Szkocja. Highland. Dudy i wróżki przeciw armatom.


W Inverness, stolicy Highlandu, zapada zmrok. Gnane przez zachodni wiatr chmury tworzą na niebie fantastyczne abstrakcyjne obrazy. W oknach zabytkowego kamiennego domu „Touchwood” stojącego w imponującym ogrodzie palą się nieliczne światła. Delikatnie skrzypią ciemne, wyściełane dywanem drewniane schody prowadzące z antresoli pięknego ogromnego holu, którego ozdobą jest również neogotyckie okno biegnące przez dwie kondygnacje. Schodzę z mojego pokoiku na poddaszu do kuchni domu bogatych angielskich mieszczan, przez obecną szkocką właścicielkę zamienionego w kilkunastopokojowy bed and breakfast. Wysoka kuchnia jest wielkości małego mieszkania. Pośrodku stoi masywny, surowy stół. Kiedyś przyrządzano na nim wykwintne potrawy dla „towarzystwa” balującego w ogrodzie czy pomieszczeniach rezydencji. Dziś głównie służy pani domu za biuro, składowisko dokumentów, płyt cd, ostatnio zrobionych zakupów czy miejsce, gdzie wrzuca się wszelkie będące potrzebne, może jutro, szpeje.
Gdy otwieram ciemne solidne drzwi – staję zaskoczony. Na stole niemal śladu bałaganu. Siedzi przy nim drobna, ubrana na czarno blondynka o zawsze lekko rozwichrzonych włosach. Na szyi zawieszony ma pentagram. Srebrna biżuteria na dłoniach to secesyjna bransoletka w kształcie ogromnej ażurowej ważki oraz pierścionki z malutkimi wróżkami, różami czy symbolami śmierci. Róża, drobny tatuaż, zdobi też jej ramię. Za wielkim stołem wydaje się być jeszcze mniejsza. Uśmiecha się. – Nie, nie… to nie dla ciebie tak posprzątałam stół. Ale chcę ci pokazać, że wyobrażenie o kiepskim jedzeniu w Szkocji jest mylne. Zależy z kim jesz – uśmiecha się jeszcze szerzej. Z każdego kąta, z każdej półki, zza garnków i kuchennych niezbędników spozierają na nas z zaciekawieniem czarownice, wróżki, pająki i jakieś inne stwory. Pajęczynowe ozdoby wiszą na oknach i pod sufitem. Świece palą się w najdziwniejszych naczyniach.
Na stole lądują krewetki i homary (czy langusty, nigdy nie potrafię tego rozróżnić). Żadnych sztućcy. Tylko coś do rozłupywania twardych skorup. Wracam do siebie po wino. Taka kolacja nie może się bez niego obejść. Palcami dosłownie objadamy się pysznościami. Susan snuje opowieści o wróżkach zamieszkujących Szkocję, o zlotach czarownic w których uczestniczy, o ostatniej spalonej czarownicy w miejscu, gdzie naprzeciw neogotyckiego kościoła Ness Bank Church stoi jej drugi b&b „Wychway”, w którym od czasu do czasu dzieją się niezwykłe rzeczy. To na świeżo pościelonym pustym łóżku następnego ranka znajduje odciśnięte ślady siedzącej na nim osoby. To po ścianie i suficie snują się niewytłumaczalne światła. Turystów to nie zniechęca, wręcz przeciwnie.
Rozmawiamy też o brytyjskim jedzeniu. Że wcale nie jest tak okropne, jak się powszechnie uważa, a niektóre szkockie specjalności jak sławny haggis warte są spróbowania. Tyle, że trzeba wiedzieć gdzie. Najlepszy podobno jest w niedalekim Dingwall. Rozłupując kolejną krewetkę dodaje – Jesteśmy krajem wyspiarskim i owoce morza czy ryby powinny być postawą naszego menu, a to, że jemy głównie w fast foodach to wina Anglików. Nauczyli nas iść na łatwiznę – peroruje Susan. I tak naprawdę wszystko co złe, to wina Anglików. Tak przynajmniej wynika z dalszych jej opowieści.
