Indonezja. Jakarta, Bali, Komodo, Papua. (publikacja Magazyn All Inclusive)

 

Chcielibyście poznać szczerze uśmiechniętych, ciepłych ludzi, dla których rozmowa z Wami jest przyjemnością samą w sobie? Ludzi, którzy za swój uśmiech nie oczekują niczego, oprócz Waszego uśmiechu?
Chcielibyście poznać przyrodę, którą naukowcy, badacze i pasjonaci odkrywają garściami, oznajmiając co rusz z euforią o nowych gatunkach ptaków, ryb czy owadów, które odnaleźli na jednej z 17.000 rozsianych wzdłuż równika wysp tego kraju?
Chcielibyście poznać gatunki zwierząt, których nie zobaczycie nigdzie indziej na świecie?
Chcielibyście skosztować kuchni, która swoją różnorodną, pikantną barwą zauroczy Was od pierwszego kęsa?
Chcielibyście poznać setki wyjątkowych miejsc, z których aż dziesięć znajduje się na światowej liście UNESCO?
Albo zaznać słonecznej kąpieli na różowej plaży i zanurzyć się w ciepłym ocenie nurkując między rafami koralowymi?

Chcielibyście? Poznajcie Indonezję.

Jazzowa Jakarta.
W Indonezji byłem po raz pierwszy w życiu i chociaż przemierzyłem ją od Jakarty (Dżakarty) na Jawie po Raja Ampat na Papui, czyli zrobiłem ok. 4.000 kilometrów, nie mogę powiedzieć, że znam ten kraj. Wiem natomiast, że niemal od razu zakochałem się w wielu jej odcieniach.
Niemal, gdyż zacząłem od Jakarty, stolicy archipelagu. Nie da się jej polubić „od pierwszego wejrzenia”, ale z każdym dniem odkrywała przede mną swoje uroki skryte pod grubą skórą wielkiego miasta. Chociaż nawet tutaj, w przeciwieństwie do wielu światowych stolic i wielkich miast, ludzie są niezwykle sympatyczni, życzliwi i nieinteresowni.


Opowiem banalną historię, ale tak tkwi mi w głowie, że nie mogę się oprzeć. Kierowca naszego autobusu, którym przez pięć dni przemierzaliśmy Jakartę i okolice, jest Muzułmaninem. Jak zdecydowana większość mieszkańców Indonezji. Rozbawiony i pełen dobrego humoru wracałem ze spotkania w departamencie turystyki zaopatrzony w szereg pamiątkowych gadżetów, w tym w białą jak śnieg gustowna czapeczkę z daszkiem i czerwonym napisem „Visit Indonesia”. Wchodzę do autobusu, a nasz kierowca siedzi za kierownicą odziany w nadzwyczaj sympatyczne muzułmańskie nakrycie głowy wielkości małej miseczki do ryżu. W zupełnie niezrozumiałym odruchu zdjąłem swoją czapkę i zaproponowałem zamianę. Gdy dotarło do mnie, jak było to idiotyczne, było już za późno. Kierowca bez zdziwienia, z uśmiechem i stoickim spokojem wręczył mi swoją czapkę (tłumacząc się jeszcze, że nie jest świeżo wyprana!) i założył białą z daszkiem. A przecież mogłem go obrazić taką propozycją. Jego nakrycie głowy nie jest zwykłą czapką. To oznaka jego wiary. Pożegnaliśmy się serdecznie.
Następnego dnia wsiadam do pojazdu a kierowca jakby nigdy nic siedzi za kierownica w białej czapce z daszkiem. Jakie było jego zaskoczenie, gdy na mojej głowie nie ujrzał swojej muzułmańskiej czapeczki. Tym razem ja zacząłem się tłumaczyć, mówiąc, że nie wiedziałem czy wypada, by nie-muzułmanin chodził w takim nakryciu głowy. No i stało się! Oblegli mnie równocześnie kierowca z przewodnikiem i boy hotelowy z kimś z od turystyki i zaczęli jeden przez drugiego perswadować, że nie ma problemu, że śmiało mogę w niej chodzić! Zrobiło mi się głupio i biegiem udałem się do swojego pokoju po czapeczkę. Nagrodą był wyrozumiały uśmiech kierowcy.


