Jamajka. Nie tylko rum, reggae i all-inclusive. (publikacja magazyn All-Inclusive)

Jamajka. Gdy zamkniemy oczy i wyobraźmy sobie to miejsce, zobaczymy natychmiast słońce, białe plaże, krystalicznie czystą błękitną wodę Morza Karaibskiego, palmy i rozbawionych ludzi. Usłyszymy muzykę reggae, pojawią się nam obrazy związane z Bobem Marleyem. W ustach poczujemy smak rumu i egzotycznych drinków. Z czym jeszcze kojarzy nam się Jamajka? Na pewno z fantastyczną historią jamajskich bobsleistów startujących na zimowej olimpiadzie czy współczesnym herosem sportu – Usainem Boltem.

Oczywiście każdy z nas znajdzie własne skojarzenia i wyobrażenia. Miałem niezwykłą przyjemność skonfrontować swoje z rzeczywistością. Jamajka nie zaskoczyła mnie temperaturą, gdyż ta cały rok jest podobna, oscyluje w granicach 30 stopni Celsjusza. Zaskoczyła faktem, że mimo tego są tu sezony turystyczne. Pora deszczowa, czyli krótka ulewa w godzinach wieczornych na tyle zniechęca turystów, że we wrześniu bez problemu znajdziemy nocleg w hotelu i miejsce w restauracji czy pod plażowym parasolem. A przecież nie pada codziennie, a chmury, które nagle pojawiają się na horyzoncie, są fantastyczne! Ale chyba największym zaskoczeniem dla mnie była infrastruktura turystyczna, którą tu zastałem. Mnogość i różnorodność hoteli, resortów czy pensjonatów oraz ich wysoki poziom. Miejsce, w którym spędziłem ostatnie dni na wyspie, Sandals Royal Caribbean w Montego Bay, przeszedł moje wszelkie oczekiwania. Resort, którego sieć rozsiana jest po Karaibach, oferuje, oprócz wspaniałych plaż i spokojnego morza, niezwykle szeroką gamę aktywności i przyjemności w wersji all-inclusive. Pływać możemy w ciepłych wodach laguny czy kilku basenach, możemy nurkować i uprawiać snorkeling, żeglować i poszaleć kajakiem lub wylegiwać się na łożach z baldachimem usytuowanych tuż nad wodą. Na lądzie zagrać możemy w dziesiątki gier. Na białej plaży czy w ogrodach resortu. Od siatkówki plażowej, egzotycznego dla nas krykieta, zupełnie dla mnie nieznanych gier plenerowych po klasycznego bilarda. Korzystać możemy ze spa, wielu stanowisk do masażu czy relaksu. Możemy degustować egzotyczne drinki w kilku fantazyjnych barach, kosztować światowych kuchni i regionalnych dań w restauracjach przy plaży. Największą popularnością cieszy się Tajska, usytuowana na niewielkiej wysepce z własną plażą i basenem, będącym świadkiem wielu pool partys. Dodam jeszcze mój futurystyczny pokój z dwoma wannami, w tym jedną z widokiem na morze, bo usytuowaną u wejścia do pokoju, pośrodku bujnej roślinności, niemal na trawniku mojej „posesji” – czyż można chcieć więcej?

Można. Można chcieć poznać Jamajkę. Ta na niewielkiej powierzchni wyspy ma niezwykle wiele do zaoferowania. Zacznijmy od wspomnianych już plaż. Ja rozpocząłem z wysokiego C, czyli 11 – kilometrowej plaży w Negril. Na miejsce, czyli do postkolonialnego w swoim charakterze, składającego się z kilku wolno stojących białych, drewnianych, komfortowych pawilonów resortu Rondel Village, dotarliśmy po zmroku. Jesteśmy w strefie podrównikowej, czyli dzień trwa tu zawsze od szóstej do szóstej. Na granicy plaży i hotelu, pośród bujnej zieleni, stoi niewielki okrągły bar. Nielicznym gościom ciemnoskóry barman serwuje orientalne drinki. Dajemy namówić się na „Marleya”. Trzy warstwy napoju układają się w kolory rasta. Zielony, żółty i czerwony. Barman zapala górną warstwę i przez słomkę opróżniamy „na raz” kieliszek. Witajcie na Jamajce!

