Węgierskie morze, czyli co nowego nad Balatonem.

Można by powiedzieć – po staremu, czyli pięknie. Ale nie byłaby to cała prawda. Od mojego ostatniego pobytu, kilka ładnych lat temu, na Węgrzech zmieniło się bardzo wiele. I to zdecydowanie na korzyść. Wystarczy przekroczyć węgierską granicę (z którejkolwiek strony) i jesteśmy w świecie naszych, Polaków, marzeń o autostradach. One tu po prostu są. Bez barierek na każdym skrzyżowaniu z kolejną drogą szybkiego ruchu. Na Węgrzech obowiązują wirtualne winiety, czyli nawet szyby nie musimy zakleić „niezdzieralnymi” nalepkami.

Zalakaros – segway’em do spa

Swój pobyt zacząłem jednak „po staremu”, zgodnie z tradycją bogatych, przyjaznych relacji narodów polskiego i węgierskiego, czyli kieliszkiem palinki.
Dla tych, którzy jeszcze nie próbowali: palinka to wysokoprocentowa (40 – 70%) tradycyjna węgierska owocowa nalewka (wódka). Uwielbiana jest przez Węgrów, którzy nadal uważają, że dzień nie zaczęty od małego kieliszka palinki jest dniem straconym. Zawołanie „Pálinkás jó reggelt!” czyli „Dzień dobry z palinką!” jest ciągle aktualne. Jeszcze niedawno używano jej zamiast szczotki i pasty do zębów.
Palinka jest bohaterką wielu opowieści i żartów. Jak opowiada podczas biesiady (rozpoczętej palinką, rzecz jasna) znajomy Węgier z leżącego na południe od południowego krańca Balatonu Zalakaros:
Żona węgierskiego chłopa bardzo zachorowała. Wylądowała w szpitalu. Dzieci chłopa pytają: tato, brzoskwinie tak pięknie dojrzały, co z nimi zrobimy? Chłop odpowiada: jeśli mama wyzdrowieje, zrobimy z nich dżem. Jeśli umrze – palinkę.
A pyszną palinkę robią tu z wszystkiego co spadnie z drzewa. Trunek o nazwie szilva to palinka wytwarzana ze śliwek, alma – z jabłek, körte – z gruszek, barack – z moreli, cseresznye – z wiśni. No może nie czekają aż spadnie. Co ważne, produkują ją bez cukru. I za każdym rogiem.

Polsko-węgierski toast poprzedziła przygoda, która ukazuje umiejętność Węgrów korzystania z nowinek technicznych i przeniesienia ich na pole turystyki. Przejażdżka na pozór chybotliwym dwuśladem o nazwie segway malowniczymi uliczkami Zalakaros i dróżkami pomiędzy winnicami pnącymi się po łagodnych zboczach nadbalatońskich wzgórz.
Nie brak i sięgania do tradycji, jak wizyta na farmie bawołów. Kiedyś wykorzystywano te ogromne zwierzęta do prac polowych, dzisiaj są pod ochroną i w Rezerwacie Bawołów w Kápolnapuszta mają się całkiem dobrze.
No ale pora skończyć opowieść o obiedzie. Kuchnia węgierska jest wyjątkowo urozmaicona a wpływ na nią miały burzliwe dzieje kraju czy barwna mieszanka etniczna i kulturowa. Serwowanym daniem, wbrew oczekiwaniom i naszym potocznym opiniom nie była zupa rybna czy bogracz. Po przystawce którą były podawane do wina lub piwa pogacze, czyli przypiekane bułeczki z serem i rosole z warzywami podano pyszny kawał uwielbianego przez Madziarów mięsiwa wieprzowego faszerowanego jakimiś niezwykłościami. Danie którego nazwy nie jestem w stanie powtórzyć . Jak i większości tutejszych nazw i określeń.
A propos bograczu. Tutaj bograczem nie jest danie a kociołek w którym się to znane u nas danie gotuje. No i jeszcze jedna ciekawostka: Węgrzy na co dzień piją kawę i wino, nie piją herbaty. Uważają ją za lekarstwo i piją gorącą herbatę gdy są chorzy.

