Beskid Mały, spotkania na szlaku.

Korona Gór Polskich
Beskid Mały. Czupel 933 m n.p.m.

Beskid Mały, spotkania na szlaku.

Dla większości turystów Beskid Mały kończy się na górze Żar nad Jeziorem Żywieckim. Dla niektórych – tam się dopiero zaczyna.
Pasmo to rozciąga się pomiędzy jednym z najpiękniejszych (i najbardziej niedocenianych, być może najsłabiej dbających o swój wizerunek) polskich miast jakim jest Bielsko-Biała a papieskimi Wadowicami i czartowską Suchą Beskidzką. Wcale więc nie tak mało, jak wskazywała by nazwa.

Kilkudniową wędrówkę rozpocząłem w od stolicy Podbeskidzia – Bielska-Białej. Chciałbym w tym miejscu w kilku słowach, choćby po części, udowodnić swoje powyższe stwierdzenie o jego pięknie. Bielsko-Biała nie bez kozery zwana jest „Małym Wiedniem”. Przybywających do tego miasta koleją wita pięknie odrestaurowany, pamiętający austro-węgierskie czasy dworzec kolejowy. Warto wyruszyć z niego na piechotę, by podziwiając wspaniałe kamienice dotrzeć do zabytkowego centrum. I tu pierwsza niespodzianka. Bielsko-Biała to onegdaj dwa miasta – Bielsko i Biała. Więc i centra są dwa. Wybór należy do nas od którego zaczniemy. Spacerując wąskimi uliczkami pamiętającymi jeszcze czasy średniowieczne czy późniejszego rozwoju miasta, do którego przyczynili się również znakomici wiedeńscy architekci, odnajdujemy z jednej strony takie miejsca jak XIII wieczny zamek książąt Sułkowskich, rezydencję Piastów cieszyńskich, a z drugiej Willę Schneidera, znakomity przykład XIX-wiecznej rezydencji fabrykanckiej. Wspaniały jest zabytkowy Ratusz Miejski, neobarokowa Kamienica Burdy, secesyjna sławna Kamienica Pod Żabami czy Hotel Pod Orłem z tego samego okresu. W jego wnętrzach dostrzeżemy kafle podłogowe, na których do dzisiaj zachowały się napisy: Wienerberger Mosaikplatten Wien. Nie można pominąć klasycystyczno-palladiańskiego Teatru Polskiego, XIX-wiecznych gmachów Hotelu „Prezydent” i Poczty Głównej z piękną fontanną.
Wiedeńską atmosferę podtrzymują również liczne restauracje i kawiarenki, jak choćby „Patria” (dawna Cafe-Restaurant Allegri), „Mimoza” (Wiener Cafe-Restaurant) czy nawet nowoczesny hotel „Vienna” w których oferuje się wiedeńskie dania i przysmaki jak roladki Franza Josefa, wiener schnitzel, tort Sachera, sernik wiedeński czy klasyczny strudel. A z głośników sączy się muzyka w wykonaniu wiedeńskich filharmoników. W marzeniach można udać się na wspaniały bal…

Ja wyruszyłem jednak w góry. Do podnóży Beskidu Małego przylega wspomniana Biała, niegdyś odrębne miasto, ważny ośrodek walki o zachowanie polskości w Galicji. Jej obrzeża prowadzą mnie do Straconki. Jeśli ktoś nie skusił się na bielsko-wiedeńskie specjały w mieście, znakomite jadło oferuje drewniana karczma w Straconce. Można również coś przekąsić na przełęczy Przegibek, gdzie wita mnie mały zajazd i moja ulubiona przydrożna kamienna kapliczka z roku 1858. Stąd wdrapuję się na pierwszy ze szczytów na szlaku – Magurkę Wilkowicką, 909 m n.p.m.
Ze szlaku znakomicie widać sąsiedni Klimczok i Szyndzielnię, którą otaczają niemal przylepione do góry zabudowania Bielska. Dalej rozpościera się całe świecące bielą budynków miasto z licznymi wieżami kościołów.
Na szczycie Magurki na turystów oczekuje duże kamienne schronisko pamiętające czasy początków zorganizowanej turystyki w tym regionie. Powstało już w roku 1903. Miejsce, jak na bliskość dużego miasta, jest wyjątkowo spokojne. Ale i tu nadchodzą zmiany. Dzięki funduszom Unii Europejskiej w bezpośredniej bliskości schroniska powstała trasa narciarstwa biegowego. Ogromne drewniane figury zbójców beskidzkich zapraszają do spenetrowania szlaków i jaskiń. To nowa turystyczna marszruta „Na szlaku harnasia Rogacza”. Zaglądam do schroniska. Jako że pogoda nie rozpieszcza do klasycznego bigosu zamawiam grzane piwo z korzeniami. Miłe ciepło rozchodzi się po całym ciele. No ale nie czas na sjestę, pora w drogę. Kilkaset metrów od schroniska pomiędzy niebieskim i czarnym szlakiem w gąszczu zagajnika schowała się jaskinia Wietrzna Dziura, zwana również Smoczą Jamą. Jej ciasne, ciemne i wilgotne wejście nie zachęca do penetracji, ale pozbawieni klaustrofobii poszukiwacze przygód, uzbrojeni w niezbędny speleologiczny ekwipunek we wnętrzach jaskini znajdą obszerne wyżłobione przez wodę przestrzenie. Legenda mówi, że jaskiniami tymi dotrzeć można było aż do Żywca, a tutejsi zbójcy używali ich jako schronienia przed cesarską żandarmerią i miejsce magazynowania zdobytych łupów.