Poranek wita wspaniałą pogodą i ciepłą wodą Morza Karaibskiego. Dzień rozpoczynam od długiej kąpieli, woda jest spokojna jak stół, pływa się wspaniale. Z morza podziwiam łodzie rybackie i te z przejrzystym dnem oczekujące na chętnych do nurkowania lub eksploracji wód i raf koralowych, niską zabudowę resortów usytuowanych pośród zieleni, podglądam czarnoskóre, krągłe damy rozstawiające pod palmami swoje stoły do masażu, muskularnych młodzianów oferujących wszelkie morskie i plażowe aktywności, pojawiających się pierwszych sprzedawców pamiątek. Gdy wychodzę z wody, zagaduje mnie jeden z nich. Oferuje swoją muzykę reggae na płycie CD. Chcąc namówić mnie do zakupu zaczyna śpiewać chrapliwym głosem jedną ze swoich piosenek. Mam na szczęście kamerę ze sobą. Płytę oczywiście muszę kupić. Po krótkim targu staje na pięciu dolarach amerykańskich, które są tu równoprawną z jamajską walutą. Śniadanie serwowane w postkolonialnej restauracyjce z widokiem na morze smakuje wyśmienicie. Tym bardziej, że zamawiam tutejszy przysmak, czyli ackee & saltfish. Danie sporządzone jest ze smażonej solonej ryby (należy posoloną rybę odmoczyć przez noc) oraz z wielu dodatków. Najważniejszym jest oczywiście, sprowadzony przed wiekami z Afryki, zupełnie nie znany u nas, gotowany owoc ackee. Oprócz tego dodaje się cebulę, paprykę, pomidory i przyprawy. Stosuje się również boczek. Nie wszystkim turystom smakuje ta klasyczna jamajska potrawa. Ja, gdy tylko jej zakosztowałem, szukałem jej podczas każdego śniadania. Dodać warto, że niewłaściwie przyrządzony owoc ackee może być trujący!
Czas w drogę. Mijamy codzienny targ w Negril, liczne łodzie rybackie zacumowane przy brzegach rzeki wpadającej do morza, senne, trochę chaotyczne w zabudowie miasteczko. Poza centrum rozlokowały się liczne resorty, knajpki i kluby. Odwiedzamy tu Madame Jackie, właścicielkę dosyć niezwykłego pensjonatu usytuowanego na twardym jak skała koralowym nabrzeżu. Okazały kamienny dom mieści kilka obszernych pokoi, z których jeden wyróżnia się niewiarygodnych wręcz rozmiarów baldachimem. Gospodyni oferuje, co ciekawe – wyłącznie singlom, liczne orientalne zabiegi lecznicze i kosmetyczne, w związku z czym pomieszczenia pełne są niezwykłych rekwizytów. Wolno stojące pawiloniki, wokół których krzątają się pracownicy małego resortu, służą do masażu i relaksu. Niektóre z nich to jednopokojowe bungalowy z łazienką pod gołym niebem. Ciekawe, zaskakujące miejsce – Jackie’s On The Reef.