Co jeszcze o Jakarcie? Zaskakuje nowoczesnością wieżowców i gmachów wyrastających często z typowo azjatycko-postkolonialnego zamieszania architektonicznego, jakie pozostawili po sobie ci wszyscy, którzy przetoczyli się przez te ziemie. Zakrojone na szeroką skalę inwestycje szybko wprowadzają ład w czymś, co Europejczykowi wydaje się nie do ogarnięcia. Indonezja to 250 milionów mieszkańców, z czego aż 60% mieszka na relatywnie nie tak znów wielkiej Jawie. Tutejsze miasta to wielomilionowe molochy, a Jakarta jest największym z nich. Mimo to, z każdą chwilą jej poznawania robi coraz sympatyczniejsze wrażenie. Jak choćby post-holenderskie niewielkie stare miasto ze zwodzonym mostem, jakby żywcem wyjętym z dawnych rycin przedstawiających amsterdamskie kanały.


Fascynująca jest też różnorodność kuchni w Jakarcie. Spotykają się tu wpływy wielu wysp Indonezji, a w tym wszystkim swoje silne miejsce ma tradycyjna kuchnia Jawy. Mieliśmy niezwykłą przyjemność zakosztowania różnych pyszności w kilku miejscach, ale największe wrażenie zrobiły na mnie dwa z nich. Restauracji Padang, gdzie dania serwuje się na wielu talerzykach ustawianych w piramidkę. Pośród mnóstwa potraw wyróżniał się rendang – wołowina gotowana w mleku kokosowym, potrawa wywodząca się z kuchni Sumatry Zachodniej, podawana z ryżem i zielonym sambalem (sambal hijau). Drugim miejscem była restauracja Dapur Babah, gdzie na przybyszów czeka niezwykła atmosfera i wystrój wnętrza. Stoliki pochowane są w kilku wielobarwnych pomieszczeniach, w głębokim półmroku majaczą wielkie azjatyckie rzeźby, grafiki i malowidła wkomponowane w przepych ornamentów. Każda sala jest inna, każda na swój sposób fascynująca. Jak serwowane potrawy. Zadziwiają kunsztem podania, fantazją kucharza i swoim smakiem. Rozpoczynamy od soto ayam. Jest to tradycyjny indonezyjski rosół z kurczaka o limonkowym posmaku. Później na stole ląduje feria przystawek i danie główne będące w swojej niezwykłej konstrukcji zapowiedzią tego, co czekać będzie nas za kilka dni. Wygląda jak wynurzające się z wody strzeliste, porośnięte gęstą roślinnością skały Raja Ampat.
Lubię mój widok z okna ogromnego, tchnącego kolonialną atmosferą hotelu Borobudur na rozległy park z ekspresyjną potężną rzeźbą umieszczoną na cokole wystającym wysoko ponad okazałe drzewa. Dalej widnieje największy w tej części Azji meczet Mesjid Istiqlal, vis a vis którego usytuowana jest strzelista katolicka katedra. Nazwać ją neogotycką byłoby nadużyciem. Jej wieże przypominają raczej szaleństwa Gaudiego w wersji ażurowej. Horyzont zamykają niezliczone wieżowce nowoczesnej części miasta. Taka właśnie jest Jakarta. Przeróżna.


Mój hotel jest też kwaterą główną odbywającego się w marcu Jakarta International Java Jazz Festival, największego obecnie festiwalu jazzowego na świecie, co pociąga za sobą szereg atrakcji. Nieoczekiwane spotkania na basenie czy śniadaniu z gwiazdami światowego jazzu, wieczorne sesje jazzowe w każdej z kilku restauracji czy barów, przegląd mody wystrojonych gwiazd i ich satelitów czy klimat lekkiej jazzowej dekadencji. Lubimy się wszyscy posnuć po wielkim holu, jego przepastnych schodach prowadzących na piętro i jeszcze większych, pełnych rzeźb i kwiatów korytarzach, przyglądając się ukradkiem sobie wzajemnie. Java jazz to 300 zespołów, 17 scen, 3 dni muzyki w Jakarta Expo. Były i polskie akcenty, jak koncert zespołu Dominika Bukowskiego z udziałem indonezyjskich muzyków. Muzyka na granicy Europy i Azji, w tym jazzowe wersje indonezyjskich utworów, które znamy z polskich interpretacji – np. Violetty Villas!!!

Ale pora w drogę. Indonezja czeka! Jak się przemieszczać? Ogromne odległości najłatwiej pokonać jest oczywiście samolotem. Indonezyjskie linie lotnicze Garuda stworzyły niezwykłą siatkę połączeń, dzięki którym dostać się można do najodleglejszych nawet miejsc w kraju. Z dnia na dzień rośnie liczba lotnisk, nawet tych potrafiących przyjąć połączenia międzynarodowe. W oczach powstają nowoczesne porty lotnicze.