Stąd, łysiejącymi z roku na rok grzbietami Beskidu Małego docieram po niecałej godzinie marszu na najwyższy szczyt pasma, Czupel, 933 m n.p.m. Kilka zdjęć kapliczki wiszącej na jednym z nielicznych, opierających się wiatrołomom drzew, wyłaniających się spomiędzy kikutów połamanych sosen krajobrazów i schodzę czerwonym szlakiem stromą ścieżką  w stronę Międzybrodzia Bialskiego. Pogoda załamuje się definitywnie. Leje jak z cebra. Czas na znalezieniu lokum na noc. Duże „ludowe” tablice kierują mnie do agroturystyki „Maria”. Obiekt nastawiony jest na masowego turystę, ale standard jest bardzo przyzwoity, jedzenie pyszne i nie drogie. Informacja na drogowskazie „swojska kuchnia” nie jest hasłem bez pokrycia.

   Rano budzi mnie słońce wpadające przez balkonowe drzwi do mojego pokoju. Nie może być lepiej! Czas na poranne zdjęcia, koniecznie odwiedzam mój ulubiony stary cmentarzyk i jego magiczne zapuszczone krzyże i grobowce, szybkie śniadanie, zakupy w małym markecie na ryneczku i już wędruję zielonym szlakiem, prowadzącym niestety obrzeżem ruchliwej drogi, do zapory Porąbka. Jest to jeden z hydrotechnicznych elementów kaskady rzeki Soły.

   Po przekroczeniu zapory malowniczy, tym razem czerwony szlak pełen wspaniałych widoków na sąsiednie góry i skrzący się w dole zalew wspina się stromo na górę Żar. Jestem już bardzo blisko szczytu gdy moją przerwę na kanapkę przerywa głos dobiegający od starej chaty usytuowanej na zboczu góry. „Zapraszam do siebie. Co będzie Pan tak sam jadł!” Zaproszenie jest tak sugestywne, że trudno było się oprzeć. Siadamy w niewielkim stromo opadającym po zboczu góry przydomowym ogrodzie z bajecznym widokiem na jezioro Czaniec, Porąbkę i w dali na Kęty i Andrychów. Gospodarz okazuje się być niezwykle ciekawym człowiekiem o bogatej przeszłości. Mieszkaniec gór zwiedził kawał świata pracując jako… marynarz na jednostkach handlowych. Po wielu latach tułaczki powrócił w swoje Beskidy, kupił starą chatę wykonaną ze wspaniałych bali modrzewiowych, zaadoptował ją do współczesnych wymogów nie usuwając tradycyjnych elementów. Pozostała też lodówka, czyli kamienna piwnica pod budynkiem, zabudowanie stajni. Gospodarz nie zapomina również o kultywowaniu góralskiej tradycji i częstuje mnie pyszną nalewką własnej roboty.

   Pakuje mnie i mój plecach do wiekowej toyoty landcuiser i po chwili wspinamy się mozolnie kamienistą, pełną nieprawdopodobnych kolein górską ścieżką. Trzymam się mocno wszelkich uchwytów. Kierowca tylko się uśmiecha. Po chwili jesteśmy na szczycie. Wiatr się wzmaga, więc natychmiast pojawiają się pasjonaci podniebnych lotów. Góra Żar to mekka szybowników i paralotniarzy. Zza szyby pizzerii ulokowanej przy górnej stacji kolejki szynowej podziwiam ich walkę o możliwość wzniesienia się w przestworza. Wielu się to udaje i kolorowe „orle pióra” zdobią błękitne niebo wirując wysoko w górze. Zazdroszczę im doznań, ale nie sądzę, bym miał odwagę pójść w ich ślady.

   Idę swoją drogą w głąb Beskidu Małego, w stronę Kiczery. Wspaniale stąd prezentuje się na tle pasma Magurki i Czupela błyszczący zbiornikiem elektrowni wodnej szczyt góry Żar. Z każdym krokiem czuję, że oddalam się od turystycznej cywilizacji. Tu już zaczyna pachnieć prawdziwą naturą, na szlaku pusto, zamiast paralotniarzy nad moją głową krążą drapieżne ptaki. Takie miejsca lubię najbardziej.

   Znajduję zaszyte w lesie na szlaku ruiny kamiennego szałasu zwanego przez miejscowych letniakiem, kolibą lub stajnią letnią. Jest to osobliwość etnograficzna na skalę całych Karpat, jak informuje tabliczka umieszczona na pniu drzewa.