Jedziemy dalej krętymi drogami interioru. Zapuszczamy się nieco w głąb wyspy, w okoliczne wzgórza, mijając wspaniałe prywatne posiadłości i niezbyt zamożne, oględnie mówiąc, wioski. Przyroda wokół jest fantastycznie bujna. Naszym celem jest Blue Hole. Naturalna studnia, pionowy otwór o średnicy kilku metrów wydrążony w poszarpanej skale, na dnie którego tryska źródło krystalicznej mineralnej wody o właściwościach leczniczych. Największą atrakcją miejsca, oprócz możliwości kąpieli w głębokiej studni i okładania się leczniczym błotkiem, są skoki do wielkiej dziury. Śmiałkowie skaczą z jej krawędzi w siedmiometrową czeluść wypełniona głęboką wodą. Jeszcze odważniejsi wspinają się na wysokie drzewo rozpościerające się nad otworem i stamtąd skaczą wykonując przeróżne ewolucje. Tylko dla orłów. Zrelaksować możemy się w basenie obok lub grając w barze w domino z niezwykle sympatycznymi Jamajczykami.
Skoki do wody z różnych przedziwnych miejsc, jak miało się okazać, były kluczowym punktem dzisiejszego dnia, który zakończyliśmy w Rick’s Cafe. Jeśli snując się po plaży czy miasteczku odnosimy wrażenie, że nie ma zbyt wielu turystów w Negril, to Rick’s Cafe temu absolutnie zaprzecza. Takiego tłumu dawno nie widziałem. Co wieczorem ściąga tutaj wszystkich? Po pierwsze fantastyczny zachód słońca. Negril leży na zachodnim cyplu Jamajki. Ale również klifowe wybrzeże, gdzie z kilku lub kilkunastu metrów można skakać pomiędzy dzikimi skałami do rozwichrzonego morza. Odważnych nie brakuje. Ostatni łyk piwa, coli czy rumu i przy asekuracji łodzi ratunkowej śmiałkowie lądują w wodzie. Zabawa trwa. Brylują amerykańskie dziewczyny w skąpych strojach kąpielowych i fantastycznie umięśnieni czarnoskórzy Jamajczycy. Kapela reggae gra swoje kawałki, ale przede wszystkim utwory Marleya, które wszyscy gremialnie odśpiewują. Gdy słońce chowa się za horyzontem rozlega się wielkie „łaaał” i niemal wszyscy opuszczają kafejkę. My również. Kolacja czeka na nas w równie gwarnej sąsiedniej restauracji usytuowanej nad samym klifem. Czas na kolejny lokalny przysmak. Jerk Chicken, czyli kurczak przyrządzony w bardzo specyficzny sposób. Marooni, zbiegli niewolnicy, wynaleźli sposób bezdymnej konserwacji mięsa w glinie. Chodziło o to, by by nie zdradzać swoich kryjówek. Dzisiaj danie to, sporządzanie również z wołowiny czy ryby, stało się punktem obowiązkowym każdego smakosza przybywającego na Jamajkę. Pyszny posiłek i lokalne piwo wieńczą pierwszy, wspaniały dzień na Jamajce.
Warto nadmienić, że Marooni, ich kultura i tradycyjne miejsce przebywania, czyli wysokie na ponad dwa tysiące metrów, wulkaniczne Blue Mountains, Góry Błękitne, zostały zaliczone w tym roku w kategorii „mix” (kultura i natura) do Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nominacja otwiera nowe możliwości turystyczne – rozwój trekkingu, raftingu czy nawet eksploracji historycznych stref post militarnych. Opór przed europejskim systemem kolonialnym polegający między innymi na stworzeniu sieci szlaków, kryjówek i osad, dał podwaliny pod trasę Nanny Town Heritage Route. Gęste tropikalne lasy oferowały i oferują Maroonom wszystko, czego potrzebują do przetrwania. Stworzyli oni silne związki duchowe z górami. Wciąż uzewnętrzniają to obrzędami religijnymi, tradycyjną medycyną i tańcami. Znajdziemy w górach sporo endemicznych gatunków roślin, zwłaszcza porostów, mchów i niektórych roślin kwiatowych. Tradycja tych miejsc, obecnie Park Narodowy, sięga jeszcze czasów Tainów, rdzennej, prekolumbijskiej ludności indiańskiej, którą uważa się za całkowicie wymarłą. Najnowsze badania mówią jednak o tym, że obecna populacja wysp karaibskich w dużej mierze wywodzi się właśnie od Tainów.
Dzisiaj w planie Black River. Na Jamajce nie żyje wiele dużych dzikich zwierząt, dlatego spotkanie z krokodylami jest tu czymś wyjątkowym. Natomiast potrzebne jest nieco szczęścia, by je wypatrzeć. My mamy go w nadmiarze. Czekając na naszą łódź zauważamy, jak z wody wynurzają się najpierw oczy a po chwili cały łeb wielkiego krokodyla. Ostrzeżenia przewodnika, by nie zbliżać się do nabrzeża okazały się nie bezpodstawne. Wielki gad na naszych oczach gwałtownie rzuca się na niewidoczną dla nas ofiarę, wzburzając wodę wokół siebie. Podekscytowani ruszamy wielką łodzią motorową z przewodnikiem i kapitanem w jednym w górę rzeki, której nie uregulowany nurt wije się leniwie siedemdziesiąt (inne źródła podają ponad pięćdziesiąt) kilometrów pośród fantastycznych drzew namorzynowych, których korzenie dotykają wody jak nogi tysięcy pająków wodnych, traw i krzewów, w których baraszkują niezliczone ilości ptactwa. Jest ich tutaj ponad sto gatunków. Od maleńkich po czaplowate i pelikany. W górze krąży duży drapieżnik. Rzeka zmienia swój kolor z czarnego na jasno brunatny (patrząc od strony źródeł). Tubylcy żartobliwie nazywają ją Michael Jackson River. Spowodowane jest to rodzajem dna, butwiejących na nim roślin i bagiennego środowiska. Sama woda jest krystalicznie czysta. Wypatrujemy kolejnych krokodyli. Niespodziewanie spośród bujnej zieleni wynurzają się znane nam już oczy. Tym razem jest to młody osobnik. Pokazuje tylko pysk i bezszelestnie znika pod wodą. Kolejnego wypatruje nasz przewodnik, gdy gad leniwie „opala się” na wielkim konarze wystającym z wody. Krokodyl jest ogromny i piękny, ale zupełnie ignoruje nasze przybycie. Mimo, że podpływamy całkiem blisko, nie chce mu się nawet oka otworzyć. Leży z szeroko otwartą paszczą ukazując imponujące uzębienie. Przewodnik ochlapuje go wodą i gad uprzejmie zamyka wielki pysk. Wracamy ukontentowani, wsłuchując się w opowieści przewodnika i podziwiając niezwykłą tropikalną roślinność.