Co jeszcze u Madziarów? Pozazdrościć możemy im oprócz autostrad – udanych odwiertów. Poszukując ropy naftowej natrafiali na źródła termalne. I tak mają do dzisiaj. Stąd spa spotkać tu można na każdym kroku. I zanurzyć się w gorących ciepłych źródłach. Co zresztą z przyjemnością uczyniłem. Odwiedziłem dysponujące 25-cioma basenami (otwartymi i krytymi) kąpielisko i aquapark Gránit Gyógyfürdő. Masaż po kąpieli dopełnił przyjemności dnia. Chociaż nie wiem, czy przeganianie stresów z moich pleców nazwać można przyjemnością.

Siofok – samozwańcza stolica Balatonu

Baza w gustownym, nowoczesnym hotelu Azur w Siofok położonym nad samym Balatonem (średnia temperatura wody latem to 25 – 27 stopni) i kolacja w nadzwyczaj sympatycznej knajpce Roxy tuż przy rynku zakończyły dzień. Gospodarze zaproponowali znakomicie przyrządzony zestaw mięs na wielkim półmisku. Od ryby z Balatonu po karkówkę. Z warzywami przyrządzanymi na różne sposoby, zapiekanymi ziemniakami i ryżem. Jakby tego było mało dorzucili w specjalnym półmisku wspaniały węgierski gulasz. No i tradycyjne regionalne łazanki. Mieliśmy okazję przekonać się na czym polega typowe, uwielbiane przez Węgrów biesiadowanie. Przekonali nas również do węgierskich win, serwowali wytrawne wina białe i czerwone. Dla mnie rewelacyjne! Na koniec podano słodki deser i kawę espresso. Dobrze, że z knajpki do hotelu mieliśmy kilkanaście minut na piechotę. Energiczny marsz pozwolił chociaż w części spalić nadmiar kalorii. A wizyta po zachodzie słońca nad zapadającym w sen, roziskrzonym na drugim północnym brzegu Madziarskim Morzem miała w sobie coś z magii.

Rankiem miła przewodniczka z Siofok usiłowała nas przekonać, że miasteczko faktycznie zasługuje na miano stolicy Balatonu. I chyba jej się to udało. Nie przez przypadek w czasie weekendów i wakacji Siofok zalewane jest przez rzesze turystów. Nie tylko z Budapesztu, choć ci są w zdecydowanej większości, ale i z całego świata. Wspaniale zagospodarowane bulwary nad Balatonem rozbrzmiewają wielojęzycznym gwarem. Na wkomponowanych w bujną zieleń placach zabaw szaleją dzieciaki. Niezliczone knajpki i stragany zapraszają do otwarcia portfela.
W niewielkim parku przy rynku spotykamy się z rzeźbą dziewiętnastowiecznego kompozytora, głównie operetek, Kalmana Imre. Obecny rok poświęcony jest na Węgrzech właśnie jego twórczości. Tuż obok znajduje się urokliwy dworzec pamiętający czasy powstawania kolei w tym rejonie. Przylegająca pełna kramów uliczka mieści również muzeum kompozytora. W każdym z tych miejsc towarzyszy nam bryza znad Balatonu. Jezioro jest dosłownie kilka kroków od nas. Docieramy do niewielkiego portu z którego startują stateczki turystyczne, wypływają białe jachty a wielbiciele kolorowych rowerów wodnych przeganiają hałaśliwie kaczki i łabędzie przypływające do brzegu w nadziei na kawałek bułki czy chleba.
Po długim spacerze docieramy ponownie na rynek. Celem głównym jest stojąca centralnie na środku okazała dawna wieża ciśnień. Dzisiaj odresturowana i mieszcząca informację turystyczną (tu jak i wielu podobnych miejscach na Węgrzech znajdziemy broszury i informacje w języku polskim), tarasy widokowe (wspaniały widok na miasto i Balaton) i kafejkę na samym szczycie. Nie byle jaką. Popijając pyszną kawę możemy podziwiać widok rozprzestrzeniający się dookoła wieży. Podłoga kawiarni kręci się niespiesznie wokół osi konstrukcji pozwalając na kontemplację całej okolicy.

