Jeśli Czarnogóra, to tylko Boka Kotorska, czyli wyrzuć przewodniki do kosza.

 

 

To, co stało się z wybrzeżem Czarnogóry, może być synonimem katastrofy turystycznej. Na 100-kilometrowym odcinku pomiędzy Herceg Novi a Ulcinj skomasowało się całe nieszczęście turystyki wypoczynkowej, czyli tak zwanego pędu do słońca. Zapchane do ostatniego kamyka plaże, tłumy na deptakach, korki w miastach, które nie są przygotowane na taką inwazję turystów z własnego interioru, państw ościennych i turystów zagranicznych. Wklejanie wielkich hoteli w każde wolne, piękne miejsce małego wybrzeża.

Koszmarna jest też polityka państwa w tym względzie, które pozwala na przekształcenie perełek kultury w skanseny hotelowo-turystyczne. Widok z lotu ptaka, czyli drogi biegnącej ponad wybrzeżem, na malowniczą (niegdyś) wysepkę Sveti Stefan, wizytówkę (niegdyś) turystycznej Czarnogóry, przypomina makietę średniowiecznego miasteczka. Wszystko odnowione, odbudowane, wypucowane, przekształcone w hotele. Dachówki jedna w drugą jak z zaprzyjaźnionej z wójtem fabryki. Wstęp do resortu płatny. Grobla zamieniła się w wyparasolkowana plażę. Też pewnie płatną – nie chciało nam się tam nawet zajrzeć.

Czarę goryczy przechyliła zachęcająca informacja w polskim przewodniku turystycznym opisującym Ulcinj jako przygraniczne (z Albanią) miasto o orientalnym charakterze, gdzie na ulicach słychać głównie albański, w centrum czynnych jest kilka starych meczetów, a „śpiew muezina rozlega się w każdym jego zakątku”. Dalej autorzy piszą o wąskich uliczkach, małych sklepikach, straganach z owocami i serdeczności mieszkańców. Plus zachowanym na stromym brzegu nad Małą Plażą starym mieście. Brzmi jak z bajki, prawda?
Nic dziwnego, że zastanawiając się nad noclegiem, porzuciliśmy pomysł spania w Starym Barze i pojechaliśmy 30 kilometrów dalej. Zachęta do wysłuchania śpiewu muezina i cofnięcia się w czasie do klimatu jak z zamierzchłej epoki była nie do odrzucenia.
Miny rzedły nam z każdą długą, bardzo długą minutą przebijania się przez, najpierw, obrzeża centrum, a potem przez ścisłe centrum. Stanie w korku i przyglądanie się nieprzebranym tłumom, ciasno oblepiającym wlokące się auta, było jedyną atrakcją. Ale nie było widać kobiet „noszących na głowach chusty w charakterystyczny sposób ani strojów odmiennych od pozostałej części Czarnogóry”, jak pisze przewodnik. W tłumie obowiązuje uniform turystyczny. Ze złotymi butami na szpilach, świecidełkami przyczepionymi gdzie tylko się da i napakowanymi facetami w obcisłych t-shirtach.
W centrum, zamiast śpiewu muezinów, królowały dźwięki kilkunastu dyskotek upchniętych przy plaży. Tym, co mnie już zupełnie powaliło, był wielki bar z jeszcze większym Big Benem, znakiem londyńskiego metra i telebimem wielkości domku jednorodzinnego z którego darło się MTv. Katastrofa! Ale pora była taka, że nie było wyjścia. Trzeba było szukać noclegu. Znaleźliśmy miejsce (w cenie ogólnoadratyckiej, w Czarnogórze walutą jest Euro) w kwaterze zawieszonej na wzgórzu nad plażą.
Nocne wyjście na spacer przekonało nas już dogłębnie, że nie chcemy tu zostać ani sekundy dłużej niż trzeba będzie. Tak niewiarygodnej masy oblepiającej dosłownie wszystko, od totalnie komercyjnych knajpek po murek wybetonowanego nabrzeża i przeciskającej się (dosłownie) ulicą zamienianą wieczorem i w nocy na deptak, nie widziałem jeszcze nigdy i nigdzie! Stare miasto na wzgórzu okazało się znów turystycznym skansenem odpicowanym na rzecz hotelików i bezdusznych knajpek, w których było, o dziwo, zupełnie pusto. Życie koncentrowało się na dole w atmosferze kiczowato-dyskotekowej.

