Canyon du Verdon. Pont de l’Artuby, skok w stronę śmierci.

 

 

Jest późna noc. Wjeżdżamy w kanion. Krętą drogą prowadzącą pośród skalnych urwisk zawieszoną ponad kilkusetmetrowymi przepaściami docieramy na most Pont de l’Artuby. W ciemnościach majaczy nam sylwetka samotnego mężczyzny siedzącego na balustradzie mostu. Gdy oświetlamy go światłami naszego auta spogląda w naszą stronę …i przechyla się całym ciałem w stronę przepaści! Na naszych oczach znika w czarnej czeluści… – opowiada podekscytowany kierowca samochodu Cebek, gdy spotykamy się jeszcze tej samej nocy w naszym obozie rozbitym opodal brzegu kanionu.

Na południe Francji do malowniczego, głębokiego nawet na 700 metrów kanionu Verdon, leżącego w Prowansji w rejonie Alpes-de-Haute-Provence (Alpy Górnej Prowansji), przyjechaliśmy kilkunastoosobową ekipą, by na urwistych skałach wąwozu zbudować konstrukcję linową i skoczyć w dół 150-200 metrów. My, to znaczy załoga z RopeJump i SwingJump. Ja ograniczałem się do robienia zdjęć i kręcenia filmu.

Dynamiczna, jak mówią meteorolodzy, pogoda, czyli przewalające się ponad kanionem burze spowodowała, że nie było szans by w określonym terminie zbudować „skocznię”. Jedyną opcją okazało się szybkie zbudowanie konstrukcji na leżącym zaledwie kilka kilometrów od naszego obozy moście Chaulière. Jest to najwyższy w Europie most, na którym uprawia się skoki bungee. Zawieszony jest 180 metrów nad dnem wąwozu. Znany jest też od nazwy rzeczki, która pod nim przepływa, dopływu Verdon, jako Pont de l’Artuby.

Ale po kolei.

Kanion nad turkusową rzeką Verdon, stąd i jego nazwa, jest jednym z najpiękniejszych w Europie. Ma około 25 kilometrów długości a otaczające go góry powodują, że różnice poziomów sięgają tu wspomnianych 700 metrów. Wąwóz i bieg rzeki kończą się w urokliwym jeziorze Sainte-Croix-du-Verdon. Pionowe krawędzie ścian a i częste przewyższenia powodują, że miejsce to znakomicie nadaje się do wspinaczki skałkowej czy do skoków na linach. Najbardziej spektakularny fragment jaru znajduje się pomiędzy miejscowościami Castellane oraz Moustiers-Sainte-Marie. Tam też rozbiliśmy obóz w poszukiwaniu miejsca do zbudowania konstrukcji linowej, która pozwoliła by na oddanie skoków.
W wyprawie wzięły udział 23 osoby z Wrocławia, Poznania, Kowar i Warszawy. Ekipa skacząca miała ze sobą trzy kilometry lin, setki karabinków i łącznie kilka ton sprzętu alpinistycznego, wysokogórskiego czy do prac wysokościowych. Wszytko po to, by przez kilka sekund swobodnie szybować w dół wąwozu!

Ciężka praca zaczęła się już pierwszego dnia tuż po porannej naradzie i trwała kilka dni. Bo chociaż w kanionie skakały już dwie inne ekipy (polska i ukraińska), to i tak wszystko trzeba było wymyśleć i zbudować po swojemu. Od nowa. Przetransportować sprzęt i liny na krawędź wąwozu. Wywiercić dziesiątki otworów by umieścić w nich kotwy, na których zawisną liny. Przytwierdzić do skał metalowy solidny żuraw (zbudowany jeszcze w Polsce) wiszący nad krawędzią urwiska, służący do wyciągania skoczka z dołu doliny po oddanym skoku. Zbudować drugie stanowisko osadzone na filarach tunelu Fayet biegnącego w litej skale góry. Przeciągnąć liny nad krawędzią wąwozu z jednego stanowiska do drugiego. Odczepić je od wystających skał, karłowatych drzew i krzaków, by liny zawisnęły nad kanionem przecinając jego zakole jak cięciwa łuku. Dopiero na niej zawisnąć miała właściwa dynamiczna lina służąca do skakania. Na to wszystko mieliśmy cztery, maksimum pięć dni. Potem jeden, no może półtora dnia na skoki. I powrót.
Natura nie była jednak dla nas łaskawa. Ogromne upały przeplatały się z widowiskowymi burzami i ulewami, które przynosiły oprócz hektolitrów wody potężne opady gradu. Co jakiś czas trzeba było uciekać przed nawałnicą do obozu, przeczekać ulewę i dać nieco przeschnąć linom i skałom. I tak dzień w dzień.
Ja, usiłując znaleźć jak najlepsze miejsce do zainstalowania kamery, zszedłem w dół do kanionu, by sprawdzić, czy da się stamtąd cokolwiek sfilmować. Urwista ścieżka, okraszona łańcuchami i metalowymi drabinkami, zaczyna się tuż obok jedynego w najbliższej okolicy hoteliku z restauracją zawieszoną spektakularnie nad urwiskiem. Jeszcze na górze witają mnie znaki ostrzegające przed utonięciem! W dole z prądem rwącej rzeki i wielkimi głazami walczą kajakarze. Ściany jaru pną się pionowo w górę. Ich krawędzi dość rozpaczliwie łapią się nieliczne drzewa czy krzewy. Ścieżka biegnie raz jedną raz drugą stroną rzeki, wspinając się wysoko lub opadając nad sam brzeg górskiego potoku. Wisi nad nią efektowny most, umożliwiający przedostanie się z jednego brzegu na drugi. Wędruję w stronę „naszej” skały, zawieszonej nad jarem. Dostrzegam chłopaków montujących układ. Są maleńcy już nawet nie jak mrówki. Wyglądają jak czarne kropeczki na tle nieba. Jaki musiałbym mieć obiektyw, by zrobić stąd sensowne zdjęcia! Koncepcja kręcenia z dołu zupełnie upadła. Wyjaśniła się natomiast przyczyna stawiana znaków ostrzegawczych. W dole rzeki zbudowana jest zapora, którą zamyka się od czasu do czasu, gdy sytuacja tego wymaga. Spiętrza ona wody rzeki, która podnosi swój poziom zalewając spore fragmenty ścieżki prowadzące blisko brzegu. Stąd i niebezpieczeństwo utonięć.
Spoglądam w górę. Czarne chmury zaczynają przysłaniać niebo. Czas wracać. Tuż przed końcem wspinaczki łapie mnie deszcz. Chowam się w hotelowej restauracji. Lokalne wino i kozi ser z Prowansji poprawiają humor. Widowiskowe błyskawice przeszywają niebo. Pioruny jeden za drugim walą w ostre zbocza gór. Leje jak z wiadra. Natura pokazuje swoje groźne piękno.
Praca przy budowie układu znów musi być przerwana. Po trzech dniach termin oddania próbnego skoku przez „Mariolkę”, czyli solidny wór napełniony kamieniami (o ciężarze dorosłego człowieka), zaczyna raptownie się oddalać. Kiedy czwartego dnia było jasne, że w walce z naturą jesteśmy bez szans, zapadła jedyna rozsądna decyzja.