Przez uchylone okno zagląda do nas Jaspar, rudy długowłosy kot. Po chwili łasi się do siedzącej naprzeciwko mnie blond czarownicy czy pogańskiej szamanki… Nie, nie przesadzam. Jak się okazuje, porządek kuchnia zawdzięcza uroczystości pogańskich zaślubin, które moja gospodyni poprowadzi w swoim domu i ogrodzie za kilka dni. Szkoci coraz częściej i chętniej wracają do swoich korzeni, szukają swojej tożsamości. Choćby na przekór nie lubianym sąsiadom, Anglikom.
Stąd taka popularność miejsc jak usadowione na wschód od Inverness Clava Cairn, otoczone kamiennymi kręgami grobowce z epoki brązu. Mistyczne, zagadkowe, nieodgadnione, niezwykłe. Inspiracja dla badaczy, historyków i pisarzy.
A świadectw przyczyn tej niechęci w samym Inverness czy okolicach nie brakuje. Choćby odległe jedynie o kilka kilometrów od miasta potężne wrzosowisko, usytuowane na wzgórzu pole bitwy pod Culloden, gdzie w roku 1746 jakobici, szkoccy powstańcy pod wodzą młodego pretendenta do tronu Karola, ponieśli tragiczna klęskę i poszli w rozsypkę a Anglicy niepodzielnie zapanowali w Szkocji.
Czy potężny zbudowany w latach 1747 – 1769 Fort George ulokowany nad zatoką Moray Firth, jedna z najwspanialszych budowli warownych w Europie, drażniący Szkotów brytyjską flagą zadzierzgniętą w centrum ich kraju. To tu w kamiennych murach fortecy, której gaelicka nazwa brzmi Dun Deorsa, a która ustrzec miała Anglików przed atakami wolnych klanów szkockich górali, w późniejszym okresie powstały angielskie wojskowe koszary. Jego zabytkowe budynki, zwodzone mosty, bramy, baszty i armaty zachowały się znakomicie, będąc wspaniałą turystyczną atrakcją i miejscem wielu imprez, jak na przykład sławny Highland Tatoo, święto dudziarzy z całego świata.
Na dudach gra się w Szkocji od czasów, gdy w XV wieku instrument ten przywędrował do Europy z dalekiej Azji. Tu powstała ich odmiana zwana pibroch. Lub jeśli ktoś woli nazwę gaelicką – piobaireachd. Odgrywały one ważną rolę w życiu klanów, zarówno w czasach wojen jak i pokoju. Po przegranej bitwie z Anglikami pod wspomnianym Culloden władze angielski zabroniły Szkotom gry na dudach. Dzisiaj, na szczęście, słychać je nad wyraz często. Na szczęście, bo dla mnie jest to dźwięk, który zawsze kojarzył mi się ze Szkocją. Dźwięk, dzięki któremu polubiłem Szkocję. Bez względu na tutejszą pogodę.
Bo pogoda potrafi być taka, jakby jesień zaczynała się tu w maju. Jeśli nie pada to leje. I na zawsze zostanie mi przed oczami obrazek członków Pipe Bandu maszerującego dziarsko w strugach deszczu w okrytych czarnymi pelerynami tradycyjnych strojach. W kiltach przynależnych tylko do danego klanu, w kiltach których jedną sztukę ma się na całe życie, z nożami zatkniętymi na znak pokoju za grubymi skarpetami, z zawieszonymi charakterystycznie u pasa (w miejscu, które nasuwa mi podejrzenie, że służyły one również w celach ochronnych podczas bitew i bójek) ozdobnymi torbami sporran. Spod długich peleryn wystawały dudy w które szkoccy dudziarze dmuchali z całych sił by przegonić złą pogodę i demony ciemnej przeszłości. A może i wszechobecnych tu Anglików. By Szkocja była znów szkocka.

Spotkanie z potworem.

