Rosja. Wyprawa Syberia 4×4. Skała Szamanów.


Plan mieliśmy prosty. Przekroczyć Ural na wysokości Moskwy, jadąc wzdłuż rzeki Ob dotrzeć do najbardziej na północny-zachód wysuniętego miasta Azji – Salechardu i wrócić do Europy przebijając się przez północny Ural Polarny do Workuty. Zapewne udało by się zrealizować plan, gdybyśmy zatrzymali się, jak nakazuje tutejszy obyczaj, przy Skale Szamanów i wypili kieliszek wódki za zdrowie duchów gór. Nie zrobiliśmy tego. Ostrzeżenie przyszło szybko. Tuż za mieściną osadników Kharp (Karp) pod naszym patrolem załamał się cienki lód rzeki i utknęliśmy w płytkiej, na szczęście!, lodowatej wodzie zmieszanej ze śniegiem i skruszonym lodem.

Ale po kolei. Omijając szerokim łukiem Białoruś, do której wymagane są wizy, pomknęliśmy początkiem marca sześcioma przygotowanymi na trudne arktyczne warunki samochodami poprzez Litwę i Łotwę w kierunku Rosji. Pogoda sprzyjała. Słońce, wiosna w rozkwicie. Paliwo po trzy złote. Suche asfaltowe drogi, po których nasze błotno-śnieżne opony terkotały jak traktory, sprawiły, że do Rosji dotarliśmy już pierwszego dnia. Wylądowaliśmy na noc w Rżewie. W socrealistycznym pokomunistycznym wielopiętrowym hotelu z dancingiem na parterze. I ogromną cerkwią vis a vis naszych okien. Klimacik.
Mimo zmiany czasu obudziłem się rano wcześnie i z moim towarzyszem podróży, Irkiem, poszliśmy „na miasto”. Na każdym kroku widać ślady heroicznej wojennej historii poprzetykane małomiasteczkową architekturą i drewnianymi domkami z pięknie rzeźbionymi okiennicami. Jako że jest niedziela, do kilku cerkwi ciągną wierni. Podążamy ich śladem trafiając na fantastyczną, jak tylko prawosławna być może, celebrowaną przez kilku popów mszę. Czy nie pisałem już, że zaczęło się dobrze? Zaczęło się bardzo dobrze.
Następny przystanek – Moskwa.

Zimnikami na Syberyjską północ.

