawia pozostawione w dole miasto i jego mieszkańców. Jak osadzony na szczycie miejskiego wzniesienia dawny fort i latarnię morską, obecnie „Povijesni Muzej Istria”. Jego żeliwne armaty znakomicie służą dziewczynom za stalowe rumaki. Co nie przeszkadza Kalince ciekawie zajrzeć do ich pysków, czyli otworów dział. A nuż jest tam jakiś skarb. I w ogóle jak to działa, że one strzelają? W wojsku nie byłem, ale odpowiedź musiałem znać. Ze szczytu dawnej latarni rozpościera się wspaniały widok na całe rozległe miasto, romański amfiteatr i port. Podziwiamy wielką czerwoną kulę słońca opadającą do Adriatyku za portowymi żurawiami.

Gdy schodzimy w dół do starego centrum powoli zapada zmrok. Czas na kolację. Siadamy w lokalnej knajpce o swojsko brzmiącej nazwie – Bistro Barbara, której stoliki stoją wprost na wąskim deptaku pomiędzy średniowiecznymi budowlami. Ceny za główne danie zawierają się pomiędzy 50 a 70 kuna. Zamawiamy półmisek różnych tutejszych ryb na dwie osoby i panierowane kalmary. Wszystko jest niezwykle świeże i pyszne. Kalinka zajada, aż jej się uszy trzęsą. Próbuje nawet kalmarów. Zachwycona nie jest. Śmierdzą rybą – twierdzi. O dziwo lokalne ryby rybą jej nie śmierdzą. Nie przeszkadzają jej nawet z ciekawością zaglądający nam do talerzy ocierający się o stoliki turyści. Nam też nie. Jest po prostu śródziemnomorsko, czyli beściarsko…

Kalinka tak nabrała sił po obfitym posiłku, że zupełnie serio wzięła się do zabrania na pamiątkę stojącej na jednym z placów koło amfiteatru żeliwnej kotwicy. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pochodziła z wielkiego statku i miała z dziesięć metrów długości. Wręcz oczka łańcucha tej kotwicy nie dało się unieść. Nie pomogło nawet hasło – Juruś, pomożesz? Dasz radę?- Wróciliśmy do Rovinj bez kotwicy. Kalka do dziś nie może tego odżałować.

Jeszcze dwa dni odpoczynku na plaży w Rovinj i ruszamy dalej, żegnając naszego sympatycznego dziadka, który w międzyczasie nauczył Kalinkę kilku chorwackich słów, oraz wszystkie koty i psy. Będzie nam, a zwłaszcza Kalince, ich brakować. Również codziennej porcji świeżych owoców prosto z sadu.

Odkrywanie wysp Cres i Losinj

Kierując się przez centralną część Istrii w stronę Rijeki docieramy na wschodnie wybrzeże półwyspu. Zatrzymujemy się nad urzekającymi fiordami wcinającymi się w okolicach Plomin w głąb lądu turkusową wodą. Na Adriatyku ciągnie się po horyzont archipelag wysp Cres i Losinj. Działają na nas jak magnes. Poddajemy się ich magii. Po kilku kilometrach skręcamy opadającą ostro w dół drogą nr 402 w stronę przeprawy promowej Brestova – Porozina prowadzącej na Cres. W kolejce do promu stoi kilkanaście rozgrzanych w słońcu samochodów. Mamy około 45 minut czasu do rejsu. Przejrzystą jak kryształ wodą kusi zatoczka przy porcie, gdzie do stromego zbocza opadającego wprost do morza przykleiła się niewielka kamienista plaża. Spoglądamy na siebie i Kalinkę…i ze śmiechem pakujemy do torby nasze stroje kąpielowe, buty do kąpania i maskę. Dwie sekundy i taplamy się w wodzie. Jaka rozkosz! Jaki widok na wyspy!

