Chiny. Święta góra Huashan.

Mistyczne spotkanie.

 

Świętą górę Huashan, 2155 m n.p.m., zdobyć można na dwa sposoby. Wspinając się wiele godzin
setkami tysięcy kamiennych schodów na jeden z jej pięciu wierzchołków,
odwiedzając po drodze malownicze, maleńkie świątynie przyklejone do urwistych
zboczy góry lub korzystając z kolejki górskiej dowożącej turystów i pielgrzymów
na najniższy wierzchołek północny. Z autobusu pełnego turystów,
dziewięćdziesiąt pięć procent z nich było Chińczykami, tylko dwie osoby wybrały
opcję uciążliwej wspinaczki. Młody Austriak Johann i ja.

Jest listopad, temperatura w dolinach plus kilka stopni. Wysoko w górach zima.

 

Góra Hua znajdująca się w paśmie gór Qin Ling leży ponad sto kilometrów od Xian, dawnej, pięknej stolicy cesarstwa chińskiego, gdzie
zamieszkałem na kilka dni w bardzo dobrze zorganizowanym, niedrogim hostelu
Hantang Inn. Po zwiedzeniu wszystkiego, co godne obejrzenia w mieście, w tym Wielkiej
i Małej Pagody Dzikiej Gęsi, Wieży Bębna i Wieży Dzwonu, gwarnej, pełnej
doskonałej ulicznej kuchni dzielnicy muzułmańskiej i osadzonego w jej środku
wyciszonego Wielkiego Meczetu i po przejechaniu na rowerze całego, największego
w Chinach, muru otaczającego miasto (16 kilometrów obwodu) urwałem się jeszcze na
jeden dzień poza gród by przyjrzeć się z bliska Armii Terakotowej. Mauzoleum i
otaczająca je armia cesarza Qin Shi Huang’a jest genialne, oszałamiające swym
ogromem. Świadczy o fantazji ale zarazem i niezwykłej pysze jego twórcy.
Powstało w roku 210 przed naszą erą i zostało ukryte przez cesarskich
budowniczych pod grubą warstwą ziemi. Odkryto je przypadkiem w roku 1974, gdy
grupa chłopów z okolicznej wsi zaczęła kopać studnię. I odkopała jedno z
najfantastyczniejszych znalezisk archeologicznych na świecie. Zadziwiający jest
fakt, że przez stulecia, ba, tysiąclecia, nikt nie wiedział o istnieniu
podziemnej, liczącej wiele tysięcy wojowników armii oraz szykownie odzianych
oficerów, koni i rydwanów. Niewiarygodne, że coś tak monumentalnego,
mistycznego udało się ukryć przed światem. Tajemnicę zabrał ze sobą do grobu
nie tylko cesarz i jego świta, ale równie wielka jak podziemna – rzeczywista
armia robotników, artystów, rzemieślników, budowlańców, inżynierów biorących
udział w realizacji tego przedsięwzięcia. Niesamowite!

Na marginesie – cena biletu wstępu adekwatna jest do wielkości obiektu i wynosi 150 juanów,
czyli ok. 75 złotych. I rośnie z roku na rok.

 

Kolejnego dnia zapakowałem swoje dwa plecaki (jeden pełen sprzętu fotograficzno-filmowego,
drugi zapakowany po brzegi wszystkim co potrzebne było do dwumiesięcznej
podróży na trasie Pekin – Bangkok) i koło dworca kolejowego Xian wsiadłem do
wspomnianego autobusu. Kierowca wysadził naszą dwójkę przy głównej drodze w miasteczku
Huashan ….i palcem wskazał kierunek, gdzie powinna znajdować się brama do parku
narodowego Góry Hua. Resztę wycieczkowiczów zawiózł do miejsca w którym
oczekiwały na nich minibusy jadące pod samą dolną stację kolejki.

Pomaszerowaliśmy z Johannem w poszukiwaniu wejścia. A nie było to proste. Pytani o drogę
Chińczycy za wszelką cenę chcieli nam pomóc, ale bariera językowa była nie do
przebrnięcia. Pomocna okazała się kolorowa mapka kupiona na stacji benzynowej i
język migowy. Po pół godzinie staliśmy przed przepięknym klasztorem składającym
się z kilku budynków, niewielkich pawilonów, dziesiątek rzeźb i figur,
strumyków i sadzawek z szemrzącymi wodospadami. Witani pogodnym uśmiechem
mnichów podążaliśmy tym labiryntem za niezbyt czytelnymi oznakowaniami w stronę
wejścia do parku. Tam przywitała nas brama w typowym chińskim stylu i kasa.
Wstęp 180 juanów.  I nic więcej. Żadnej informacji turystycznej, map, jedzenia, picia.