Szkocja dzieli się na nizinny, przylegający do Anglii Lowland i północny, górzysty Highland. Obie te krainy mają swoje wyjątkowe miejsca i atrakcje. Ale dla tych, którzy przedeptali kraj whisky i kiltów wzdłuż i wszerz, prawdziwa Szkocja zaczyna się powyżej Inverness, powyżej Great Glen, doliny której długie jeziora, w tym Loch Ness, nanizane są na nitkę Kanału Kaledońskiego jak drogocenne krystalicznie czyste kamienie w gustownym naszyjniku. Prawdziwa Szkocja zaczyna się w surowych górach północnego Highlandu i kończy na przyległych do poszarpanego wybrzeża wyspach.

Zanim tam się wybierzemy odwiedźmy największą atrakcję Szkocji, sławną Nessie, czyli potwora z Loch Ness. Oczywiście można wybrać się jak miliony turystów stateczkiem z Inverness lub przystani na północnym brzegu jeziora, dopłynąć do malowniczych ruin zamku Urquhart i siedząc przy stole z białym obrusem wypatrywać w trakcie rejsu przez eleganckie lornetki śladów na wodzie. Jezioro Loch Ness (z gaelickiego Loch Nis) jest największym zbiornikiem wodnym Great Glen, posiada około 37 kilometrów długości i 226 metrów głębokości, ma się więc gdzie sympatyczny potwór schować.
Ja zapraszam na drugi biegun tego szaleństwa. Dosłownie. Na drugą stronę jeziora gdzie w ciszy i bez zgiełku możemy oddać się w towarzystwie niezwykłego pasjonata Nessie poszukiwaniom potwora lub przynajmniej wysłuchać kilku niezwykłych historii z nim związanych. Zapraszam do małej wioski Dores, do miejsca, którego nie sposób ominąć, czyli do Dores Inn. W leniwe sobotnie popołudnie do tej historycznej już gospody zaglądają czasami i mieszkańcy Inverness. Ale głównie miejscowi lub mieszkańcy okolicznych osad. Zaglądał tu i Jimmy Page z zespołu Led Zeppelin, który kupił niedaleko stąd feralny, oddzielony od jeziora starym cmentarzem wysłużony dom, którego gospodarze zmieniali się częściej niż pory roku. A każdy kolejny był większym dziwakiem od swojego poprzednika. Nic więc dziwnego, że Jimmy już tu nie mieszka, chociaż miejscowi chętnie wracają do długich rozmów z gitarzystą Zeppelinów. Natomiast na plaży tuż przy Dores Inn mieszka pewien Anglik, który jak wielu turystów przybył kilkanaście lat temu nad Loch Ness by spotkać potwora. I został do dzisiaj. Przybył wysłużonym camperem – autohomem, który został homem, bo auto już nie ruszy. W dzień i w noc siedzi nad brzegiem jeziora i wypatruje Nessie wierząc, że to on pierwszy będzie szczęśliwcem, który dostrzeże potwora, zrobi mu zdjęcie i zgarnie coraz wyższą nagrodę za takowe. Na razie żyje ze sprzedaży wytworzonych przez siebie pamiątek, widokówek i opowieści.
Zapewnić też mogę, że widziane z tego miejsca o północy w świetle pełni księżyca jezioro wygląda nadzwyczajnie, nawet jeśli jego spokojna toń nie jest zmącona małą główką ozdobioną bystrymi oczkami wychylającą się na ułamek sekundy z czarnej otchłani wody.

W stronę dzikiej północy i jeszcze dalej.

No, ale komu w drogę… I tu zaczyna się problem. Północna Szkocja jest tak rozległa, tak dzika i posiada tyle przyciągających jak magnes miejsc, że trudno jest się zdecydować, co wybrać.