Jedziemy dalej. Krajobraz zmienia się dynamicznie, od nadmorskiego poprzez tropikalny by po chwili stać się zupełnie suchym, surowym. Przekraczamy góry, by znaleźć się na południowym wybrzeżu. Niewielki, acz niezwykle sympatyczny resort Jakes Treasure Beach wita nas wiejsko-nadmorsko-kolonaną architekturą i starym Fordem Prefect 1948 stojącym u jego bram. Zakwaterowany zostaję w wolno stojącym nad samym brzegiem burzliwego tu morza domku, którego living room „z widokiem” mieści się na jego dachu, wielkie łoże z baldachimem wychodzi wprost na drewniany taras a łazienka z prysznicem i wanną usytuowane są na zewnątrz budynku. Widok z wanny też jest przepyszny. Zwłaszcza w nocy, gdy gwiazdy migoczą nad głową a księżyc rozświetla srebrzyście morze. Ale zanim zanurzyłem się w ciepłej wodzie, czekała nas znakomita kolacja złożona ze świeżych owoców morza i lokalnej ryby. Rewelacja!Będąc w Jakes warto odwiedzić odległy o około pół godziny drogi łodzią Pelikan Bar. Niezwykłą konstrukcję na środku morza, szalony pomysł zrealizowany i kontynuowany przez jednego człowieka, który falom się nie kłania.
Kolejny dzień przynosi następne atrakcje, które oferuje Jamajka. Najpierw pozycja z gatunku „must be”, czyli najstarsza na wyspie destylarnia rumu Appleton Estate. Nie da się być na Jamajce i nie skosztować dumy tego kraju. Dużo by pisać o całej produkcji, powiem jedynie, że rozpoczęto od produkcji cukru a rum został produktem ubocznym zupełnie przypadkowo. Teraz role się odwróciły, i to nie przypadkiem. Wrażenie robią hale w których leżakują setki beczek z rumem. Również najstarsze roczniki, gdyż te liczą się wyłącznie, gdy leżakowane są w beczkach. Rum rozlany do butelek już „nie nabiera wieku”. Wizytę kończy oczekiwana degustacja. Okazuje się, że oprócz podziału na roczniki, rozpoznawalne przez znawców również po kolorze (młode są jasne i „ciemnieją” z wiekiem) są i podziały na gatunki. Nawet takie jak czekoladowy czy kokosowy. Wizytę kończą niezbędne zakupy.