Drogi łączące Łotwę z Moskwą są zaskakująco dobre. I ciągle się unowocześniają, wprowadzając nas do stolicy Imperium Rosyjskiego zapchanymi do granic wytrzymałości kilkoma pasami. Architektura miasta też zaskakuje swoim rozmachem i nowoczesnością. Na każdym kroku widać, że pieniądz krąży tu szybko. Jest weekend, więc przejazd przez miasto nie nastręcza trudności. Nawet parking przy Kremlu jest pustawy i o dziwo szlaban otwarty. Zaliczamy szybki przemarsz przez Plac Czerwony z bajecznymi cerkiewkami i imponującą zmianą warty, wpadamy do metra, wjeżdżamy na najwyższą na świecie (kiedyś, obecnie tylko w Rosji) wieżę Ostankino (900 rubli, mocno przereklamowana sprawa) i znów metro. Moskwa by night z okien samochodów, bo zmierzamy na peryferia na nocleg. Śpimy w otoczonym przemysłowym murem hoteliku. W recepcji i na bramce wystrzyżeni faceci w wojskowych mundurach. Specyficznie.
Kolejnym celem jest Ural. Drogi z każdym kilometrem robią się gorsze, chociaż generalnie nie można narzekać. Chyba, że na fakt, że z offroadem mają niewiele wspólnego. Zaliczamy przejazdem kilka miast, miasteczek i noclegów. Cechą charakterystyczną wielu małych mieścinek i wiosek jest drewniana architektura parterowych lub piętrowych kolorowych domków z niezwykle pięknie rzeźbionymi ażurowymi ozdobami wokół okien. Małe dzieła sztuki, które odchodzą w przeszłość. Wiele z tych domów popada w ruinę, jest opuszczonych.
Z utęsknieniem wypatrujemy wzniesień zwiastujących góry. Chociaż hasło „góry” w miejscu, gdzie planujemy przekroczyć Ural, to zbyt wiele powiedziane. Mają tu 500- 600 metrów wysokości. Okrzykiem radości witamy wielki biały obelisk ozdobiony czymś na kształt gryfa i lwa oraz rosyjskimi napisami „Europa” i „Azja”. Tak, to granica pomiędzy dwoma kontynentami. Granica umowna, bo o jej przebieg ciągle toczą się spory. Zostawiamy to geografom i politykom. My z radością zakopujemy się samochodami w głębokim śniegu i z jeszcze większą włączamy wyciągarki. Ural powitał nas zimą, śniegiem i słońcem. Jest bajecznie. Uroczysta kawa, pamiątkowe zdjęcia i już przez Azję …jedziemy dalej. Tak, jazda to będzie podstawa tej wyprawy.
Po kolejnych setkach kilometrów i zimnym omlecie z łososiem (taki lokalny specyfik) w akademickiej stołówce w Jugorsku zjeżdżamy z asfaltu. Jest wyczekiwany zimnik! Prowizoryczna droga budowana z lodu i śniegu na okres zimy, biegnąca rzecznymi zamarzniętymi przeprawami, brzegami jezior i rzek. Prawdziwa offroadowa jazda! Ale nie od razu. Pierwsze fragmenty drogi przez rozmokłe (tylko krótkim latem) tereny przypomina dawną autostradę przez NRD łączącą nas z „zachodnim światem”. Betonowe płyty połączone są tu metalowymi klamrami, by nie „rozjechały się” na bagiennym podłożu. Podczas roztopów pewna niewielka warstwa ziemi rozmarza i betonowy dukt ugina się pod ciężarem samochodów osobowych i ciężarowych, nieustająco pracując. Góra – dół, góra – dół. Normalna konstrukcja drogi, a zwłaszcza asfaltowej, nie byłaby w stanie tego wytrzymać. Pod rozmiękłym kilkumetrowym gruntem pozostaje wielka, wielowiekowa wieczna zmarzlina, która nie przepuści przez siebie ani kropli wody. Stąd i drzewa w okolicy są nadzwyczaj rachityczne. Nie maja szans zapuścić głębokich korzeni a muszą przetrwać szalejące wiatry.