Bali – magia świątyń, magia pól ryżowych.
My lecimy na Bali, do Denpasar. Już lotnisko jest zapowiedzią czegoś niezwykłego, co nas spotka. Wita nas potężna, zaskakująca w swym strzelistym stożkowym kształcie, pełna indonezyjskich rzeźb brama, replika wejść do największych świątyń tej magicznej wyspy, mekki turystki Indonezji.

Po przejeździe przez, wydaje się, niekończący się pasaż restauracyjno-handlowo-usługowy usytuowany wzdłuż wybrzeża, docieramy do naszego hotelu z otwartym basenem i restauracją na dachu, skąd podziwiać można zachód słońca, które topi się w sięgającym horyzontu Oceanie Indyjskim. Ja na podziwianie zachodu wybieram, jak dziesiątki innych turystów, plażę usytuowaną po drugiej stronie wąskiej, acz ruchliwej ulicy. Siedzimy na piasku wgapiając się w horyzont, przyglądając się akrobacjom ostatnich tego dnia surferów, wybierając spośród dziesiątków kolczyków, bransoletek czy wisiorków oferowanych przez barwnych sprzedawców tą jedną rzecz, którą chcemy, by zawsze przypominała nam zachód słońca na Bali.
Po tym spektaklu wybieramy się do leżącej poza miastem wioski rybackiej Jimbaran, obecnie dzielnicy nadmorskich knajpek. Wszystkie wychodzą wprost na plażę. Stoliki ustawione są na piasku aż do samego oceanu. Podają tu świeże ryby, owoce morza, lokalne zupy czy inne niezliczone pyszności orientalnej kuchni. Którą restauracyjkę wybrać? Nie zgadłbym. Dobrze, że towarzyszą nam tubylcy. Oni wiedzą, gdzie zjemy najlepiej. Na stole, pośród migoczących na wietrze od morza świec, pojawiają się podane na niewielkich półmiskach pysznie przyprawione ryby, krewetki, kalmary i homary, które jeszcze przed chwilą oglądaliśmy pływające w wielkich akwariach umieszczonych przy wejściu do restauracji. Serwowane są również sate lilit – typowe dla kuchni balijskiej szaszłyki rybne nadziewane na źdźbła trawy cytrynowej. Według CNNGo sate należy do elitarnej grupy 50-ciu najsmaczniejszych dań na świecie. Balijscy grajkowie snują się między stolikami, za zatrzymanie się przy naszym stoliku na krótką chwilę wyciągają stary kapelusz, do którego wpada parę groszy. Tuż obok, nad samą wodą, usadowił się „niezależny” sprzedawca, który smaży na niewielkim przenośnym grillu swoje ryby. Dym z jego ogniska osnuwa nasz stolik. Nikomu z obsługi restauracji to nie przeszkadza. Nam też nie. Gdyby nie to, że najedzony byłem niewiarygodnie, chętnie skosztowałbym jego ryb. Jakby tego wszystkiego było mało, gdzieś z najbliższego sąsiedztwa zaczyna snuć się indonezyjska muzyka. Z cienia nocy wyłania się balijska tancerka i rozpoczyna swój piękny i skomplikowany taniec. Trudno oderwać od niej oczy. Przepłukując gardło zimnym piwem i zagryzając moimi ulubionymi panierowanymi kalmarami, zastanawiam się, czym sobie zasłużyłem na takie przyjemności.


Następnego dnia jedziemy na kolejne spotkanie z Bali. Mijamy kilometry niskich rodzinnych zabudowań, z których każde, nie wiem, czy tak można powiedzieć, ozdobione jest świątynią. Przepych architektury, ornamentyka płaskorzeźb, magia niezwykłych rzeźb, piękno kompozycji kwiatowych czy roślinnych. Jedni przed drugimi ścigają się w pomysłowości i dbałości o swoja świątynię. Odnoszę wrażenie, że wszyscy prześcigają się w adoracji bogów, by ci zwrócili właśnie na nich uwagę. Świątynie przydomowe stawia się, by oddać cześć nie tylko hinduistycznym bóstwom, ale też duchom zmarłych przodków. W każdej z nich codziennie składana jest ofiara zwana Banten (w jej skład wchodzą kadzidła, kwiaty, ale też np. ciasteczka, papierosy, czy pieniądze).