Gdy dostrzegamy nadpływający prom wskakujemy do auta i po chwili, i uiszczeniu 151 kuna opłaty, wjeżdżamy na ogromny statek linii Jadrolinija o nazwie „Rijeka”. Więc jednak Rijeka nas nie minie. Wchodzimy na górny pokład. Kalinka jest zachwycona ogromem promu i podróżą statkiem. Długo wpatruje się w wodę rozcinaną przez jego dziób. Biega po pokładach i jego wnętrzach. Aż dostrzega bufet z …lodami. Te ją wreszcie usadzają na miejscu.

Lądujemy na kamiennej wyspie. Od razu wiemy, że się nam tu spodoba. Jest malowniczo i dziko. Jazdę utrudniają oprócz wąskiej drogi wspaniałe widoki wyłaniające się za każdym zakrętem, zmieniająca się co rusz przyroda, która z bujnej na Istrze przechodzi tu w surową i suchą. Miasteczko Cres wita nas maleńkim kamiennym XV-wiecznym kościółkiem św. Franciszka. I brakiem miejsca do zaparkowania samochodu. Najwyraźniej nie jest nastawione na masową turystykę. Gdy dosłownie po kilku minutach przemierzamy miasteczko i docieramy do uroczego, okolonego pięknymi śródziemnomorskimi kamienicami i kolorowymi domami portu, będącego zarazem centrum miasta, decydujemy by tu zostać. Ale nie jest to proste. Brak miejsc. Odwiedzamy kilka agencji w porcie. Nic albo za drogo. Podoba nam się pensjonacik w przyportowej ulicy. Z głupia frant dzwonimy do drzwi. Jest jeden wolny pokój! 40 euro za dobę, czyli mieści się w naszym budżecie. Oczywiście bierzemy.

Jeszcze tego samego dnia jesteśmy na pięknej plaży usytuowanej na granicy miasta. Dobrze zagospodarowany kompleks ciągnący się na przestrzeni kilkuset metrów oferuje szereg knajpek, place zabaw i przystosowane do wspaniałego wypoczynku nabrzeże. Woda jest bajeczna. Ciepła i czysta. Uroczego kolorytu miejscu nadaje niewielki kamienny kościółek stojący przy plaży i wspaniałe widoki czy to na łagodne góry otaczające głęboko wcinającą się w ląd zatokę czy to na jej ujście do morza.

Po zachodzie słońca, dziewczyny obowiązkowo w strojach wczasowo-wyjściowych, udajemy się na uroczystą kolację z okazji… właściwie, to każda okazja jest dobra. Spacerując wzdłuż nabrzeża starej mariny tworzącej coś na kształt prostokątnej podkowy pełnej jachtów, łódek, motorówek czy małych stateczków, pilnie studiujemy menu licznych restauracyjek i knajpek. Ale głównie tych pełnych ludzi. Zwłaszcza mówiących po chorwacku. Tutejsi najlepiej wiedzą, gdzie dostaniemy świeże owoce morza czy rybę za rozsądna cenę. Buffet Regata spełnia wszystkie nasze wymagania. Do naszego stolika wystawionego na ulicę niemal przycumowane są portowe łodzie. Pod nimi pływają całe ławice sporych ryb czyhające na okruchy ze stołu. W wodzie odbijają się światła nabrzeża i gwiazdy wiszące gęsto na niebie. Jest magicznie. Zamawiamy lignje z rusztu, czyli kalmary, skampi na szpinaku i czosnku oraz kawał „normalnego” mięsa z rusztu na cebulce z frytkami dla Kalinki. Istryjskie wina są zdecydowanie godne polecenia. Zwłaszcza białe malvazija i muskat oraz czerwone teran. Do kolacji wybieramy po lampce białego. Jedząc w restauracjach staraliśmy się nie przekraczać kwoty 100 kuna. Dzisiaj było to nie do zrobienia. Ale co tam, żyje się raz…