Możemy obrać kierunek w głąb krainy. Miłośnikom górskich wędrówek polecam zdobywanie munro. Są to góry o wysokości powyżej 3000 stóp (czyli ponad 914 m npm), które pomierzył, sklasyfikował i policzył pan Hugh Munro (stąd ich nazwa). Jest ich 284, więc dla pasjonatów chcących zdobyć wszystkie to wyzwanie nie lada. Oczywiście można ograniczyć się do wybranych. I to polecam. Zacząć na przykład od najwyższego – Ben Nevis, 1343 m npm, który jest zarazem najwyższą górą całej Wielkiej Brytanii. Powoduje to, że wspinać się na niego będziemy, obojętnie jaka byłaby to pora roku lub pogoda, w towarzystwie sporej grupy turystów. I jest to jedyny, lub jeden z nielicznych munro na który prowadzi wydeptana ścieżka, a nawet kilka. Natomiast zdobycie góry, wbrew pozorom, wymaga pewnego przygotowania. Raz, trasa jest długa i uciążliwa – całość zajmuje około 8 godzin. Dwa, pogoda jest tu wyjątkowo zmienna i nawet w pełni lata potrafi spaść śnieg. Wierzyć się nie chce, ale w ciągu całego sezonu ginie tu więcej osób niż na Mt. Everest.
Zdobywając którykolwiek z pozostałych munro czuć będziemy się jak prawdziwi odkrywcy. Krajobrazy są niezwykłe w swoim majestacie dzikości i pustki. Brak szlaków, jakichkolwiek oznakowań czy nawet ścieżek to charakterystyczne cechy większości z nich. Podstawą jest szczegółowa mapa dla danego wycinka rejonu dostępna w każdym dobrym sklepie turystyki górskiej, nieprzemakalne buty i takież ubranie. I kompas lub GPS. Schronisk górskich również nie ma. Trzeba wrócić. Samemu. A bywa, że nie jest to proste. Gęsta mgła zaskoczyć może w każdym momencie. Urwiska i klify potrafią być wtedy nad wyraz zdradliwe. Rozmokłe wrzosowiska niekończące się i grząskie jak bagna. Przygoda jest gwarantowana. Ale by dobrze się skończyła, należy być odpowiednio przygotowanym. Wiem coś o tym. Kiedy z Anką, dziewczyną z Polski posiadającą niezbyt łatwy do uzyskania certyfikat brytyjskiego przewodnika górskiego, zaopatrzeni w mapy i kompas, po nagłym zejściu gęstej jak kwaśne mleko mgły i szkockiej ulewy przechodzącej w śnieg ponad godzinę kluczyliśmy pomiędzy szczytami munro – Gleouraich i Spidean Mialach nad Loch Quoich. Schodząc nieco na skróty wpakowaliśmy się po kolana w błoto wrzosowisk. Zmarzliśmy, przemokliśmy, umorusaliśmy się jak… A wydawało się, że mamy wszystko – wiedzę i sprzęt. Pierwszy zajazd w Glenmoriston z irish coffee był nasz.
Jednym z piękniejszych rejonów trekkingowych jest niedaleki od Ullapool rejon Assynt. Kilkugodzinna wspinaczka spod ruin Ardvreck Castle na majestatyczny, wyłaniający się niemal z samego morza wysoki na 808 m npm Quinag i sąsiednie góry jest porywająca. A widoki na Ben More Assynt, 998 m, czy zwany szkockim Matterhornem Suilven, 731m, pozostają w pamięci na zawsze.