Jeszcze przed lunchem docieramy pod Bratan, wulkan z trzema kalderami, często mylonymi z kraterami. Na jego zboczach we wiosce Jatiluwih usytuowane są opadające tarasowo, malownicze pola ryżowe, miejsce nominowane do Listy UNESCO. Zapuszczamy się w plantacje, podziwiając misterne rozwiązania doprowadzające ściśle określoną ilość wody do poletek ryżowych. Kapliczki otoczone barwnymi kompozycjami roślinnymi, które co rusz wystają ponad soczystą zieleń, spełniają również bardzo pragmatyczną rolę. Służą do wytyczania poszczególnych poletek ryżowych. Właścicielem ogromnej plantacji są pojedynczy Balijczycy, którzy dzielą pomiędzy siebie całe pole. Woda jest dystrybuowana ściśle według wielkości poletka. Zadziwiające, jak precyzyjnie działają wiekowe systemy i urządzenia. A że ryż z tych pól jest przepyszny, mogliśmy przekonać się na miejscu. Zaprasza lokalna knajpka usytuowana tuż przy polu. Atrakcją, oprócz bardzo specyficznego, niezwykłego w kolorze przypominającym soczystość zieleni pól ryżowych, lekko alkoholizowanego napoju, jest sam ryż. Różowy. Nie mogło się tu obejść bez jednej z klasycznych potraw Indonezji – nasi goreng. Podstawą jest smażony ryż i jajko, do tego kucharz dorzuca według uznania warzywa, różne mięsa (najczęściej kurczak) lub owoce morza (najczęściej krewetki). Warto pozostać tu dłużej, by delektować się niezwykłymi widokami i potrawami.


Ale czas goni, kolejne miejsce będzie równie piękne! Jest nim usytuowana na fantazyjnej skale wystającej wysoko z morza XVI-wieczna hinduistyczna świątynia Tanah Lot, co w miejscowym języku oznacza po prostu Ziemia w Morzu. Miejsce magiczne z uwagi na samą naskalną świątynię, o podstawę której rozbijają się wielkie fale, jak i klifowe otoczenie oplatające ją wielkim skalistym półkolem skrywającym kolejne obiekty świątynne. Tanah Lot to jedno z najświętszych miejsc Bali. W grocie pod świątynią „Air Suci – Holy Spring Water”, jak informuje niewielka tabliczka, odbywa się misterium, do którego ustawia się kolejka pielgrzymów i ciekawskich. My również. Oddajemy się obrządkowi oczyszczenia i naznaczenia czoła …ryżem mieszczącym się na kciuku kapłana. Za ucho każdej osoby wkładany jest niewielki symboliczny kwiat. Na tacy ubranych w białe szaty kapłanów „Groty Świętej Wiosennej Wody” ląduje za każdym razem kilka tysięcy rupii. Czyli, w przeliczeniu, parę złotych.


Uduchowieni zasiadamy w restauracji z widokiem na cały klif i świątynię. Czas na kolejną ucztę dla ciała. Jedynym mankamentem jest fakt, że kilka chwil wcześniej zaszło słońce i piękne widoki błyskawicznie roztapiają się w szarościach nocy. Noc zapada tu w takim tempie, jakby za chwilę miało znów wstać. A zrobi to dopiero za dwanaście godzin. Jak to na równiku. Obok, w niewielkim teatrze na świeżym powietrzu, odbywa się sławny spektakl indonezyjski, hipnotyzujący taniec kecak, który jest połączeniem teatru, śpiewu i tańca. Zaczyna się zawsze tuż przed zachodem słońca. Aktorzy występując w demonicznych maskach odgrywają swoje role przy wtórze chóru półnagich śpiewaków, siedzących wokół centralnego postumentu, małej świątyni, na którym palą się ognie.

Smoki z Komodo, czyli witajcie w Labuan Bajo
Następny przystanek na indonezyjskiej mapie naszej podróży to Labuan Bajo, portowe miasteczko położone na Małych Wyspach Sundajskich. Przed wspaniale usytuowanym nad samym brzegiem morza hotelem (dzieli go od niego tylko zielony teren z basenem) wita nas tradycyjnie odziana grupa śpiewaków. Ceremonia zaczyna się od groźnego wymachiwania szablą a kończy na degustacji lokalnego niskoprocentowego trunku. Całość okraszona niemal nieustannym, przyjaznym uśmiechem wyspiarzy.

