Korona Gór Polskich. Góry Bardzkie. Kłodzka Góra, 765 m n.p.m.

Zupełnie niespodziewanie, zwłaszcza dla siebie, postanowiłem ponownie zdobyć Koronę Gór Polskich. Jakoś tak mi się zachciało. Mimo, że ostatnie dni listopada to pozornie nie najlepszy czas na chodzenie po górach. Pozornie. Pogoda, chociaż ostro wiało i upału nie było, była wspaniała. Temperatura oscylowała w okolicach zera. Światło do robienia zdjęć bywało genialne.
Góra Kłodzka była wyborem naturalnym. Z Poznania można bez problemu dotrzeć pociągiem, via Wrocław, do mojego ulubionego, magicznego miasteczka jakim jest Bardo Śląskie. Miejsca, które ma wszelkie dane ku temu, by być kwitnącym centrum turystycznym. Otoczone jest malowniczymi górami, przez jego środek przepływa Nysa Kłodzka, po której latem możemy popływać na górskich pontonach. Nad jej brzegiem majestatycznie wyrasta w górę, otoczona zabytkową zabudową i plątaniną wąskich uliczek, monumentalna XV-wieczna Bazylika. Dotrzemy do niej kamiennym gotyckim mostem i brukowaną ulicą Główną. Na miejskich wzgórzach ulokowało się mnóstwo wspaniałych obiektów architektonicznych, jak choćby klasztor Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej pełniący obecnie rolę Domu Dziecka. Intrygująca jest trasa kaplic z lat 1905-39, Wzgórze Różańcowe, rozpoczynająca się na obrzeżach zabytkowego Bardo. Z drugiej strony rzeki w górę, niebieskim szlakiem, którym będę podążał, pnie się stromo Droga Krzyżowa.
To tylko niektóre walory Bardo i aż dziw bierze, że miasteczko pozostaje nadal jak w epoce wczesnego Gierka. Zapuszczone, jakby na peryferiach szlaków turystycznych, mimo, że tędy przebiega sławny Szlak Cysterski. Chociaż nie chciałbym być niesprawiedliwy. Coś drgnęło w Bardo. Unijne tablice informują o rewitalizacji starówki. I to widać. Co raz to któraś z pięknych kamienic świeci nową elewacją. Ale droga do stania się perełką jeszcze daleka. Może właśnie dlatego, paradoksalnie, tak lubię to miejsce. Nie jest jeszcze zadeptane przez turystów.