Nie lubiący nadmiernego ryzyka i wysiłku niemniejszą przyjemność znajdą wędrując rozległymi, malowniczymi dolinami. Jest ich niemal nieskończona ilość. I prześcigają się w oferowaniu swojego piękna. Część z nich, jak na przykład sławna Glen Finnan, w której zagościła ekipa kręcąca Harryego Pottera, przyciąga nie tylko pięknem rozległego jeziora Loch Shiel i odbijających się w nim gór ale również potężnym wieloprzęsłowym wiaduktem niezwykle urokliwej kolei biegnącej zachodnim wybrzeżem z Fort William do Mallaig. Przy północnym krańcu jeziora przycupnęła miejscowość Glenfinnan znana jako miejsce rozpoczęcia ostatniego powstania Jakobitów w 1745 roku. Pamiątką po tym wydarzeniu jest pomnik – wieża stojąca nad brzegiem jeziora. Inną wartą przedeptania kotliną jest leżąca nad jeziorami Loch Benin a’Mheadhoin i Loch Affric dolina Glen Affric, gdzie pośrodku rozległej polany usłanej płową trawą stoi niewielka wybielona kamienna chata pokryta czerwono rdzawym dachem. Niezamieszkała już bacówka ozdobiona jest zwierzęcymi czaszkami rozstawionymi na parapecie zakurzonego okna, leżącymi na progu popękanych drzwi czy opartym o ścianę potężnym porożem z białą czaszką jelenia. Pusta chata na wielkiej łące pośrodku gór pełna kości i poroży. Dziwne miejsce. Athnamulloch, jak nazywają je tubylcy.

Możemy, obierając opcję turystyczno-krajoznawczą, udać się z Inverness malowniczą drogą A9 na północ wschodnim wybrzeżem usianym miejscami niezwykłymi. Jak ozdobione ogromną piaszczystą plażą, polem golfowym snującym się pofalowanym wybrzeżem czy magicznym Kamieniem Czarownicy miasteczko Dornoch. Pośrodku niego, otoczona ciekawą średniowieczną architekturą, stoi niewielka kamienna katedra w której swój ślub wzięła gwiazda muzyki pop Madonna. Jak bajkowy Dunrobin Castle osadzony w pięknym ogrodzie, którego centralną część zajmuje niewielki cmentarz. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że jest to cmentarz koni. Ulubionych koni właścicieli zamku. Zdałoby się też poznać wytworne wnętrza posiadłości z fantastyczną biblioteką. Kolejnym wartym zatrzymania się miejscem na trasie może być urokliwa portowa mieścinka z osadzonym na wysokim klifie zamieszkałym ciągle zamkiem Dunbeath. Wędrując podczas odpływu poszarpanym skalistym nabrzeżem w stronę zamku spotkamy tu miejscowych poławiaczy małż. Ich szkocki akcent jest ekstremalny, więc rozmowa raczej skończy się fiaskiem. Trochę powyżej zamieniamy drogę na A99 by jadąc dalej wybrzeżem zwiedzić znajdujące się w przeróżnym stanie zamki Wick, Girnigoe, Sinclair, Keiss czy Bucholly by na koniec poprzez kultowe John o’Groats dotrzeć do perełki, królewskiej rezydencji Castle of Mey osadzonej w pięknych ogrodach z widokiem na morze. Miejsca, gdzie nadzwyczaj chętnie zagląda królowa brytyjska, książę Karol czy szeroko rozumiana rodzina królewska. Choć nie wszyscy jej członkowie z chęcią nocują w zimnych pomieszczeniach kamiennego zamku. Często wybierają okoliczne cieplejsze hoteliki. Samo wnętrze rezydencji zdecydowanie warte jest odwiedzenia, choćby dla domowej atmosfery królewskich wnętrz czy wielu ciekawych eksponatów.
Kilka kilometrów stąd znajduje się najbardziej na północ wysunięty cypel stałego (jeśli można tak powiedzieć o wyspiarskim kraju) szkockiego (brytyjskiego) lądu – Dunnet Head. Malowniczy klif z którego rozciąga się wspaniały widok w stronę zawierających wiele atrakcji, jak choćby sławna wyrastająca z morza skała Old Man Of Hoy, Wysp Orkney. Na który biegnie tani prom z Gills i drogi z Thurso. Pomiędzy wysepkami Wysp Orkney można też odbyć najkrótszy na świecie przelot samolotem z lotniska na lotnisko.