Nic. Musiała mi wystarczyć mapka ze stacji benzynowej i zdjęcie które zrobiłem bardziej szczegółowej wielkiej
mapie stojącej tuż za bramą. Jak się miało okazać, bardzo się przydało, gdy zaglądając
w niewielkie okienko wyświetlacza mojego aparatu zastanawiałem się na rozstajach
dróg, którą opcję wybrać.

Droga na świętą górę zaczyna się obiecująco. Pnie się łagodnie w górę pomiędzy stromymi,
niekiedy niemal pionowo opadającymi w dół urwiskami skalnymi, gdzie w grotach
zawieszonych wysoko nad przepaściami swoje siedziby wieki temu założyli mnisi
pustelnicy. Można je dostrzec wypatrując wykutych w skale schodków, wnęk na
stopę czy zwisających gdzieniegdzie łańcuchów. Miejsca te często ozdobione są
pięknie wykaligrafowanymi na jasnych skałach chińskimi znakami, na wietrze
powiewają czerwone wstęgi. To znak, że ktoś nadal zamieszkuje te przyczółki
odosobnienia i medytacji.

Co jakiś czas napotykamy niewielkie malownicze świątynie przez które prowadzi ścieżka. Wieki
temu ułożona czy wykuta dla mnichów i pielgrzymów. Dzisiaj służy głównie
turystom. Z miejsc tych na ogół rozpościera się wspaniały widok na wyrastające
przed nami strome wierzchołki ośnieżonych gór i cała okolicę. Co chwila
wyciągam aparat i robię zdjęcia lub ustawiam statyw i coś filmuję. Austriak w
końcu nie wytrzymuje tego tempa zdobywania góry, żegnamy się przyjaźnie i
umawiamy na spotkanie „gdzieś na górze”. Ja zakładam, że będę nocował w jednym
z dwóch tak zwanych „górskich hoteli” usytuowanych u podnóży wierzchołków.
Johann jeszcze nie zna swojego planu. Zależy on od tego, o której godzinie
zdobędzie najwyższy, południowy wierzchołek.

Ścieżka wspina się coraz bardziej stromo. Zaczynam być zmęczony i głodny. Niewielki zapas
postanawiam zachować „na czarną godzinę”, bo nie mam pojęcia czy poza sezonem,
a takim czasem jest listopad, można w tych górach liczyć na jakiś posiłek.
Można. Przy drodze starsza kobiecina rozłożyła niewielki stragan i sprzedaje
napoje, słodycze i takie tam byle co, łącznie z pamiątkami. Ale ma też owoce, w
tym piękne dorodne jabłka. Są pyszne, z niezwykłą przyjemnością wgryzam się w
mokry kruchy miąższ. Kilkanaście minut wyżej stoi większy pawilonik. Chińczyk
oprócz zestawu babci i doskonale znanych również u nas chińskich zupek ma na
zapleczu osmolonego woga, a w kamiennym baseniku strumyka pływają świeże
warzywa. Znajdzie się oczywiście i ryż. Szybko dogadujemy się co do zestawu
obiadowego, po krótkim targu uzgadniamy cenę i za chwilę smakowity zapach
zaczyna dobiegać spod strzechy wykonanej z blachy falistej. Po chwili na moim
metalowym stoliku ląduje pyszna potrawa oraz pałeczki. I piwo! Pychota.