Kilkadziesiąt kilometrów niezłej „enerdowskiej trzęsawki” i wjeżdżamy na prawdziwy zimnik. Musimy znacznie obniżyć ciśnienie w oponach, by auta lepiej trzymały się pełnego kolein, rozpadlin i innych niespodzianek duktu. Tym bardziej, że nie możemy trzymać się wymaganej szybkości 50 km/h, gdyż nigdy nie dojechalibyśmy na północ Syberii. A wypadnięcie z trasy w miękkie puszyste pobocze to koniec jazdy. Przynajmniej na chwilę. Od czego są czyhający na taką sytuację pozostali kierowcy naszej offroadowej rodzinki!? Przecież to frajda nie byle jaka wydobyć kogoś z zaspy czy pobocza. Można przy tej okazji wyciąganego kierowcę nieźle wyszydzić! By za chwilę samemu wpaść w podobne tarapaty.
Droga jest niemal zupełnie pusta, z rzadka mijamy wielkie ciężarówki. Na rozstaju zimników napotykamy na wędkarzy zaopatrzonych w wielkie wiertła, skuter śnieżny własnej roboty i terenową ładę. Pytamy o drogę, bo nasz GPS trochę błądzi. Jak my. No i okazuje się, że musimy wrócić ponad 40 kilometrów. Niby niewiele, ale po jakiej drodze! I w zapadających ciemnościach. Cóż nie ma wyboru. Życzliwi wędkarze jadą przed nami wskazując drogę i właściwe skrzyżowanie. Dzięki!
W zupełnych ciemnościach i przy intensywnie padającym śniegu dobijamy na noc do Igrimu. Za Uralem noclegi kosztują na ogół nie mniej niż 1000 rubli (ok. 100 zł), bez względu na poziom świadczonych usług. Tutaj w hotelu robotniczym śpimy nieco taniej. Ale jedna łazienka z trzema prysznicami „obsługuje” cały pokaźny hotelik. Na szczęcie nie jesteśmy zbyt zakurzeni.
Rano tankujemy do pełna oraz napełniamy kanistry. Przed nami długa droga na północ wzdłuż rzeki Ob, z nielicznymi wioskami czy osadami, gdzie trudno będzie kupić paliwo. Pogoda znów się krystalizuje i świeci piękne słońce. Jest naprawdę fantastycznie. Ogromne puste przestrzenie robią wrażenie. Szczątkowa roślinność obrasta brzegi zamarzniętych rzek czy jezior. Jest biało, biało, biało… A w górze błękit nieba i złociste słońce. Pod nami śnieg i lód. Jest niewiarygodnie ślisko, gdyż temperatura oscyluje w granicach zera. Co chwila ktoś z nas ląduje w śnieżnych zaspach. Niesamowite wrażenie robią miejsca, gdzie przy osadach droga wije się pomiędzy zamarzniętymi, skutymi przez lód stateczkami czy całkiem sporymi statkami rzecznymi. W tym momencie wiemy, że pod nami jest faktycznie głęboka rzeka czy jezioro! Jadąc robimy zdjęcia, kręcimy filmy. Nagle krzyczę do mojego kierowcy: Uważaj! Patrol stoi! – ale było już za późno. Wypolerowana przez słońce droga nie pozwoliła na jakikolwiek manewr. Jadący przed nami samochód zatrzymał się, by zrobić fajne zdjęcie. My już nie zdążyliśmy. O masywny zderzak i koło zapasowe auta kolegi przerysowaliśmy dwoje naszych drzwi. Na tyle skutecznie, że tylne się nie otwierały. Za to mieliśmy stały dopływ świeżego mroźnego powietrza poprzez sporą szczelinę. Na szczęście lampy obu samochodów były całe. Można jechać dalej.
W takiej scenerii, po kilku dniach przygody i niezwykłych krajobrazów docieramy nocą do Salechardu. Jednego z naszych punktów docelowych.