Zwijamy oba stanowiska, pakujemy obóz, przewozimy wszystko kilka kilometrów dalej na most Artuby, by tam w ciągu jednego! dnia zbudować układ do skoków.

Na nowym miejscu wita nas ogromny czarny krzyż zbudowany z suchych gałęzi i konarów drzew, obok którego widnieje, wykonany z tych samych materiałów, równie wielki napis „DEAD”. Napis i krzyż znajdują się tuż pod mostem, 180 metrów poniżej jego krawędzi, w suchym korycie rzeki Artuby. Przed oczami stają obrazy historii, którą opowiadał w nocy Cebek. Trwają ciche rozmowy na temat, co też mogło się tamtej nocy wydarzyć. Niektórzy zaglądają do internetu szukając wiadomości z południa Francji, wzmianki o wypadku. Nic.

Nikogo jednak nie zraża perspektywa skoku w stronę „śmierci”. Robota pali się w rękach, nikt nie chce wracać do domu bez oddania choćby jednego skoku. Nie po to jechaliśmy tutaj ponad 1800 kilometrów. Perspektywa lotu ponad 100 metrów w dół jest niezwykle kusząca. Pogoda sprzyja, przestało padać, pojawia się bezchmurne niebo, pachnie lawendą, która rośnie tu w najdziwniejszych miejscach.
Pracując niemal non stop chłopaki są gotowi ze wszystkim późnym popołudniem. Jeszcze tylko skok „Mariolki”, któremu towarzyszy dosyć przerażający świst powietrza, mała poprawka układu, by był całkowicie bezpieczny, kolejna próba „Mariolki” …i już do skoku szykuje się pierwszy z odważnych – Trojan. W międzyczasie na dno kanionu schodzi kilka osób z ekipy by kontrolować lot „Mariolki”, czyli od dołu sprawdzić bezpieczeństwo lotu oraz pomagać skoczkom w wypięciu się z lin. Przekształcają napis na dnie kanionu układając suche gałęzie w „RopeJump.pl”. Jest zdecydowanie sympatyczniejszy!
Trojan staje na wąskiej betonowej barierce mostu. Wszyscy gotowi? Tak! Trzaskają migawki naszych aparatów. Trojan odlicza głośno: ready!… set!… go! Przechyla się w przepaść. Skacze! Po kilku sekundach lotu i głośnych okrzykach radości całej ekipy, łącznie z wykrzyczanym przez Rata „Polska górą!”, bezpiecznie ląduje na dnie kanionu. Wszyscy przybijają sobie piątki! Jest! Udało się skoczyć! W kolejce ustawiają się następni. Rat, Kowi, Marmatu…

Zabawę przerywa dopiero zapadający zmrok. Wielki cień charakterystycznej łukowej konstrukcji mostu, który przesuwał się przez cały dzień po ścianach kanionu, rozpływa się wraz z zachodzącym słońcem. W szarościach nocy ginie też głęboki wąski jar. Razem z nim napis ułożony z gałęzi. Czy wszyscy zapomnieli już o jego pierwotnej treści? Z pewnością nie, temat zapewne wróci podczas nocnego ogniska w naszym obozie…

Jerzy Pawleta
Francja, Canyon du Verdon
2014

Film z wyprawy do Francji i skoków z mostu zobaczyć można na YT: https://www.youtube.com/watch?v=vitFy-dTg4s&list=UUjgJ25Xs_JqaHwzzQoAJ4rw

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.