Teraz czas na przygodę. Jedziemy w kierunku gór. Przyroda w górach jest wyjątkowo bujna. Powoduje to deszczowy mikroklimat. Mijamy zielone pola, farmy bydła i stadniny koni. To nieomylny znak, że zbliżamy się do wodospadów YS Falls. Przesiadamy się na traktor z przyczepą i po chwili jesteśmy w miejscu magicznym. Z pomiędzy gęstej zieleni wyłaniają się kaskady wzburzonej wody. Wodospady tworzą naturalne baseny, rozlewiska, przesmyki. Opadają piętrami w dół. Fantastyczne jest to, że natura w sposób niemal bezinwazyjny została wykorzystana dla sportu i rekreacji. Najodważniejsi mogą zjechać ze szczytu wodospadu na długiej stalowej linie do jego podnóża. Inni wskoczyć z wysokiego brzegu niczym Tarzan, czepiając się liany, do głębokiego naturalnego basenu. Jeszcze inni przeprawiają się kamiennymi krawędziami wodospadu na jego drugą stronę, by zażyć naturalnego spa i masażu w strugach opadającej z hukiem wody. Na równo przyciętych trawnikach u dołu wodospadu usytuowane są miejsca do pikniku, restauracyjka czy sklep z pamiątkami. Bardzo piękne, mądrze zarządzane miejsce.

Kolejnym przystankiem jest turystyczne, pełne białych plaż Montego Bay, gdzie bazę zakładamy we wspomnianym hotelu Sandals, resorcie szczycącym się tym, że jest w rękach kapitału jamajskiego i załogę stanowią niemal wyłącznie Jamajczycy. W tym czasie w nieodległym Montego Bay Convention Centre (MBCC) odbywają się największe na Jamajce, 25-te już targi turystyczne Jamaica Product Exchange, JAPEX 2015. Ściągają one wystawców z całej Jamajki i gości ze świata, którzy zainteresowani są rozwojem wzajemnych turystycznych relacji. Jest to miejsce, gdzie organizatorzy turystyki pełną garścią mogą sięgnąć po całą gamę ofert turystycznych Jamajki. Wiele z nich to absolutne nowości zaskakujące inwencją i nowoczesnością. Jak choćby uniform do podwodnego kontaktowania się z delfinami, dyrygowania nimi i wspólnej podwodnej zabawy. Delfinaria to zresztą oczko w w głowie jamajskiej turystyki. Z delfinami popływamy nie w basenie, ale na otwartym morzu! Pogłaskać tam możemy również i rekina! I zobaczyć pokaz jego siły i sprawności. Cieszy mnie kierunek na turystykę regionalną, bliską małym społecznościom, budowaną na kontaktach międzyludzkich. Czyż nie jest pięknie, gdy do swojego domu zaprasza Cię wielki uśmiechnięty kolorowy Rasta?
Galę uświetnia minister turystyki Dr. Wykeham McNeill oraz wyśmienicie goście, jak choćby Pani Prezydent JHTA (Jamaica Hotel & Tourist Association) Nicola Madden-Greig. Party na ogromnym placu przed centrum targowym to okazja do zawarcia wielu znajomości, które zaowocować mogą interesującymi kontraktami. Tym bardziej, że Jamajka zdecydowanie przebija się do pierwszej ligi turystycznych destynacji. Pobyt w Montego Bay to także okazja do poznania szerokiej gamy produktów turystycznych czy dynamicznie rozwijającej się bazy hotelowej. Imponują swoim rozmachem inwestycje hotelu Hilton Rose Hall Resort & Spa, który systematycznie się rozbudowuje, modernizuje i poszerza swoją ofertę. Imponujące wrażenie robi ogromny basen w alei palmowej usytuowany nad samym morzem. W tyle nie pozostają inni, jak na przykład Hyatt Zilara. Tutaj park pomiędzy hotelem a morzem z piękna plażą wygląda jak Wenecja zbudowana z zieleni. Pełno tu przesmyków i kanałów z białymi mostkami. Tyle, że woda jest krystalicznie czysta a niezliczone, ukryte pośród zieleni baseny zapraszają do kąpieli. Zapotrzebowanie na nowoczesne miejsca noclegowe w hotelach i resortach all-inclusive stale rośnie. Podobnie jak na mniejsze obiekty czy bazę hosteli i B&B.