Śniadanie (tutejsze racuchy z miodem, wielki omlet, lokalny ser i świeże pieczywo z nieodłącznym kajmakiem) zjedliśmy w konobie przy wąskiej uliczce w Starym Barze wiodącej do bramy murów obronnych dawnego miasta. I to był dobry, bardzo dobry pomysł, który poprawił nam humory na cały dzień. Miejsce też komercyjne, ale w rozsądny sposób. Być może wczesna pora powodowała, że nie było jeszcze zalewu turystów. A być może odległość od wody i plaży.
Długo wałęsaliśmy się po ruinach Starego Baru (znów kłania się przewodnik – ani bilet nie kosztuje 1 Euro, ani nie można tu wejść za darmo wczesnym rankiem czy późnym wieczorem), które w kontraście z Ulcinj były ciekawe, choć nie powalające.
Marzyła nam się kąpiel na jednej z nielicznych piaszczystych plaż Czarnogóry (i w ogóle tej części Europy), czyli w Budvie. Mając jednak w pamięci korki w tym mieście i tłumy zalegające plażę, skręciliśmy w pierwszą lepszą dróżkę opadającą w stronę morza, przy której ustawiony był znaczek „plaża”. To znów był dobry pomysł. Nie było może zbyt wiele piasku, ale i tłum nie taki przeogromny. A woda jak to w Adriatyku – ciepła, czysta, słona i aksamitna w swojej strukturze. A w okolicy stary klasztor na urwisku, gdzie stary zakonnik wielkim dzwonami co pół godziny oznajmiał górom upływ czasu.

Zapytacie co z tą Boką Kotorską, o której w tytule? No właśnie – cały czas mieliśmy ją przed oczami i była naszym celem na dzisiaj. Dlaczego? Ano właśnie dlatego, że poprzedniego dnia okrążyliśmy całą Zatokę (Bokę) Kotorską zachwycając się jej niezwykłym pięknem, spokojem, zwiedzając malownicze miejsca jak Perast (z dwoma wysepkami, Matki Boskiej na Skale i Św. Jerzego, na których umieszczone są kościółek i klasztor) czy magiczny, będący na liście UNESCO Kotor, wspinając się w samo południe na Twierdzę Kotorską. Boka okazała się naszą wymarzoną krainą nad Adriatykiem, synonimem piękna tego rejonu, czasem minionym, czyli tym wszystkim, o czym było w przewodniku, a czego już nie było w rzeczywistości w innych turystycznych miejscach Czarnogóry.
Stare kamienne domy wciśnięte pomiędzy góry a wodę, droga wijąca się wybrzeżem, które nie pozostawia jej często nawet skrawka miejsca na murek oddzielający asfalt od morza. A jeśli już murek jest, leżą na nim na ręcznikach wypoczywający po kąpieli w spokojnej wodzie. Miniaturowe, zbudowane z kamienia zatoki kryjące pojedyncze łodzie mieszkańców wiosek (czy miasteczek) są jednocześnie miejscami do plażowania. Sklepików jest niewiele. Tym większe było nasze zaskoczenie, gdy obok jednego z nich znaleźliśmy małą piekarnię i cukiernię w jednym z pachnącymi, ciepłymi jeszcze wyrobami. Nic dziwnego, że obkupiliśmy się ponad miarę. Oprócz pieczywa, dla każdego z naszej trójki po wielkim słodkim ciachu (każde inne, by pokosztować), w tym sławną baklavę (francuskie ciasto z orzechami włoskimi w słodkiej zalewie). Usiedliśmy na okazałych kamiennych schodach prowadzących do równie wielkiego, wciśniętego pomiędzy kamienne domy a wzgórze kościoła, który robił w tym miejscu niesamowite wrażenie. No i zaczęliśmy dosłownie obżerać się ciastkami. Nie byliśmy jeszcze w ich połowie, gdy było nam już niedobrze z przesytu. Reszta na potem. Jechaliśmy dalej wąską drogą przy której niewielkie konoby usytuowane tuż nad wodą zapraszają głodnych i spragnionych.
Tak, to miejsce było wymarzonym celem na zakończenie naszego krótkiego wypadu do Czarnogóry.
I to zrobiliśmy. Najpierw długa kąpiel i baraszkowanie w słonej wodzie w miasteczku, gdzie na miniaturowej kamienno-żwirowej plaży oprócz nas były jeszcze trzy osoby. Potem podziwianie gór otaczających zatokę, rozświetlonych opadającym leniwie w dół słońcem, odbijających się w wodnej tafli. No, a na koniec kolacja w knajpce, gdzie naszego stolika od wody nie oddzielało już nic oprócz rozgrzanego powietrza i zapachu zatoki. Zupełnie inne zapachy dobiegały z kuchni starego, zabytkowego domu, gdzie urządzono konobę. Zaszaleliśmy. Małże (mule) podano nam w wielkiej gorącej wazie pełnej czarnych muszli. Oprócz tego krewetki z rusztu (dwa rodzaje) na ziemniaczkach ze szpinakiem i lokalne, domowe wino. Dla naszej Małej typowo śródziemnomorskie danie, czyli kurczak z grilla z frytkami. I coca-colą. No cóż, niech też ma swoje święto.
Jak było pięknie – spróbujcie sobie wyobrazić. Na usta ciśnie się tylko jedno – życie w Czarnogórze jest piękne! Ale głównie w miejscu, które od turystycznego świata oddziela prom przecinający Zatokę Kotorską i do którego nie są w stanie dotrzeć autokary. Droga jest zbyt wąska. I niech tak zostanie na wieki!

Jerzy Pawleta
Czarnogóra 2014

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.