Słowenia. Ruską cestą przez Alpy.

Wakacje z dzieckiem.

Słowenia, kraj o którym coraz częściej mówi się w samych superlatywach, znalazł się na naszym szlaku w drodze do Chorwacji. Postanowiliśmy poświęcić mu więcej czasu, tym bardziej, że podróżowanie z dzieckiem wymaga zupełnie innej marszruty niż wyjazd „dorosły”. Chcieliśmy również, by wakacje rozpoczęły się w dniu wyjazdu z domu a nie przyjazdu na miejsce. Warto pokazać dziecku ciekawy świat znajdujący się na trasie, zwłaszcza tak interesującej jak nasza.

Jadąc samochodem z Poznania do Słowenii mieliśmy dwie drogi do wyboru . Krótszą przez Polskę i Czechy, ale z kiepskimi drogami i nieskończoną ilością miasteczek i radarów oraz dłuższą przez Niemcy i Austrię. Autostradami pod samą granicę ze Słowenią. Za wyjątkiem odcinka Poznań – granica z Niemcami, bo tu droga szybkiego ruchu ciągle się buduje. Uznaliśmy, że mniej męcząca dla pięcioletniej Kalinki i dla nas będzie opcja przez Niemcy. Tym bardziej, że autostrady są tu ciągle bezpłatne. W Austrii obowiązują winiety, najtańsza kosztuje 7,90 euro, ważna jest 10 dni. Rezerwujemy hotel w Salzburgu (OEKOTEL, Euglen-Muller-Strasse 9, cena 44 euro za dwie dorosłe osoby i dziecko, ze śniadaniem), zakładając, że pierwszego dnia dotrzemy do tego pięknego austriackiego grodu. Po zrobieniu około ośmiuset kilometrów jesteśmy na tyle wcześnie, że po zameldowaniu się w hotelu ruszamy na miasto. Spacer wzdłuż rzeki Salzach w stronę zabytkowego centrum zaczynamy od… placu zabaw. No tak, Kalinka musi przetestować zagraniczny ogródek.
Widoczny jak na dłoni zamek Hohensalzburg i wieże salzburskich kościołów działają na ciekawą świata Kalkę jak magnes. A moja opowieść o Mozarcie, bo właśnie tu przy Getreidegasse 9 urodził się sławny kompozytor, i austriackich kafejkach, gdzie serwowane są czekoladowe mozartowskie kulki (w istniejącej do dziś dziewiętnastowiecznej Cafe Fust w  roku 1890 wymyślono czekoladki Mozartkugel) powodują, że przyspieszamy kroku. W Salzburgu znajduje się też najstarsza w Europie, siedemnastowieczna Cafe Tomaselli. Jest w czym wybierać, bo nastrojowe kawiarenki spotkać tu można niemal na każdym rogu. Wałęsamy się aż do zmroku po wąskich uliczkach umieszczonej w roku 1996 na liście UNESCO starówki , podziwiając między innymi pięknie oświetloną katedrę Salzburger Dom. Długi spacer wieńczą pyszne lody i wizyta na placu zabaw, oczywiście. Już wiemy, że nasze wakacyjne ścieżki będą musiały uwzględniać te dwa stałe punkty: lodziarnie i place zabaw.
Rano pogoda nie zachęca do ponownych odwiedzin miasta, pakujemy więc samochód i mkniemy w stronę Słowenii. Przejazd przez malownicze ale pochmurne austriackie góry, mosty zawieszone nad dolinami i niezliczone tunele jest dla Kalinki niezwykłą atrakcją. Wszystkie świetlne tablice informujące o przesmyku wita okrzykiem „o, tunel!”. Namiętnie sprawdza ich długości, a każdy krótszy niż 500 metrów kwituje słowami „ale słabizna!”.
Gdy przebijamy się przez ostatni z nich, niemal dziesięciokilometrowy tunel Karawanken / Karavanke (opłata 6,50 euro) na jednej z najstarszych europejskich, bo tysiącletniej alpejskiej granicy, po drugiej stronie pasma Karavanke wita nas piękne słońce. Humory poprawiają nam się jeszcze bardziej. Zjeżdżamy z autostrady i suniemy drogą nr 1 w stronę Kranjskiej Gory. Po kilkunastu kilometrach urządzamy piknik na alpejskiej łące z widokiem na białe cumulusy wiszące nad szczytami pasma Triglav w Alpach Julijskich i świętujemy kolejny czarowny dzień wakacji. Kalka nie może się nacieszyć naturą. Zbiera wszystkie kwiatki i roślinki będące w zasięgu wzroku, bo są przecież zupełnie inne niż w Polsce! Zachwyca się słoweńskimi krowami pasącymi się w cieniu góralskich chat, bo choć podobne do naszych, są wszak zagraniczne. Cieszy ją każda nowa rzecz.