Jest na tyle późno, że czas przed kolacją wypełnia jedynie spacer po plaży przy zachodzie słońca i pływanie w hotelowym basenie przy akompaniamencie cykad. Posiłek podano w klasycznej portowej, u nas powiedziano by, tawernie. Króluje fantastyczna ryba. Są i moje ulubione kalmary. Podczas, gdy towarzystwo rozgadało się przy stole, ja urwałem się na lokalny targ, gdzie oprócz tego, że można tu kupić surowe produkty z okolicznych wód, królują suszone wytwory morskie. No i uliczne garkuchnie, podstawa wyżywienia w Azji. Musiałem skosztować prażonych na żywym ogniu w wielkim woku owoców morza. Musiałem!


Pobudka wczesnym rankiem. Wychodząca na ogród pełen palm, egzotycznych roślin i szemrzących potoczków restauracja jest jeszcze zupełnie niemal pusta. Śniadanie w takiej scenerii smakuje w dwójnasób dobrze.
Transfer do niewielkiego portu i już pędzimy motorówką napędzaną trzema potężnymi silniki w stronę wysp Parku Narodowego Komodo. Na spotkanie ze Smokami z Komodo.

Tak potocznie określa się ogromne warany, prehistoryczne jaszczury, które przetrwały tylko w tym rejonie świata. Spotkanie z nimi to niezwykłe doznanie, tym bardziej, że gady nie boją się ludzi i podchodzą zupełnie blisko. O to, by nasza czaszka nie zawisła pomiędzy innymi na „wystawie” trofeów waranów (od małpich po wielkie rogate czaszki) dbają rangersi uzbrojeni w rozwidlone na końcu długie kije. Wystarcza, choć te ponad trzymetrowe i ważące do stu kilogramów zwierzęta potrafią rozpędzić się do dwudziestu kilometrów na godzinę i potężnym uderzeniem długiego ogona (z siłą nawet dwóch ton) powalić największego zwierza, nie mówiąc o człowieku. Atakują znienacka, nie wysyłając żadnych sygnałów. Zdarzały się i śmiertelne ataki na ludzi. Nie można więc ignorować ich pozornego lenistwa i ostrzeżeń naszych opiekunów.

Treking po wyspie wieńczy wspinaczka na wzgórze, z którego rozciąga się wspaniały widok na wyspy Archipelagu Sundajskiego. Jedna z nich kryje zjawiskową Różową Plażę, której biały piasek zabarwiony jest różowymi żelowymi barwnikami otwornic. Tam udajemy się na nurkowanie wzdłuż raf koralowych, gdzie w krystalicznej wodzie podziwiać można setki kolorowych ryb. Pobyt wieńczy lunch pod kwitnącymi drzewami namorzynowymi. Raj na ziemi? Nie, do tego udamy się następnego dnia.

Ostatni Raj na Ziemi.
Tak reklamuje się rejon setek wysp Raja Ampat w zachodniej Papui. I nie ma w tym sloganie krztyny przesady. Miejsce znajduje się na przysłowiowym końcu świata, na skraju Oceanu Spokojnego. Dotarliśmy tam lecąc 6 godzin! lokalnymi liniami lotniczymi Garuda z Denpasar do Sorong na Papui, pokonując w powietrzu kilka tysięcy kilometrów. Potem wsiedliśmy na prom, by po nocy przespanej w małym hoteliku w stolicy regionu Waisai zaokrętować się na niewielkiej łodzi typu „speedboat”, którą pomknęliśmy zwiedzać magiczne wysepki i formacje skalne będącego na liście UNESCO światowego królestwa nurkowego.

Raja Ampat oznacza Czterech Króli, którzy według legend zawładnęli czterema największymi wyspami Koralowego Trójkąta. Wszystkich wysp i wysepek naliczono tutaj aż 1846. Natura jest tu bliższa Australii niż Azji. Spotkamy tutaj, na przykład, torbacze. Według międzynarodowych badań zasoby lokalnych wód są najbardziej różnorodne na świecie. Znajdziemy w nich ponad 1400 gatunków ryb rafowych, wiele tutejszych stworzeń należy do gatunków endemicznych, występujących tylko w tym regionie. Naukowcy twierdzą, że w Raja Ampat znajdują się 603 gatunki koralowców, co stanowi 75% populacji światowej.