Salechard. Syberyjska Droga Śmierci

Salechard to jedno z dwóch na świecie miast leżących na Kręgu Polarnym. Jak przystało na takie usytuowanie – przywitało nas trzaskającym mrozem. Temperatura spadła w nocy do minus dwudziestu paru stopni. Może jak na Syberię nie był to wynik powalający, ale jak na temperatury, których zaznaliśmy do tej pory – znaczący. Salechard leży u podnóża półwyspu Jamalskiego, jest ośrodkiem administracyjnym Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego. Aby tutaj legalnie wjechać i przenocować, trzeba uzyskać jakąś bumagę. My jej nie mieliśmy i już w pierwszym hotelu odprawili nas z kwitkiem. Jako, że gospodarka rynkowa stoi ponad bumagami, nawet syberyjskimi, dostaliśmy miejsca w ośrodku turystycznym tuż przy przeprawie przez rzekę Ob. Za 4500 rubli (ok.450 złotych)za trzyosobowy drewniany elegancki bungalow. Przy regularnej cenie 4000. Każdy chętnie zarobi na desperatach.
Samo miasto ropą i Gazpromem stoi. Co widać na każdym kroku. Nowoczesna architektura zdominowała miejski krajobraz. Królują wielkie gmachy urzędów z czerwonymi dywanami na schodach, marketów, ale i placówek kultury. Jak futurystyczny gmach Filharmonii czy okazałe muzeum z wystawą drewnianych ludowo-szamańskich rzeźb, w którym oprócz wielu eksponatów historyczno-etnograficznym znajdziemy sławnego na cały świat mamucika o imieniu Luba, którego świetnie zahibernowanego odkryto w lodzie na półwyspie Jamał w roku 2007. Inny mamut, wielkości chyba ciut większej niż największe nawet żyjące onegdaj osobniki, wita nas na wjeździe do miasta, stojąc na okazałej skarpie. No i to by było tyle, jeśli chodzi o atrakcje miasta. Może należałoby jeszcze wspomnieć pomnik Kręgu Polarnego w kształcie igieł na kompasie oraz lokomotywę pamiętającą czasy gułagów i słynnej kolejowej Martwej Drogi 501 usianej trupami zesłańców budujących stalinowską utopijną magistralę syberyjską. Projekt zarzucono zaraz po śmierci Stalina, dzisiaj fragmenty drogi i rozpadające się stacje kolejowe znaleźć można pochowane głęboko w syberyjskich pustkowiach.
Jest jednak miejsce, które absolutnie wymyka się wyobrażeniom o Syberii. Ogromna struktura mostu przebiegającego tuż obok muzeum i filharmonii. Nie tyle most jest wielki, ile linowa konstrukcja utrzymująca go przy życiu. I jej zwieńczenie, które mieści dwupoziomową restaurację, do której dostać można się windą. Z fortepianem, dwoma barami, galowo zastawionymi stołami i widokiem na wszystkie strony Salechardu. Jak tu nie wypić w takim miejscu choćby kawy?! Na szczycie konstrukcji pyszni się też ogromny napis JAMAL ukazujący potęgę przemysłu i myśli technologicznej. A