Kolejny przystanek robimy w malowniczej alpejskiej Kranjskiej Gorze, gdy Kalinka dojrzała błyszczącą się srebrzyście taflę jeziora. „Stój – zawołała do mnie – idziemy się kąpać!”. Nie było wyjścia. Nad pięknie położone pośród gór jezioro i przemykającą po białych kamieniach rzeczkę zabieramy stroje kąpielowe. Krystalicznie czysta woda okazuje się być zimna jak lód. Ledwo udało się nam zamoczyć nogi. Choć byli zapaleńcy, którzy zanurzali się w tej chłodni. Pewnie zwolennicy krioterapii. Kalka nie chciała być gorsza i też planowała zanurkować. Udało się ją zastępczo namówić na puszczanie „kaczek” po wodzie. Po pół godzinie tej zabawy zaczęliśmy się obwiać, czy starczy kamieni w tutejszych górach.
Będąc w rejonie Triglava i jadąc na południe nie można przegapić jednej z największych atrakcji takiej podróży – podjazdu wąską, niebywale krętą drogą „Ruska cesta” na przełęcz Vrsic. W czasie pierwszej wojny światowej budowało ją 10.000 rosyjskich jeńców wojennych dla armii austriackiej by połączyć Kranjską Gorę z frontem austriacko-włoskim na rzece Soca. Wspinaczka coraz bardziej stromo wznoszącym się dawnym duktem na wysokość
1611 m npm wymaga od kierowcy stałej koncentracji. Ale widoki są tak niezwykłe, że nie sposób zostawić ich samym sobie. Przy każdej sposobności zatrzymujemy się by zerknąć na otaczający nas górski krajobraz, zrobić zdjęcia czy zwyczajnie dać nieco odpocząć naszemu autku. Warto również stanąć przy drewnianym kościółku zwanym Ruska Kapelica zbudowanym w roku 1917 dla uczczenia śmierci ponad stu zasypanych przez lawinę rosyjskich jeńców wojennych zmuszanych do budowy przeprawy przez górskie siodło.
Jeszcze kilkaset metrów wspinaczki Ruską cestą i osiągamy przełęcz. Widać stąd jak na dłoni piękny masyw 2864 metrów wysokiego Triglava, najwyższego szczytu Słowenii z malowniczo położonym u jego podnóża schroniskiem. Wita nas tu stado białych owiec z którymi Kalinka natychmiast się zaprzyjaźnia. I chatki z pamiątkami czy fastfoodem. Nie obyło się bez zakupu miniaturowej pluszowej owieczki na pamiątkę wyjątkowego spotkania. Na posiłek planujemy zatrzymać się po zjeździe z przełęczy w jakiejś tradycyjnej słoweńskiej karczmie. Wybór nie jest trudny. Przy przydrożnym zajeździe Gostisce Andrejc (www.gostisce.andrejc.eu) usytuowany jest niewielki plac zabaw. Zamawiamy tutaj pyszną słoweńską zupę pomidorową za 3 euro, gnocchi, czyli kluseczki w sosie zrobionym z sera gorgonzola, pomidorów i grzybów i lasagne po 7 euro. Kalinka z zaciekawieniem penetruje wnętrza zajazdu, punktując wszystkie jego niezwykłości. Myśliwskie trofea czy ceramiczne kolorowe wyroby. Odkrywa na wzgórzu wznoszącym się tuż za budynkiem konstrukcje niewielkich fantazyjnych budyneczków, które zapewne kiedyś były ulami. Nie unikniemy wspinaczki w ich stronę. Kalka wszystkiego musi dotknąć. Uwielbia poczuć fakturę różnych przedmiotów. Ale również ich zapach. Ma zadziwiający zmysł obserwacji i fascynującą ciekawość świata. Dobrze się podróżuje z takim dzieckiem.