Tyle liczby. Nie oddadzą one scenerii fantastycznych form tutejszych wysypek i skalnych tworów natury wyrastających wprost z oceanu. Gdzieś pomiędzy nimi usytuowane są niewielkie platformy do nurkowania, nurkowania z rurką czy po prostu pływania. Przybijamy łodzią do jednej z nich i oddajemy się przyjemności kąpieli. Tuż opodal w zakamarkach wyspy, nad złocistą plażą, swoją chatę na palach zbudował tutejszy rybak. Wita nas wraz całą swoją rodziną oprowadzając po skromnym domostwie. Wspinamy się na stromą górę znajdująca się na końcu plaży, skąd roztacza się fantastyczny widok na całą okolicę. Opływamy ozdobione palmami wysepki okolone białymi plażami, woda zmienia barwę od głębokiej zieleni, poprzez turkusy aż po srebrzystą, w zależności od jej głębokości i rodzaju podłoża. Nurkujemy w kolejnym bajecznym miejscu, gdzie pod wodą wita nas feeria kolorów koralowców. Setki ryb i rybek przemykają przed moją maską, niektóre podpływają zupełnie blisko z ciekawością przyglądając się dziwnemu stworowi w płetwach i czmychają natychmiast, gdy tylko wysuwam rękę w ich stronę. Woda jest niewyobrażalnie przejrzysta i ciepła, krajobrazy pod wodą i nad nią niezwykłe, słońce przypieka z góry, gdzieś nad widnokręgiem, pomiędzy stromymi wierzchołkami wysp pojawiają się ciemne burzowe chmury, które nadają miejscu nieziemskiej dramaturgii. Chciało by się postawić na wodzie sztalugi, sięgnąć po paletę pełną barw i przenieść na gigantyczne płótno obraz tego raju na ziemi, jakim jest nieskażona natura Raja Ampat.


Mam nadzieję, że gospodarzom tego regionu uda się otrzymać założony kierunek, jeśli chodzi o rozwój turystyki. Powstają tu jedynie niewielkie klimatyczne resorty zamiast hotelowych kompleksów, które zabiły by urok i intymność tych miejsc. Właśnie jeden z takich resortów, Papua Explorers, odwiedzamy, będąc zaproszonymi na lunch. Na piaszczystym brzegu płytkiego morza usadowiło się na palach kilkanaście bungalowów postawionych w tradycyjnym papuaskim stylu. Zbudowane są z lokalnych materiałów, dostarczanych z okolicznych wiosek. Komfortowe obszerne wnętrza z pięknie zaprojektowanymi, designerskimi łazienkami z ciepłą wodą wyposażone są w niezbędne nowoczesne sprzęty. Łoże z baldachimem kusi, by się na nim wyciągnąć. Wybieram jednak hamak na werandzie, z której roztacza się wspaniały widok na całą okolicę. Można z niej zejść prosto do morza, by zażyć orzeźwiającej kąpieli w towarzystwie ławic ryb przemykających opodal.


U podstawy długiego molo, do którego przybijają łodzie Papua Explorers wyruszające na nurkowanie czy zwiedzanie okolic, umiejscowiona jest na palach okrągła restauracja. Jej zaletą, oprócz zawsze świeżych, pysznych potraw, jest widok zarówno na wschody jak i zachody słońca. Podziwiać można piękno oceanu i lasów deszczowych, wyrastających tuż za chatami resortu. Ten raj dla urlopowiczów oferuje nurkowanie i snorkeling, w tym wokół sławnej z filmowych plenerów wyspy Wayag, obserwacje ptaków czy treking wraz z wizytami w tutejszych wioskach oraz krótką wyprawę przez dżunglę do niezwykle atrakcyjnego dla fotografów pięknego jeziora osadzonego pośród drzew lasu deszczowego. Pełno tu niezwykłych okazów fauny i flory. Można spotkać jaszczurki o niebieskich językach, gigantyczne ćmy czy rosnący opodal kuskus.


Zdecydowanie warto zadać sobie trudu dotarcia do Raja Ampat, by pełną garścią zaczerpnąć przyjemności życia, jakie oferuje ten odkrywany przez pasjonatów natury skrawek świata.
Indonezja to dzisiaj kierunek z gatunku must be, dający niezwykłą, niespotykaną gdzie indziej różnorodność. Każda jej wyspa to odrębna kultura, przyroda, natura. Wiele nieodkrytych jeszcze miejsc jest dzisiaj w zasięgu naszej ręki. Czeka na nas tu z jednej strony komfortowy wypoczynek, z drugiej fascynująca przygoda.

Jerzy Pawleta, Indonezja

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.