u podnóża mostu, na placu przed muzeum, spotkać można drugi biegun zjawiska jakim jest Jamał. Nieńców, rdzennych mieszkańców tej ziemi, koczowników i myśliwych, którzy do miasta przywożą na sprzedaż swoje trofea – mięso, poroża i skóry jeleni czy reniferów, świeże ryby czy regionalne wyroby ze skór dzikich zwierząt. Nadają oni temu miejscu wyjątkowego kolorytu, ale i przypominają o tym, czym jest, może po części już przeszła, ale jednak prawdziwa Syberia.
Nasze terenowe samochody zaparkowaliśmy tuż obok handlujących Nieńców, którzy życzliwie się nam przyglądają i z uśmiechem komentują naszą krzątaninę wokół aut. No bo my ciągle w nich coś naprawiamy. To zerwał się pasek, to nawaliło podnoszenie szyby, to hamulce zawiodły. Całą drogę na arktyczną Syberię znaczymy postojami z naprawami. Nie inaczej jest i na placu w Salechardzie. Ktoś z naszych leży pod autem i coś tam w nim grzebie. Zrobione, jedziemy dalej. Nie ujechaliśmy daleko. Do sąsiedniego, leżącego po drugiej stronie Obu miasta Łabytnangi. W samym jego centrum wydobywa się spod maski naszego patrola jakiś dym czy para. Stajemy. Co się okazuje? Rozsypała się chłodnica. Jest problem, tym bardziej, że dzisiaj sobota. Podczas gdy debatujemy co robić, podjeżdża do nas swoją mocno używaną terenową toyotą na wielkich kołach wysoki chudy młodzieniec. Pyta, co się stało. Gdy widzi, że problem jest większy, oferuje pomoc. Ma tuż obok swoją bazę, sklep i warsztat. Jako, że zanosi się na dłuższą naprawę, proponuje spanie na podłodze w jego sklepie z narzędziami, na którego zapleczu zainstalowaną ma pokaźną banię, u nas znaną jako sauna, i wielki stół z ławami. Po chwili Żenia, bo tak ma na imię, dokłada szczapy drewna do ognia wielkiego pieca. I jedzie z nami w poszukiwaniu odpowiedniej chłodnicy. Złoty człowiek! Znajdujemy, jego mechanik naprawia samochód, po czym zostaje mistrzem ceremonii przy bani. Na stole pojawiają się lokalne przysmaki, słonina, surowa zmrożona ryba no i, oględnie mówiąc, napoje. Impreza się rozkręca. Przychodzi brat Żeni, ma ze sobą gitarę. Wpadają kolejni goście. Zaczynają się śpiewy. Na koniec przybywa ekipa rosyjskich offroadowców, przyjaciół Żeni, którzy następnego dnia, podobnie jak my, zamierzają przeprawić się przez Ural Polarny. W bani robi się ciasno, przy stole tym bardziej. Przyjaźń polsko-rosyjska rozkwita. Pikanterii całej historii nadaje fakt, że Żenia jest Ukraińcem, który kilka lat temu przybył na Syberię i tu pozostał, żeniąc się z tutejszą dziewczyną. A przecież parę dni wcześniej Rosja zaanektowała Krym. Nie robi to na naszym gospodarzu jednak większego wrażenia. On już jest tutaj „swój”.