Uff, to tyle tytułem wstępu. Do Bardo dotarłem późno w nocy. Wcześniej zarezerwowałem pokój w zajeździe Pod Złotym Lwem, ulokowanym dokładnie vis a vis bazyliki. Interesujący, ogromny obiekt dawnego klasztoru ciągle nie może podnieść się z poziomu karczmy z miejscami noclegowymi na podstawowym poziomie. Kolejna miła, optymistyczna rodzina wzięła obiekt w ajencję. Życzę powodzenia, choć sukcesu niestety nie wróżę. O 11-tej w nocy bramę zajazdu otwiera mi gospodarz w towarzystwie lekko „zawianych” dwóch kolesi. To nie jest dobry znak. Odprowadza mnie zakamarkami korytarzy do przygotowanego, w miarę ciepłego pokoju. W nocy temperatura spadła, ale ogrzanie takiego wielkiego obiektu i tak graniczy z cudem. Nocleg z dobrym śniadaniem serwowanym przez rozmowną gospodynię kosztuje 55 złotych. Dla bardziej wymagających kilkaset metrów wyżej powstał nowoczesny hotel „Bardo” z basenem, saunami, jacuzzi i małą siłownią. Jedynka ze śniadaniem 190 złotych.
W oczekiwaniu, aż jesienne słońce wychyli się zza gór, wędruję w górę miasteczka szlakiem różańcowych kapliczek. Pierwsze promienie malują okolicę, zahaczają o kaplice. Czas na zdjęcia. Nieśpiesznie snuję się po miasteczku wyłapując słońcem malowane detale. Gdy docieram, mijając trzy mosty Barda (wspomniany fantastyczny kamienny, nowoczesny drogowy i malowniczy żelazny kolejowy) w miejsce, gdzie swój początek bierze szlak niebieski, jest już jedenasta. Turystyczny drogowskaz informuje, że do Przełęczy Kłodzkiej mam 3 godz. 45 min. A to dopiero połowa mojej trasy! Zamierzam dotrzeć do Kłodzka. Przeliczam godziny …i natychmiast dostaję kosmicznego przyspieszenia. Chciałbym Kłodzką Górę zdobyć przed zmierzchem! Zdjęcia robię już niemal w biegu. Jest tak pięknie, że nie da się ich nie robić. Mijam malownicze kapliczki Drogi Krzyżowej. Kierunkowskazy na ruiny zamku czy widokowe skalne urwisko z ogromnym białym krzyżem zachęcają, ale te miejsca zostawiam sobie na „następny raz”. Szybko docieram na szczyt Góry Kalwarii okraszony Górską Kaplica Matki Bożej Płaczącej. Tu już się nie obejdzie bez sesji zdjęciowej.
Przypomina mi się, jak to biegiem kończyłem moją poprzednią KGP, chcąc zdążyć na konkurs na Podróżnika Roku. Tym razem biegiem zaczynam. Przełęcz Kłodzką osiągam po 1 godz. i 45 minutach! Głęboko oddycham. Dam radę! Ale pierwsza przerwa oraz posiłek i tak dopiero na Kłodzkiej! Z radości mylę trasę. Zamiast dalej niebieskim szlakiem, który prowadzi niepozorną ścieżką, idę szerokim duktem, zwracając bardziej uwagę na bajeczne krajobrazy niż znaki na drodze. To rowerowy szlak czerwony. Zły na siebie wracam na przełęcz i kontynuuję niebieskim. Pół godziny „w plecy”. Wspinam się w górę. Krajobraz z jesiennego zmienia się na zimowy. Jest już tak pięknie, że odpuszczam spoglądanie na zegarek. Chmury szaleją, słońce przedziera się przez nie, malując niewiarygodne historie. Na niebie, ziemi i nieogarniętej przestrzeni. Potężny wiatr jest nieocenionym pomocnikiem. Tylko temperatura złośliwie opada w dół (jakby nie mogła opadać w górę!). W końcu docieram do rozwidlenia szlaków. Niebieski idzie sobie dalej na Przełęcz Kłodzką (no tak! to do niej były te 3h45min, a nie do Przełęczy Łaszczowa, gdzie tak się cieszyłem z rewelacyjnego czasu!), żółty skręca w prawo do Kłodzka, przez Kłodzką Górę.
I tu kolejna niespodzianka. Na słupie ze szlakami przyklejona jest wielka kartka z informacją o najwyższych szczytach Gór Bardzkich. Wynika z niej, że Kłodzka wcale nie jest najwyższym szczytem. Jest nią Szeroka Góra. Korona Gór Polskich do poprawki? Jeśli informacja jest prawdziwa, to pewnie tak. Na razie wspinam się na kolejne szczyty, w tym stromym podejściem na Ostrą Górę. W końcu jest i Kłodzka. Szukam tabliczki z nazwą góry. Nie ma. Kiedyś była. Prowizoryczna bo prowizoryczna, ale była. Pod nogami dostrzegam przysypane śniegiem badyle ułożone w kształcie strzałki. Wzrok biegnie za jej wskazaniem. Pomiędzy choinkami majaczy jakaś niewielka konstrukcja. Jest to metalowy słup ze zdewastowaną co nieco tabliczką „Kłodzka Góra, 765 m n.p.m.” Zdobyta! Nieco pod tabliczką intryguje czerwona skrzynka z kluczykiem. Zaglądam. Ogólny bałagan z jakąś pieczątką na drucie. Jak w „Misiu”. Pomyślałem, że to jakaś skrytka cash flow. Nie. To możliwość potwierdzenia zdobycia szczytu. Przybijam na mapie pieczątkę. Tak dla porządku. Choć mam nadzieję, że zdobywanie KGP to nadal dla wszystkich sprawa honoru i własnej przyjemności.
Kłodzko osiągam jeszcze przed zmrokiem.
Jerzy Pawleta
KGP, Góry Bardzkie, listopad 2015

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.