No, teraz mogę walczyć z górą dalej. A jest z czym. Droga wspina się momentami bardzo ostro w
górę. Schodki są strome, nierówne i śliskie. Gdzieniegdzie przytwierdzono do
skał łańcuchy. Przystanki robię już tylko w świątyniach, bo czas szybko ucieka.
W pewnym momencie na szczycie urwiska dostrzegam bryłę budynku. To musi być
„mój’ górski hotel. Ale to jeszcze kawał wspinaczki. Przy jednej ze świątyń
ścieżki się rozdzielają. Jedna, stara, biegnie stromo ciemnym żlebem, druga,
nowa, przytwierdzona jest do niemal pionowej ściany za pomocą żelbetowych
konstrukcji, które okazują się być dopiero w budowie. Ale dostrzegam w górze
małą grupkę piechurów podążających
właśnie tą nową drogą. Mimo zakazu wiszącego na drucie na jednym z drzew
wybieram „nową” opcję. Mimo wszystko wydaje się być pewniejsza. I jest, choć
wspinam się nią z duszą na ramieniu. No bo a nuż moi poprzednicy szli jednak
inną trasą, zbliżoną do tej po której się wspinam. Już wiem, że jeśli będę
musiał zawrócić, nie zdążę do hotelu przed zmrokiem. Ale nie chce mi się
wycofywać. Brnę dalej. Konstrukcja jest coraz bardziej prowizoryczna. W wielu
miejscach barierki zastępują kawałki drutu. W końcu docieram do kolejnej
świątyni. Tu stara ścieżka łączy się z nową. Przebrnąć muszę tylko przez
„roboty drogowe”. Chińscy robotnicy niespiesznie układają nową ścieżkę wlewając
beton w szalunki, miejscami poszerzają starą drogę „doklejając” z boku betonowe
schodki. Patrzą na mnie z przyjaznym politowaniem, gdy moje buty zatapiają się
w błotno-betonowej mazi zalegającej wszystko dookoła. Ale od tego miejsca
biegnie już tylko stara ścieżka. Jest stromo, pięknie i magicznie. Widoki
bajeczne, na skałach masa chińskich kaligrafii wyrytych w kamieniu i
wypełnionych czerwoną czy zieloną farbą. Schronisko się zbliża. Krok po kroku kamiennymi,
wytartymi tysiącem stóp, obłymi, krzywymi do bólu schodkami.

Przełęcz pod wierzchołkiem północnym, którego wysokość wynosi 1615 m n.p.m.,  zdobywam o zmroku. Właśnie do tego miejsca z
drugiej strony góry dochodzi kolejka linowa. Wita mnie więc kilka straganów i
mały sklepik. Powyżej, na stromym urwisku usytuowana jest kamienna, kanciasta
bryła hotelu. Nie jest łatwo znaleźć recepcję. Najtańsze łóżko w
szesnastoosobowej nieogrzewanej sali kosztuje 95 juanów, czyli prawie 50
złotych. Droższe, mniejsze pokoje też są nieogrzewane. Na twardych jak deska
piętrowych pryczach materac jest grubości prześcieradła. Plus mała poduszka.
Kamienna toaleta w stylu chińskim, czyli „kucana”, na dworze dwa piętra wyżej.
Wody brak. Jakiejkolwiek. Przed toaletą na świeżym powietrzy stoi miska, obok
wiadro z wodą. Wszystko. Chłopaka, który zaprowadził mnie do pokoju pytam o
klucz. Robi wielkie zdziwione oczy. A jak wejdą inni mieszkańcy pokoju? – pyta.
Rozglądam się dookoła. Nie widzę nikogo.

W hotelu jest też i restauracja. Z licznym personelem, białymi obrusami, gazowym ogrzewaczem
na środku sali otoczonym wianuszkiem załogi hotelu i ogromnym telewizorem na
jednej ze ścian. Wszystkie oczy zwrócone są w stronę telewizora, gdzie króluje
telenowela. Strasznie zabawna. Sądząc po reakcjach. Po dłuższej chwili
zauważają jedynego gościa. I wpadają w popłoch. Przynoszą mi trzy kary menu,
trzepią z okruszek mój obrus, stawiają na stoliku pałeczki w kubeczku,
serwetki, wazon z padniętymi kwiatkami i przepraszająco się uśmiechają. Nie
wiem jak im wytłumaczyć, że nic się nie stało. Przecież film jest fajny.
Tłumaczony z tajwańskiego chińskimi krzaczkami. Kolacja jest pyszna, uwielbiam
chińskie jedzonko. Tyle, że kosztuje prawie tyle ile nocleg.