Balatonfüred – raz nad wodą, raz na wodzie

Z miasta uciekamy na malowniczą prowincję w stronę Balatonfüred. Na wzgórzu, pośrodku winnic czeka na nas dawna imponująca posiadłość zamieniona dzisiaj na restaurację. Jesteśmy w Csopak, w Szent Donát Étterem. Widok stąd jest niebywały! Cały Balaton mamy jak na dłoni. Mimo, że obiekt usytuowany jest z dala od drogi – gospodarze nie narzekają na brak gości. Zawdzięczają to nie tylko położeniu ale i świetnej kuchni w nowoczesny sposób serwując oparte nierzadko na starych recepturach potrawy. Jak na przykład krem kalarepowy z truflami. Palce lizać. Imponujące są piwnice posiadłości w których leżakują setki butelek przedniego wina. Mamy przyjemność zdegustować jedną z nich. Miejsce skusiło również grupę motocyklistów (głównie miłośników Harleya Davidsona), którzy wczesnym latem mają doroczny zlot nad Balatonem. Charakterystyczny ryk silników maszyn mozolnie wspinających się pod górę zwiastuje nowych, nieco egzotycznych gości.
Popołudnie to już gratka dla miłośników żeglarstwa. W towarzystwie skipera wypływamy na niemal dwugodzinny rejs po Balatonie. Ci, którzy rozsmakowali się w ciszy majestatycznego pokonywania wodnych odległości w cieniu rozwiniętych żagli, wiedzą jaką niezwykłą przyjemność daje takie spędzanie wolnego czasu. A krajobrazy nadbalatońskie, przewalające się nad głowami białe chmury i zwiastun burzy rozrywający srebrną błyskawicą granatowy horyzont dodają niezwykłości temu przedsięwzięciu. Zapraszam do Balatonfuredi Yacht Club, piękne miejsce, piękne doznania.

Tihany – grobowiec królewski pośród wiejskich chat

Nie mniej piękne impresje miały miejsce już chwilę później. Docieramy na półwysep Tihany do niezwykle malowniczej mieścinki zwieńczonej okazałym Opactwem Benedyktyńskim. Założył je w roku 1055 króla Andrzeja I, pochowany w krypcie świątyni. Grobowiec ten jest wyjątkowym w skali całych Węgier, gdyż Madziarzy mają tylko dwa grobowce królewskie. Jeden z nich to właśnie ten w Tihany. Schodząc ze wzgórza z którego rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków na Balaton nie można nie dokonać zakupów w kamiennych, krytych strzechą wiejskich chatach czy na ustawionym na wąskiej ulicy straganie. Jak magnes przyciąga kolorowa ceramika, śnieżnobiałe wyroby tekstylne, wspaniałe koronki, wyroby z lawendy czy nieprzebrana gama opakowań z ostrą lub słodką papryką. Całe kiście suszonej papryczki ozdabiają wiele z tutejszych domostw nadając miejscu niezwykłego, sielskiego charakteru. Na chwilę przerwy w zwiedzaniu czy zakupach zapraszają małe kafejki i restauracje.
My w poszukiwaniu klasycznej wiejskiej winiarni buszujemy wąskimi drużkami wspinającymi się pomiędzy rozległymi winnicami. Dobrze jest zakończyć dzień degustując o zmierzchu wspaniałe węgierskie wina lane prosto z dzbana czy karafki, zagryzając chrupiącymi aromatycznymi słonymi wypiekami siedząc na tarasie wiejskiej hacjendy. Życie potrafi być piękne!