Podróżując dalej północnym wybrzeżem docieramy do miejsca, gdzie to pnąca się w górę, to opadająca w dół wijąca się droga zataczając kolejny łuk opada z pokaźnego wzniesienia i odsłania miejsce o wyjątkowej, nawet jak na szkockie wybrzeże, urodzie. Sygnalizują to rozbite na zboczu przy samochodach pojedyncze namioty przed którymi dymią ogniska czy wklejone w zatoczki drogi lub jakiekolwiek w miarę płaskie miejsce do którego da się dojechać campery. Wszyscy oni usytuowali się z widokiem na zamkniętą półkolistym skalistym, momentami klifowym wzniesieniem piaszczystą plażę „udekorowaną” potężnymi ostrymi głazami wyrastającymi bądź to z piasku, bądź bezpośrednio z morza. Tworzą one całe grupy o niezwykłych formach lub pojedynczo sterczą z morza, na którym w świetle zachodzącego słońca tworzą długie, drgające w rytmie fal cienie. Zanim popędzimy drewnianymi schodkami w dół na plażę by powspinać się po głazach i zamoczyć nogi w lodowatej wodzie, warto choć na chwilę zatrzymać się na wzgórzu i nasycić oczy tym niezwykłym widokiem. A potem pójść do wioski Durness, by zrobić w maleńkim sklepiku przy rozpadającej się stacji benzynowej niezbędne zakupy i znaleźć miejsce w sympatycznym backpackers’ie. Nocleg tu to obowiązek. Nie można pojechać dalej bez zaliczenia wschodu słońca nad klifami i magiczną plażą oraz bez wizyty w wydrążonej z jednej strony przez morze a z drugiej przez wody rzeki i wodospadu potężnej grocie Smoo.
A poza tym kilka kilometrów dalej, w kolejnym nadzwyczaj urokliwym miejscu, znajduje się przeprawa promowa na Cape Wrath. Jedno z najdzikszych, niedostępnych i najbardziej pustych miejsc w Szkocji. Po drodze do przystani koniecznie odwiedzamy w maleńkim Balnakeil osadzony nad piaszczystą plażą malowniczy malutki kamienny kościółek i otaczający go stary cmentarz. Jest bajeczny.
W miejscu gdzie prom odbija by dopłynąć na drugi brzeg głęboko wbijającej się w ląd płytkiej piaszczystej zatoki Kyle of Durness czeka już grupka turystów, gotowa by dopaść pierwszy kurs minibusa kursującego na ozdobiony białą latarnią morską czubek najbardziej na północny-zachód wysuniętego przylądka. Jakie jest ich (i moje) rozczarowanie, gdy rudy Szkot nieustająco palący osmoloną faję informuje nas, że prom się zepsuł, jest właśnie naprawiany i nie wiadomo kiedy dotrze. Może za pół godziny, może za dwie, może wcale. Cóż robić… Na szczęście dzień jest słoneczny. Siadamy na wysokim brzegu i kontemplując piękny krajobraz nawiązujemy sympatyczne kontakty rozprawiając o tym, kto gdzie był, dokąd zmierza, co go przywiało na ten surowy skrawek świata. Po dobrej godzinie oczekiwania rudzielec wraca, oznajmiając, że prom przypłynie na pewno. Nie wiadomo jeszcze tylko kiedy. Za pół godziny jest precyzyjna radosna informacja: prom będzie już wkrótce! Siedzimy więc (w coraz mniejszym gronie) dalej. I w końcu jest! Zabiera na swój pokład czterech rowerzystów z biedą upychając ich rowery. Więcej ludzi i przedmiotów się nie zmieści. To chyba najmniejszy prom na świecie. Pozostała grupka cierpliwie musi czekać na powrót stateczku. Resztę zabiera na dwa razy, co zajmuje kolejną godzinę. Wypełniony po brzegi busik wiezie nas pół godziny surowym do nieprzytomności krajobrazem dziurawą drogą z 1828 roku a kierowca przez mikrofon snuje opowieści o miejscu i okolicy. O wojskach stacjonujących w zakamarkach kamiennej pustyni, o poligonie rozmieszczonym w bezkresnych przestrzeniach półwyspu i o pustelnikach zamieszkujących latarnię. Wreszcie docieramy nad przeogromny, jeden z najwyższych w Wielkiej Brytanii klif pionowo opadający do morza. Na jego czubku zawieszona jest konstrukcja latarni zbudowanej w tym samym roku co droga, ozdobiona potężnymi reflektorami i jeszcze większą tubą wysuniętą w stronę morza, by w czasie gdy ziemia i woda spowite są nieprzeniknionymi, częstymi tu mgłami, dźwiękowym sygnałem ostrzegać przed potężnymi skałami przepływające statki.