Ural Polarny. Przeprawa

Wstajemy wcześnie rano. Relatywnie. Gdy Rosjanie jeszcze śpią, my wyruszamy w góry. Mówią, że nas dogonią. Nas?! Nie ma takiej opcji! Naszym celem jest przeprawienie się przez Ural Polarny i dotarcie do odległej o ok. 200 kilometrów Workuty. W razie trudności zakładamy spanie w zaszytym w górach ośrodku narciarskim. Jadąc śnieżną drogą mijamy osadę Kharp (Karp). Wpadamy na rozległe obszary. Podążając w kopnym śniegu po ledwo przetartych śladach, kierujemy się w stronę gór. Nagle pod naszym samochodem załamuje się lód. Z hukiem zapadamy się w koryto niewielkiej rzeki. Gdy otwieram drzwi, woda wymieszana z lodem niemal przelewa się przez samochód. Utknęliśmy na dobre. W ruch idą łopaty i siekiera. Trzeba skruszyć lód, który szczelnie nas oblepił. Zdzisław swoim landcruiserem wyrywa nas rzece. W twardym lodzie zostają plastikowe fragmenty naszego zderzaka.
Wiemy już, że tędy nie przejedziemy. Wracamy na twardy śnieżny dukt. Kolejną przeszkodą jest most, a w zasadzie szlaban na moście i strażnik w budce. Odsyła nas po bumagę zezwalającą na przejazd do kierownika pobliskiego zakładu usytuowanego na obrzeżach mieściny. Kierownika nie ma, ale życzliwy kierowca wielkiej niebieskiej ciężarówki informuje nas, że bez problemu miniemy przeszkodę przeprawiając się zamarzniętym brodem tuż obok mostu. Jest tam nawet wyjeżdżona przez inne pojazdy droga. Tak robimy. Tuż pod nosem strażnika, który w ogóle nie reaguje, mijamy most bokiem, spuszczając się z ułańską fantazją do rzeki. Idzie jak po maśle. Do czasu, gdy usiłujemy wyjechać z rzeki na stromą skarpę. Już pierwsze auto zakopuje się w śniegu po zderzaki. Ale od czego jest życzliwy kierowca niebieskiej ciężarówki, który z daleka obserwuje nasze poczynania. Po chwili jest przy nas, wyciąga auto ze śniegu i głośno, radośnie trąbiąc wraca pod zakład. My, tym razem już ostrożniej, wspinamy się skutecznie na drugi brzeg rzeki, wyjeżdżając tuż za mostem i kolejnym szlabanem. W czasie, gdy część naszej grupy przeprawia się brodem, z głośników cb radia dociera do nas radosne: A my przejechaliśmy górą! Mostem! Obok szlabanu był niewielki przesmyk, którym auta przedostawały się na most. I tym przejściem przemknęli nasi koledzy. Strażnik w ogóle nie reagował. On był tylko od sprawdzania bumagi a nie kierowania ruchem.
Twardą szeroką śnieżną drogą pędzimy w stronę coraz większych, coraz piękniejszych gór. Jedzie się wspaniale, widoki zapierają dech w piersiach! Tyle tylko, że GPS uparcie pokazuje, że Workuta nie jest w tym kierunku, w którym jedziemy. Potwierdza to kierowca ciężarówki odśnieżającej drogę sprytnym trójkątnym, zwijającym się w linię przy mijaniu czy wyprzedzaniu urządzeniem, przypominającym wielką stalową gąsienicę. Wracamy do najbliższego skrzyżowania. Już zdecydowanie mniej szeroką drogą jedziemy we właściwym kierunku. Ta zamienia się w, można by powiedzieć, leśną, gdyby nie fakt, że lasu jest niewiele, natomiast grząskiego śniegu coraz więcej.
W pewnym momencie mijamy sławną Skałę Szamanów. Mimo naszych zachęt do zatrzymania się i spełnienia lokalnego obrządku, czyli wypicia kieliszka wódki za zdrowie duchów gór i za pomyślność przeprawy, prowadzący naszą ekspedycję jedzie dalej. Okazało się to brzemienne w skutki. Docieramy do podnóża gór. Jest coraz bardziej grząsko. Auta zapadają się jedno po drugim, wyciągamy się nawzajem, ale coraz więcej samochodów jest uwięzionych w śniegu. Mija nas na pełnym gazie grupa Rosjan na skuterach śnieżnych. Nasza nierówna walka z naturą trwa godzinę, może dłużej. Kończy ją przyjazd rosyjskiej zaprzyjaźnionej u Żeni grupy, która wyciąga nas z tarapatów. Jest i sam Żenia. Mówi, że niestety, ale naszymi autami zapewne nie damy rady przebić się przez Ural. Rozsądniej jest się wrócić i szukać przejazdu na południu, w niższych partiach Uralu. I bardziej przejezdną drogą niż dzika trasa przez góry. Z bólem serca zawracamy. Mądrzejsi o szkołę jazdy, jakiej udzielili nam Rosjanie, wracamy bez przeszkód pod Skałę Szamanów. Tym razem wypijamy kieliszek wódki za duchy gór, ale jest już za późno. Duchy nie wybaczają. O czym przekonaliśmy się kilka dni później.