Jedziemy dalej. Przed nami tak ciekawe miejscowości jak Bovec czy Kanal z ażurowym mostem wiszącym nad górską rzeką Soca i pięknymi zabytkowymi kamienicami. Podziwiając je, szukamy jednocześnie interesującego miejsca na nocleg.
Tak docieramy do otoczonej warownymi murami średniowiecznej, osadzonej na wzgórzu osady Stanjel, jednego z najstarszych i najbardziej malowniczych miejsc regionu Karst. Górujący nad mieścinką renesansowo-barokowy zamek zostawiamy sobie na później. Najpierw organizujemy spanie. Trafiamy do pięknego ogromnego domu, gdzie w zabytkowych wnętrzach usytuowane jest coś pomiędzy pensjonatem a agroturystyką. Gospodarze polecają nam na nocleg swój okolony kamiennym murem stary folwark z ogrodem usytuowany w przylegającej wiosce. Miejsce jest magiczne. I niemal wyłącznie dla nas. Do kolacji kupujemy od gospodarzy butelkę wina własnej produkcji a dla Małej soczek z tutejszych owoców. Kolacja w ogrodzie przy świecach jest pięknym zwieńczeniem intensywnego, ale niezapomnianego dnia.
Po śniadaniu w rezydencji Kalinka włożyła sandały i okulary przeciwsłoneczne, zarzuciła swój plecaczek na ramiona i oznajmiła, że gotowa jest zdobyć stare miasto na wzgórzu.
OK., idziemy! Pomiędzy murami grodu, basztami oraz kilkoma bogatymi kamienicami z charakterystycznymi kamiennymi fontannami na tarasowych placykach w wąskich uliczkach ulokowało się szereg niewielkich domów czy nawet chat. Wiele z nich przez wieki popadło w ruinę. Dzisiaj odzyskują dawny blask będąc często zasiedlane i zagospodarowywane przez artystów, rzemieślników czy ludzi wolnych zwodów. Powoduje to, że koloryt ciągle jeszcze cichego miasteczka staje się niezwykle ciekawy, domy i ich otoczenie nabierają ciepłych barw. Niezwykłe pomysły na wyróżnienie domostw czy ich wnętrz mogą być wspaniałą inspiracją dla coraz liczniejszych turystów. Kalinka z niepohamowaną ciekawością zagląda przez wszystkie uchylone drzwi. Jeśli są zamknięte i nie da się ich otworzyć, co nieraz próbuje zrobić  – spoziera do wnętrza przez dziurkę od klucza. Najwyraźniej fascynuje ją to miejsce. Przechodzi samą siebie przy zabytkowej studni, na którą natrafiliśmy niemal na szczycie osady tuż przy romańskim kamiennym domu. Wrzuca do niej przez żelazną kratownicę o niewielkich otworach mały kamyk i nasłuchuje odgłosów z wnętrza studni. Cisza trwa dłuższą chwilę po czym słychać cichy plusk. Studnia jest baaaardzo głęboka, co wzbudza niekłamany podziw Małej. Sprawdza jej głębokość kolejnym kamykiem. I kolejnym. I następnym. Dopiero przypomnienie, że czeka na nią ciepłe morze powoduje, że możemy jechać dalej. Niemal w biegu podziwiamy jeszcze późnogotycki kościół Świętego Daniela wklejony w starówkę Stanjel i wskakujemy do auta.
Do Adriatyku mamy już niedaleko, planujemy „zaliczyć” go w słoweńskim porcie Koper lub malowniczej Izoli, ale ruch samochodowy i korki w rejonie pomiędzy granicami z Włochami i Chorwacją jest tak duży, że od razu jedziemy w stronę chorwackiego przejścia granicznego. Kierunek Dragonja i Kastel. Stąd przemieszczamy się do najbliższego chorwackiego nadmorskiego kąpieliska i miasteczka Umag. By zanurzyć się w ciepłym morzu, z taką niecierpliwością oczekiwanym przez Kalinkę . Zostawiamy malowniczą i nadzwyczaj przyjazną Słowenię za naszymi plecami. Do następnego razu.

Jerzy Pawleta
Słowenia

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.