Kolejny dzień rozpoczynamy od niespiesznego śniadania na tarasie naszego pensjonatu i zwiedzania miasta. Niewielki Cres ma nadspodziewanie wiele do zaoferowania. Bardzo dobrze zachowane są trzy bramy miejskie z czasów weneckich (Bragadina, Marcella i brama św. Mikulo z XVI wieku). Wchodząc w wąskie uliczki najstarszej części przylegającej do portu od razu wpadamy na XV-wieczny Pałac Arsan (Petris) zbudowany w stylu weneckiego gotyku, obecnie muzeum. Wczorajszego wieczora odbywał się na jego dziedzińcu, pod pomnikiem urodzonego tu filozofa i pisarza Frane Petrica (1521-1567), otwarty turniej szachowy, dzisiaj rano panuje tu cisza i spokój. Jedynie w sąsiedniej kafejce kilku mężczyzn popija poranną kawę, czytając gazetę, dysputując o polityce czy sporcie lub ubijając szybkie interesy. Parę kroków w głąb labiryntu znajdujemy wspaniały parafialny kościół Matki Bożej Śnieżnej. Ozdobą kamiennej fasady jest renesansowy portal przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem. Z obu stron z filarów spoglądają postacie Anioła Gabriela oraz św. Marii Panny ze sceny Zwiastowania. We wnętrzu godna obejrzenia jest drewniana Pieta z XV wieku.

Przechodząc przez główną bramę miasta wchodzimy na niewielki plac z fontanną przy marinie, nad którym dominuje wysoka XVIII-wieczna dzwonnica wzniesiona w miejsce starej zniszczonej uderzeniem pioruna. W starej części miasta znajdziemy również ratusz i wieżę miejską z zegarem z XVI wieku.

Idąc w stronę okrągłej weneckiej baszty natykamy się na niepozorny kamienny kościół św. Izydora (zwany Sidar). Jest to najstarszy kościół w Cres, którego romańska apsyda pochodzi z VII-VIII wieku. Obecna XII-wieczna świątynia ma ciekawy gotycki portal i dobrze zachowaną dzwonnicę. We wnętrzu podziwiamy późnogotycką kolekcję drewnianych figurek, w tym św. Izydora, patrona miasta.

Z portu widać również ciekawą architekturę żeńskiego klasztoru benedyktynek z XV wieku jaśniejącego na tle gór na granicy miasta.

Następnego dnia po całym ranku nicnierobienia na plaży pakujemy nasz piknikowy zestaw i gnamy na zwiedzanie archipelagu z zamiarem dotarcia na sam jego koniec, do Veli Losinj. Miejsca, gdzie kończy się droga. Gdzie kończy się świat. Wysp Cres i Losinj. Mamy do zrobienia szmat drogi, jak na tutejsze realia. Około 60 kilometrów w jedną stronę. Ale po kąpieli jesteśmy głodni, więc już po kilku kilometrów skręcamy na lunch do małej wioski Loznati zwabieni szyldem gospody. Liczymy na swojskie klimaty.

Ozdobą dość chaotycznie zabudowanej wioski jest maleńki biały kościółek z dzwonnicą i cmentarzem. Jego malowniczym tłem jest zlewająca się z ozdobionym rozwianymi chmurami niebem błękitna toń Adriatyku. Rozdziela je górzyste wybrzeże stałego lądu zamykające horyzont. Vis a vis świątyni znajdujemy pełną gości, schowaną pośród drzew figowych konobę Bukaleta. Posiłek zaczynamy od tacy z prsutem, wędzoną cienko krojoną szynką, serem i uwielbianymi przez Kalinkę oliwkami. Klasyczną przystawką Kwarneru. Danie główne to pasticada, sławny dalmatyński gulasz z kopytkami. Zamawiamy też baraninę przyrządzoną w gorącej oliwie z makaronem. Kalinka z zaciekawieniem wącha wszystkie przyprawy, niemal wsadza nos do karafki z oliwą czy domowym octem. Świeży biały chleb macza w oliwie wylanej na małym talerzyku. Jest zachwycona jej smakiem. Jedzenie jest świeże i pyszne. Dajemy radę nawet nieco dziwnie pachnącej lokalnymi przyprawami baraninie. I niemal mieścimy się w stu kunach. Niemal.