Syberia. Bogowie Gazpromu

Wracamy azjatycką stroną Uralu, kierując się na południe. Przygoda trwa. Przeprawiamy się przez zamarznięte rzeki, ślizgamy się na topniejących zimnikach, śpimy w samochodach (przed samą Syberią zepsuła nam się webasto, samochodowe ogrzewanie postojowe, ale dzięki firmie HiMountain mam alpinistyczny, puchowy śpiwór i spokojnie da się przeżyć, dzięki!), gotujemy herbatkę z topionego śniegu i jemy lunche na maskach samochodów . Jest dobrze, chociaż gorycz porażki gdzieś tam głęboko w nas tkwi. Finałem miała być Workuta, a ta oddala się od nas coraz bardziej. Docieramy ponownie do Igrimu. W naszym ulubionym hotelu robotniczym smażymy wielką rybę, którą otrzymaliśmy na drogę od jednego z przyjaciół Żeni. Smakuje rewelacyjnie. Rano wczesna pobudka. Patrzymy przez okno. Tydzień temu była tu zima, dzisiaj wszystko płynie. Totalna odwilż dopadła Syberię. Przeprawy przez rzeki zamieniają się w jazdę w fontannach wody, zimniki stają się śnieżno-lodowo-błotną mazią pełną dziur i kolein.
Podejmujemy jeszcze jedną próbę zbliżenia się do Uralu. Jedziemy nieprawdopodobnymi śnieżnymi wybojami do miejscowości Saranpaul. Niedostatek zwierząt wynagradza nam niedźwiedź spotkany w zaspie na skrzyżowaniu dróg przy małej wiosce. Wzbudza on salwy śmiechu, bo jest maleńki, różowy i plastikowy. Zostawiony zapewne przez jakiegoś dzieciaka. Robimy sobie oczywiście zdjęcia, bo innego niedźwiedzia już nie spotkamy.
Do Saranpaul docieramy późnym wieczorem. Uprzedzony o naszym przyjeździe przez nieocenionego Żenię tutejszy kacyk, tytułowany przez wszystkich Panem Dyrektorem, ma już dla nas pokoje w swoim zajeździe, będącym jednocześnie sklepem. Cena 1500 rubli od łebka. Zbijamy na 1000. Specjalnie dla nas otwiera stojącą vis a vis knajpkę i kucharki serwują potrawę z renifera. Rewelacyjna nie była, ale większość z nas zapewne po raz pierwszy w życiu miała okazję skosztować takie danie. Rano Pan Dyrektor podprowadza nas na zaprzyjaźnioną (a być może jego) niewielką stację benzynową przy jakiejś bazie, potem na zasypany śniegiem kanał, gdzie naprawiamy jeden z samochodów i żegna nas pod wielkim prawosławnym krzyżem stojącym na skraju osady, pozując w futrzanej czapie na tle swojej nowiutkiej „full wypas” toyoty z jeszcze nowszym aparatem fotograficznym w dłoni. Nie omieszkał wcześniej zrobić całej naszej samochodowej ekipie zdjęcia przed swoim hotelem. Zawiśnie pewnie w jego prywatnej pensjonatowej galerii.
Pan Dyrektor był ciekawym, życzliwym, może trochę dziwnym biznesmenem. Ale jak się okazało – najlepiej poinformowanym.
Naszym awaryjnym planem była próba przebicia się przez Ural drogą, która wiodła wzdłuż rurociągów Gazpromu. Jedna z trzech w rejonie kilkuset kilometrów możliwości przedostania się do Europy górami. Jedną przyjechaliśmy, druga nas pokonała. Ta była ostatnią. Jeśli nie – musimy wracać aż do drogi ze znajomym obeliskiem na granicy Europy i Azji. Zdania tubylców, co do tego, czy uda nam się przejechać opcją nr 3, były skrajnie podzielone. No risk no fun. Jedziemy śnieżno-błotnymi drogami w poszukiwaniu zagubionego w tajdze i tundrze Gazpromu. Trochę kluczymy, trochę pytamy o drogę, trochę zdajemy się na GPS. Pakujemy się w zaspy lub z tych zasp kogoś wyciągamy. Jak pijaną w sztok załogę dostawczego rosyjskiego samochodu.
Niepoliczalna ilość rur przebiegających przez dziką naturę wskazuje nam drogę. Podjeżdżamy pod bramy wielkiego zakładu z napisem Gazprom. Mówiący najlepiej z nas po rosyjsku Vampir idzie do dyrektora zawiadującego wymarzonym przez nas odcinkiem drogi negocjować warunki przejazdu. Po dłuższej chwili wraca z kwitkiem. Żadnych negocjacji nie było. Nie puszczą nas. Pretekstem jest nieprzejezdność drogi, w co nie bardzo wierzymy. Muszą przecież konserwować te rury i mieć stały do nich dostęp w razie awarii. No cóż, tym razem Bogami Gór okazali się bogowie Gazpromu. A Pan Dyrektor mówił, że nie przejedziemy. Wiedział, co mówił.
Do Polski wracamy znajomą już drogą przy białym obelisku stojącym na granicy Azji i Europy. Długo będzie nam przypominał, jak malutcy jesteśmy w starciu z naturą.

Jerzy Pawleta
Rosja, Syberia, marzec 2014

Tradycyjna religia Nieńców, rdzennej ludności Syberii, zaliczana jest, podobnie jak wierzenia innych syberyjskich ludów, do szamanizmu. Opiera się on na wierze w duchy władające ogniem, zjawiskami przyrody, górami, niebem, ziemią czy rzekami. To tutaj szamanizm pokrywa się z kultami rodowymi. Szaman pełni funkcję kapłana rodowego. Na Syberii szamanizm przetrwał w swej najbardziej rozbudowanej formie i zdecydowanie dominuje w życiu religijnym, mimo, że wielu Nieńców oficjalnie przyjęło prawosławie.

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.