Ostatnim miejscem, które odwiedzam jest Ocho Rios, kolejna modna destynacja turystyczna. Jamajczycy mówią, że tutaj niebo wlewa się do morza. Ocho Rios to miejsce wodospadów, jak światowej sławy wodospady na rzece Dunn, i egzotycznych ogrodów. Nawiązując do sagi o jamajskich bobsleistach na pobliskiej górze Mystic Mountain stworzono letni tor bobslejowy. Wielką sławę przyniósł miastu i okolicy James Bond. To właśnie tutaj nakręcono pierwszy odcinek, „Dr. No”, sławnej serii filmów z Agentem 007. Jedna z tutejszych plaż nosi nawet jego imię. Tutaj też zawijają gigantyczne rejsowe statki turystyczne. Jeden z nich podziwiać możemy poprzez ogromną szklaną ścianę hotelu Moon Palace Jamaica Grande. Nazwa adekwatna do ogromu kompleksu , który zbudowali i którym zarządzają Meksykanie z Cancun. Obiekt imponuje niezwykłą pieczą o każdy detal, pełną ofertą all-inclusive (bez jakichkolwiek dopłat), pomysłami typu surfing na terenie hotelu (oczywiście na zewnątrz) ale i dbałością o najmniejszych turystów. Wodny park zabaw dla dzieciaków po prostu zachwyca. Natomiast ci, którym przeszkadza gwar dziecięcego rozgardiaszu mają możliwość zamieszkania w osobnym skrzydle hotelu, tylko dla dorosłych, by w ciszy kontemplować uroki pobytu na Jamajce.
Nie polecam jednak zamykania się wyłącznie w murach hotelowych atrakcji. Świat na zewnątrz jest jeszcze ciekawszy. Zachętą niech będzie Chakka – Horseback Ride’N'Swim, stadnina koni opodal Ocho Rios, gdzie na grzbietach wierzchowców zanurzyć się możemy w ciepłych wodach Morza Karaibskiego, poczuć siłę i umiejętności pływackie koni, doświadczyć czegoś naprawdę niezwykłego. Yeah Mon! Zapraszam na Jamajkę!

Jerzy Pawleta, Jamajka

Artykuł opublikowany na łamach magazynu All-Inclusive: http://www.all-inclusive.com.pl/artykuly/dalekie-podroze/5158-jamajka,-czyli-nie-tylko-rum,-reggae-i-all-inclusive

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.