W połowie wyspy droga przechodzi bez mała w autostradę. Robi się szeroka i wygodna. Szybko mkniemy na południe mijając w pamiętającym czasy rzymskie Osor wąski przesmyk między wyspami. Od tego momentu cały czas morze mamy to po lewej to po prawej stronie. Niemal zalewa drogę. Mijamy duży Mali Losinj by po chwili dotrzeć do wyboistego ronda w małym Veli Losinj, oznaczającego definitywny koniec drogi. Zostawiamy auto gdziebądź i mijając nadzwyczaj ciekawy kościół Matki Boskiej od Aniołów z roku 1510 spacerujemy do miasteczka. Jest przeurocze. Ciasna kolorowa zabudowa rozlokowała się po obu stronach wąskiego portu zamykającego zatokę Javorna, dzisiaj raczej turystycznej mariny. Na skraju nabrzeża, nad samą wodą, zapraszają nakryte białymi obrusami stoliki kilku restauracji. Antyczne i nowoczesne kafejki powciskały się w zakamarki zabytkowej architektury. Siedząc wygodnie w wiklinowych fotelach, zajadając się smakowitymi lodami i popijając mocną kawę podziwiamy barokowy kościół o łososiowej elewacji powstały obok najstarszego XIII-wiecznego gotyckiego kościoła Sv. Nikola. Zza niego wystaje smukła kampanila. Bulwar nad wodą ozdabiają liczne znakomicie zachowane kamienice jak piękny neoklasycystyczny Dom Narodowy założony przez chorwackich patriotów.

Dziewczyny ruszają na podbój straganów z pamiątkami, ja mam czas na zdjęcia. Razem już wędrujemy w stronę klifowego wybrzeża koło kościołów. Na jego szczycie, na samym cyplu w XVIII wieku zbudowano niewielki kościółek służący marynarzom nie tylko  za miejsce do modłów, ale głównie za punkt nawigacyjny. Kalinka ciekawie zagląda do wykonanej z ciemnego i jasnego kamienia, tworzącego poziome pasy, kaplicy mieszczącej grobowce rodów Budinić and Stuparić. Dziewczyny siadają na skalistym brzegu wysoko nad taflą błękitnej wody oświetlonej z ukosa opadającym ku horyzontowi słońcem, spoglądając z nostalgią przed siebie. Tak, to już ostatnie dni wspaniałego wypadu do Chorwacji.

Powrót.

Z żalem opuszczamy wyspę i miasto Cres. Promem relacji Merag – Valbiska (identyczna cena z poprzednią przeprawą) zdobywamy wyspę Krk. Gdy zaczynamy rozglądać się za postojem nadchodzą ciemne chmury, z których po chwili urywa się potężna ulewa. Pierwszy deszcz od przekroczenia granicy Austrii ze Słowenią.

No tak, czas wracać. Po trzydziestu paru kilometrach osiągamy drugi koniec wyspy i wspaniały Krcki Most biegnący na stały ląd. Daleko w dole pod mostem widzimy małą zatoczkę z mariną. Tam musi być lokalna restauracyjka. Ostro opadającą w dół wąską drogą zjeżdżamy do małego portu. Jest i zalany deszczem niewielki pawilon w którym panuje głośna, męska atmosfera. O dziwo w ogóle to Kalince nie przeszkadza. Pośród grupki rozdyskutowanych rybaków czuje się jak u siebie w domu. Zamawiamy świeżą rybę, pyszne kalmary z grilla (są tak rewelacyjne, że nawet dziewczyny wyjadają mi co większe kawałki) i kiełbaski cevapcici dla Kalinki. Jest nimi zachwycona. Smakiem i nazwą. Do dzisiaj pytana co jej najbardziej smakowało w Chorwacji (oprócz, oczywiście, lodów) odpowiada z szerokim uśmiechem – kebabcici!

Założony cel naszej podróży, zalaną deszczem Rijekę zostawiamy z boku. Może następnym razem…

Jerzy Pawleta

Chorwacja

www.hotel-kastel-motovun.hr – hotel w zamku, Motovun

www.to-porec.com – oficjalny portal Porec w językach angielskim, włoskim i niemieckim

www.tz-malilosinj.hr – wyspa Losinj, w wielu językach, niestety nie po polsku

http://tripedia.info/location/europe/croatia/ – przewodnik po Chorwacji portalu Tripedia.info

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.