Balatoński triathlon, czyli golf, narty wodne i rower

Niektórzy z nas zaczynają dzień od kawy, inni od papierosa. My zaczęliśmy z wysokiego „C” bo od golfa w Royal Balaton Golf & Yacht Club. Znaleźliśmy charakterystycznie strzyżone pofalowane trawniki w Balatonudvari (tuż koło Tihany) na północnym, górzystym wybrzeżu Balatonu.
Pierwsze w tym rejonie 18-sto dołkowe pole golfowe usytuowane jest na pagórkowatym wzniesieniu pośród lasów. Roztacza się z niego, poprzez wieże kościołów Balatonudvari, wspaniały widok na Balaton. Trafiliśmy akurat na rozgrzewkę przed turniejem golfowym. Frekwencja była imponująca. Ale po chwili i dla nas znalazło się miejsce, kije golfowe i wiaderko piłeczek. Okazało się, że machanie kijem golfowym potrafi być wyczerpujące.
Po takim wysiłku zasłużyliśmy na pyszny lunch. Dziewiętnastowieczna posiadłość Helikon usytuowana pomiędzy winnicami rozciągającymi się ponad Vonyarcvashegyi oferuje nie tylko znakomitą kuchnię i lokalne wina ale również cały nadzwyczaj sympatyczny kompleks SPA z nasłonecznionym tarasem, gdzie zażywając masażu w jacuzzi podziwiać możemy wspaniałą panoramę zwieńczoną błękitnym Balatonem.
Wzmocnieni na ciele i duszy zjeżdżamy nad sam Balaton, na plażę w Vonyarcvashegyi. Czeka nas tu nie lada atrakcja. Narty wodne. Mamy okazję poszaleć na „boazeriach” w specjalnie stworzonym ośrodku, gdzie już nie motorówka ciągnie amatora narciarskich ewolucji na wodzie a specjalnie skonstruowany kilkusetmetrowy wodny wyciąg narciarski z torami przeszkód. Istne szaleństwo. Miłośnicy snowboardu mają tu do dyspozycji również pojedyncze „deski wodne”. Po kilku próbach wystartowania z rampy bądź z wody zakończonych przymusowym nurkowaniem (ale to jakim! narty z nóg spadały a ja robiłem pięknego „szczupaka”) w końcu udało mi się zrobić cały tor dookoła. Patrzałem na brzeg, czy wszystkie urokliwe Węgierki widziały mój wyczyn…
Ale to nie był koniec sportowych wyczynów tego dnia. Po wizycie na wieży widokowej na jednym ze wzgórz północnego wybrzeża (co za pejzaże!) w informacji turystycznej w Balatongyörök wypożyczamy miejskie rowery. Turystyka rowerowa nad Balatonem to jest to! Trasy rowerowe okrążają całe wielkie (ok. 80 km długości) jezioro odbijając to w lewo to w prawo w poszukiwaniu licznych atrakcji. Po drodze spotkamy niezliczoną ilość balatońskich kąpielisk (wiele oznaczonych jest międzynarodowym symbolem Błękitnej Flagi), knajp i knajpek, informacji turystycznych, zamków i pałaców, kąpielisk uzdrowiskowych, winiarni i bóg wie czego jeszcze! Rewelacja!
Nas czeka krótka jazda w dół na nabrzeże nad Balatonem. Stamtąd zabiera nas niewielki kursowy statek (są specjalne rampy do wprowadzania rowerów i stanowiska rowerowe wewnątrz), który przerzuca nas na drugą stronę Balatonu do Balatonmáriafürdő. Tam ścieżkami rowerowymi, bocznymi drogami i dróżkami docieramy do miejsca magicznego. Wiejskiej tawerny usytuowanej w parku folwarcznego dworu o niezwykle ciekawej architekturze. I nazwie – Dwór Gwiaździsty. Mieści dosyć upiorne muzeum ze scenkami z życia chłopstwa i węgierskiej szlachty. W podziemiach ulokowano zupełnie nieoczekiwanie muzeum …lalek. Na zewnątrz rozmieszczone są zagrody z długogrzywymi kucami, owcami czy kozami. Raj dla dzieciaków. Na węgierskiej mapie to miejsce nazywa się Csillagvar. Leży koło Balatonszentgyorgy. I jest zdecydowanie godne polecenia. Zwłaszcza, że tradycyjny gulasz przygotowany w wielkim kotle zwanym, jak pamiętamy, bograczem smakował wyśmienicie. Ucztę poprzedził toast palinką a potem węgierskie wino lało się już strumieniami. Gdy z głośników rozległa się cygańsko-góralsko-węgierska muzyka – nie chciało się wychodzić…