 

Nocny chłód budzi mnie przed świtem. Dopijam herbatę z termosu, zagryzam kruchym ciastkiem
i wyruszam w poranną szarugę na podbój najwyższego południowego wierzchołka.
2154,9 m n.p.m., jak dokładnie wyliczyli Chińczycy. Jest po prostu przepięknie.
Cisza, spokój gór. Żywego ducha.  Strome
wierzchołki wyłaniają się z mroku. Jest pochmurnie, wschodu słońca na który
przybywają tutaj pielgrzymi nie uświadczę, ale tak czy owak jest bosko. Wędruję
krzywymi schodkami w górę. Napotykam kolejne małe świątynie. Jest czas na ich
otwieranie. Mnisi zaczynają niespiesznie krzątać się wokół nich. Otwierają
bramy, wyciągają stojaki z kadzidłami na zewnątrz. Puszczają z mp3 buddyjskie
mantry. Zapalają pierwsze kadzidła. Ktoś myje zęby na świeżym powietrzu. Ktoś
się czesze przeglądając w zamarzniętym w kałuży lustrze wody. W napotkanym
„sklepiku” wyciągam z łóżka usytuowanego pomiędzy półkami zaspanego Chińczyka,
który robi mi herbatę i sprzedaje „co bądź” na śniadanie.

Mijam kolejny górski hotelik, rozwidlenia ścieżek prowadzących na pozostałe wierzchołki, do
malowniczych świątyń czy miejsc widokowych. Jedno z nich jest szczególne -
ścieżka wisząca nad potężnym klifowym urwiskiem. Aby przejść ją do końca
niezbędne jest przypięcie się karabinkami do stalowej liny. Droga tylko dla
orłów. Niestety, podczas takiej niestabilnej pogody jaka dzisiaj zaległa góry –
zamknięta dla turystów.

Kieruję się prosto na wierzchołek południowy. Po drodze przybywa śniegu i mrozu. Ale i
przepięknych widoków. Granitowa skała najwyższego szczytu jest niewiarygodnie
oblodzona. Na szczęście przytwierdzono do niej metalowe łańcuchy. Po chwili,
stojąc obok tablicy informującej gdzie i jak wysoko jestem, podziwiam
fantastyczny krajobraz rozciągający się na wszystkie strony świata. Część chmur
zawieszona jest wysoko nad moją głową. Czyść leniwie wędruje pomiędzy ostrymi
wierzchołkami sąsiednich gór. Jest niemal bezwietrznie. Jest niezwykle pięknie.
Nie chce mi się, mimo mrozu, schodzić w dół.

Nagle dociera do mnie gwar rozmowy. To grupa siedmiu osób wdrapuje się na wierzchołek ślizgając się
niemiłosiernie. Pomagam jednej z kobiet dotrzeć na szczyt wciągając za rękę.
Chińczycy ukontentowani wyciągają papierosy, zaczynają palić, chcą mnie poczęstować.
Ja nie palę, więc muszę odmówić. Skąd oni się tu wzięli? Wyciągiem nie
dojechali, jest zbyt wcześnie. Może spali w drugim hoteliku… I w tym momencie
wyciągają zza pazuchy naręcza kadzidełek, szukają miejsca, gdzie można wbić je w
ziemię. Ale tutaj jest sam lód i kamień. Usypują więc z lodu i śniegu mały
kopczyk. Po chwili w przestrzeń unosi się charakterystyczny zapach. I w tym
momencie dzieje się rzecz dla mnie niezwykła, jeszcze teraz ciarki przechodzą
mi po plecach na jej wspomnienie. Jedna z kobiet intonuje buddyjską pieśń,
mężczyźni wznoszą modły w niekończącą się przestrzeń. Gdy w pewnym momencie w
dolinach pojawiają się białe chmury i majestatycznie płyną ku górze, jeden z
mężczyzn szeroko rozpostartymi ramionami i gestami dłoni jakby pomaga im we
wznoszeniu się, zupełnie identyfikując się i integrując z naturą. Niesamowity
widok, niesamowite przeżycie! Byli to zapewnie pielgrzymi którzy nocnym marszem
zdobyli Huashan, by powitać wschód słońca na szczycie świętej góry. Słońca
wprawdzie nie było, ale góry, mgły i chmury stworzyły niezwykły spektakl. A
pielgrzymi na długo pozostaną w mojej pamięci.
Jerzy Pawleta

Chiny, Huashan

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.