   Czas szybko ucieka, dzień chyli się ku końcowi. Przez Wielką Cisową Grapę, Kocierz i Beskid docieram do Przełęczy Kocierskiej. Cywilizacja jednak mnie nie minie. Czas na poszukanie noclegu. Ogromny „górski” hotel i spa zaprasza. Ceny przekraczają jednak poziom przeciętnego „plecakowicza”.  Mój również. Bardzo uprzejma dziewczyna w recepcji ze zrozumieniem kieruje mnie do agroturystyki w nieodległej Nowej Wsi. Asfaltową drogą idę w stronę szlaku biegnącego w dół. Na jednym z zakrętów miejscowy motocyklista odpala swoją mocno przechodzoną maszynę. Odwraca głowę w moja stronę, pyta dokąd zmierzam. Za chwilę ląduję, mimo moich wyraźnych oporów (przecież nie mam kasku!), z moim wielkim plecakiem na tylnym siedzeniu. Wiatr świszcze w uszach. Mój szalony motocyklista, oszczędzając paliwo, wyłącza silnik i „na luzie” mkniemy serpentynami w dół. „Niech się pan nie boi!” dociera do mnie przez szum wiatru. Wymachując rękami głośno pozdrawia znajomych kumpli stojących przy drodze. Z ulgą witam pierwsze zabudowania wioski. Mam tu do wyboru dwie agroturystyki, mój kierowca poleca „Stok”. Sprawdzę.

   Po krótkiej wspinaczce wiejską drogą otrzymuję więcej, niż mogłem się spodziewać. Za niewygórowaną cenę mam nowiutkie dwupoziomowe studio z aneksem kuchennym i kominkiem! Działającym! Pytam o możliwość zamówienia obiadokolacji. Nie prowadzą wyżywienia. Ale po chwili gospodyni przynosi mi kilka jajek, masło i pieczywo. „Ile płacę?”  – pytam. „Nic, to jest w cenie noclegu” – z uśmiechem odpowiada. Wielka jajecznica i pajda wiejskiego chleba ratują mi życie.

   Rano wracam szlakiem prowadzącym przez imponujące formacje skalne Warownia na Trakcie ponownie pod Przełęcz Kocierską i na szlak czerwony. Wędrując malowniczą trasą przez Kiczorę na rozstaju dróg przed Potrójną znajduję kierunkowskaz „Chata Ani i Rafała – 5 min”. Zapraszają na herbatę i noclegi. Chętnie skorzystam z okazji wypicia czegoś ciepłego. Wyciosana góralską siekierą tablica „Chata Pod Potrójną” prowadzi mnie do znajdującej się w składającej się z zaledwie kilku domów kolonii. Wyróżnia się schludnością i dbałością o swój wizerunek. Prowadzi ją dwójka młodych wywodzących się stąd pasjonatów. Wierzą, że uda im się ściągnąć tu na tyle wielu turystów, że agroturystyka będzie ich sposobem na życie. Droga przed nimi długa, ale życzę im powodzenia.

   W poszukiwaniu gorącej strawy i skały Zbójeckie Okno docieram do studenckiej chaty. Oprócz atmosfery szalonego studencką fantazją miejsca nie znajduję tu wiele więcej. Idę dalej. Pogoda znów się psuje. Zaczyna siąpić deszczyk. Pośrodku pustych gór zaskakuje mnie nowoczesny, futurystyczny wyciąg narciarski Praciaki prowadzący na Przełęcz Na Przykrej. Dalej wędruję przez malowniczy rezerwat przyrody „Madohora” pod Łamaną Skałą. Deszcz się wzmaga. Szybkim krokiem docieram do bardzo sympatycznego schroniska Leskowiec, zbudowanego w 1933 roku. Leje. Gorąca zupa grzybowa i schabowy stawiają mnie na nogi. Ale pogoda nie zachęca do marszu. Zostaję na noc.

   Rano, mimo mgły i deszczu odwiedzam odległy zaledwie o kilka kroków od schroniska szczyt Jaworzyny, obecnie przemianowany na Groń Jana Pawła II. Znajduje się tu kaplica i sanktuarium górskie poświęcone naszemu papieżowi. Zielonym szlakiem schodzę do wsi Ponikiew licząc na transport do Wadowic. Ale w niedzielę nic nie kursuje. W nieustannie padającym deszczu mijam zabytkowy kościół z którego wysypują się wierni. Uprzejma mieszkanka wioski podwozi mnie aż do przystanku PKS przy głównej drodze z Suchej Beskidzkiej do Wadowic.

   Będąc w Wadowicach nie sposób nie odwiedzić miejsc związanych z Karolem Wojtyłą. Zaglądam więc do barokowego kościoła na rynku, odszukuję dom rodzinny papieża. Na każdym kroku w mieście napotkać można miejsca pamięci z nim związane. Każdy sklepik oferuje „papieskie” pamiątki. Ja daję skusić się na papieską kremówkę w jednej z kafejek. To przecież, będąc w  Wadowicach, obowiązek. Mam nadzieję, że to właśnie w tej „mojej” knajpce przy rynku swoimi ulubionymi kremówkami zajadał się Jan Paweł II.

 Jerzy Pawleta

Beskid Mały

Linki:

www.potrojnanoclegi.pl – Chata Ani i Rafała pod Potrójną

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.