Z życia wyższych sfer, czyli pałac w Keszthely i placek langos

Węgry, Balaton, lato. Skojarzenia są jednoznaczne – słońce, ciepła woda i relaks przy lampce wina w knajpce przy plaży. I tak jest. Ale nie wszyscy wiedzą, że północno-zachodni, można powiedzieć – górzysty brzeg Balatonu usiany jest pałacami, zamkami czy ich ruinami. Jedno z takich magicznych miejsc odwiedzamy dzisiejszego ranka. Pośród zieleni, ozdobiony imponującymi fontannami, ukazuje się nam piękny, ogromny pałac rodziny Festetics w Keszthely. Jest to jeden z trzech największych na Węgrzech pałaców barokowych. Jego wnętrza, 101 pomieszczeń, są równie imponujące jak bryła zewnętrzna. Prawdziwą perłą jest tu biblioteka, jedyny pozostały prywatny magnacki księgozbiór na Węgrzech, gdzie bogato rzeźbione regały z kunsztownymi księgozbiorami sięgają dwóch pałacowych kondygnacji.
Tuż za bramą ogrodów pałacowych zaczyna się inny świat. Główna uliczka Keszthely tętni życiem nadbalatońskiego kurortu. Na poranną kawę czy lody zapraszają liczne kafejki, zaczepiają nas sklepy z pamiątkami. Ale czymś co wyróżnia to miejsce spośród wielu podobnych jest niezwykła liczba muzeów. Małych, maleńkich i całkiem sporych. Od muzeum marcepanu czy lalek, poprzez muzeum erotycznych figur woskowych ilustrujących literaturę renesansu po zbiór cadillaców. Oczywiście zaglądamy do kilku z nich. W tym do nostalgicznego, nieco kiczowatego ale uroczego w swoim bałaganiarskim przepychu muzeum, gdzie znajdziemy zabawki i inne przedmioty (ponad 10.000 sztuk!) przypominające nam nasze dzieciństwo. Niektóre zbiory są mocno zaskakujące.
No ale być nad Balatonem i nie zanurzyć się w siarkowych wodach uzdrowiska Heviz – to tak jak… Odpowiedzi znajdziecie dziesiątki. No więc zanurzyłem się. I powiem, że nie bez przyjemności. Leniwe poruszanie się pomiędzy całorocznymi liliowymi lotosami (sprowadzonymi w XIX wieku z Indii) w potężnym akwenie relaksuje i leczy zarazem. Jest to największe naturalne, termalne jezioro w Europie o powierzchni ponad czterech hektarów. Najgłębsze miejsce ma 38 metrów, średnia głębokość to 3 metry. Leniwe, bo woda jest tu gęsta jak zupa i trudno mówić o normalnym pływaniu (wypożyczyć można na miejscu dmuchane rękawki i inne „pomagacze”). Pokonując system przesmyków i zapór stworzonych po to by nie mieszała się woda o różnej zawartości leczniczych składników i temperaturze (średnia temperatura zimą to +24 °C, latem +36 °C, uzdrowisko czynne jest więc cały rok ), podpływam do ciepłego i śmierdzącego serca kompleksu umieszczonego pod centralnym budynkiem postawionym na betonowych palach zanurzonych w jeziorze. Gęsto tu od oparów ale i ludzi. Długo nie wytrzymuję i wracam wpław do „normalnej” wody. Jezioro zasilane jest non stop przez tryskające źródła, dzięki temu woda w sposób naturalny wymienia się całkowicie co 72 godziny. Zalecany czas przebywania w jeziorze (z uwagi na jego skład) wynosi pomiędzy 30 minut a maksimum 1,5 godziny. W kąpielisku natknąć można się na liczne ryby, żaby ale i żółwie. Lilie, które występują tu w czterech kolorach są przysmakiem dzikich kaczek. Pobyt w uzdrowisku kończę w basenach, saunach (niektóre o temperaturze 2 stopni Celsjusza!) czy jacuzzi w wellnes/spa, które powstało niedawno w historycznym kompleksie.
Pora lunchu. Wpadamy nad brzeg Balatonu do Gyenesdiás, gdzie przy miejscu zwanym „Kalandpark” (park linowy, trampoliny i inne szaleństwa nie tylko dla najmłodszych) usytuowanym nad samym jeziorem przycupnęło kilka plażowych barów. W jednym z nich serwują tradycyjny węgierski placek langosz (langos). Gdy podają nam na stół kilka jego odmian (ze śmietaną, serem, masłem czosnkowym czy bekonem) pada z naszych ust hasło „pizza”. Właścicielka baru natychmiast się oburza: to nie jest pizza, to nasz langos! I mimo, że faktycznie wygląda jak włoski przysmak – smakuje zupełnie inaczej. Wykonany jest z mąki pszennej, gotowanych tłuczonych ziemniaków, oleju i mleka. Smaży się go na głębokim oleju. Pychota! Zwłaszcza z zimnym piwem czy winem. Nad Balatonem życie jest piękne! A ceny nie tylko dla wyższych sfer, powiedziałbym wręcz, że zdecydowanie na naszą kieszeń…

Jerzy Pawleta
Balaton, Węgry

Przydatne linki:
www.balaton-tourism.hu
www.zalakaros.hu
www.siofokportal.hu.
www.hotelazur.hu – Hotel Azur, Siofok
www.szentdonat.hu – restauracja Szent Donát Étterem w Csopak
www.byc.hu – Balatonfuredi Yacht Club
www.balatongolf.hu – Royal Balaton Golf & Yacht Club
www.helikontaverna.hu – Helikon, hotel, restauracja i spa
http://west-balaton.hu/pl – wszystko o zachodnim wybrzeżu Balatonu, po polsku

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.