Podróżując drogami północno-zachodniego wybrzeża na wielokilometrowych odcinkach natkniemy się na drogi, na których dwa auta nie są w stanie się minąć. Stąd i niezwykle liczne, umieszczone niemal na każdym zakręcie, na każdym wzniesieniu niewielkie mijanki. Passing places. Można by o jeździe takimi drogami opowiadać historie. Nie zapomnę tylko wielkich oczu pewnego Brytyjczyka gdy niemal wpadliśmy na siebie samochodami (jadąc pewnie ciut za szybko) na jednym z zakrętów z jak zwykle kiepską widocznością. Ja, kierowany odruchem europejczyka ze stałego lądu, czyli prawostronnego, natychmiast wbiłem się w passing place po mojej prawej stronie. Lewostronny wyspiarz zgodnie z tutejszą logiką i prawami ruchu drogowego wbił się w swoją lewą mijankę. Czyli w tą samą co ja. Uff, było gorąco, ale jakimś cudem uniknęliśmy zderzenia. Biorąc auto z wypożyczalni warto wykupić pełne ubezpieczenie.
I tak mknąc pustymi drogami, mijając lub zwiedzając miejsca tak malownicze jak Summer Isles koło interesującego Ullapool, przepiękny półwysep Applecross (najlepsze owoce morza na całym wybrzeżu w tutejszej gospodzie) z najwyższą w całej Wielkiej Brytanii drogową przełęczą dotrzeć możemy aż na szkocki zachód ozdobiony malowniczą wyspą Sky. Ale zanim zapuścimy się w to miejsce pełne mgieł i wiatrów, urokliwych portowych miasteczek, niezwykłych formacji skalnych czy klifów, jak słynny Kilt Rock z potężnym wodospadem, ruin zamków spoglądających nostalgicznie w bezkresne morze zamknięte na horyzoncie od zachodu Isles of Lewis, okrągłych kamiennych domów pierwszych mieszkańców epoki brązu, restauracyjek będących kuchnią z living room’em pani domu czy zanim ścieżkami wydeptanymi przez owce dotrzemy do którejś z niezwykłych latarni morskich (udostępniających swoje pomieszczenia jako bed & breakfast) odwiedźmy koniecznie Eilean Donan. Uważany za najpiękniejszy ze szkockich zamków wzniesiony został w XIII wieku przez szkockiego króla Aleksandra II. Jego surowa uroda kamiennej warowni osadzonej na wodzie u styku trzech jezior zamkniętych potężnymi górami jest niepowtarzalna. Wykorzystywana byłą jako sceneria wielu filmów w tym z agentem 007. Za niewygórowaną cenę 1000 funtów wynająć można zamek do ceremonii ślubnej.
Ciarki przeszły mnie od stóp do głów gdy pewnego deszczowego popołudnia zamierzałem sforsować długi kamienny most, jedyną możliwość by poprzez potężną bramę budowli zapuścić się w jego mroczne wnętrza. I nie z powodu magii miejsca czy świateł zmierzchu odbijających się w szarej toni jeziora z czarnym zarysem zamku. Tuż obok żelaznej bramy z herbem zamku stojąc w deszczu, ubrany w tradycyjny kilt, spoglądając daleko przed siebie ponad samochodami i głowami turystów, dął w tradycyjne dudy rudobrody Szkot wydobywając dźwięki, którymi zaczarowała mnie Szkocja. I dzięki którym tak chętnie tam wracam. Choćby myślami…

Jerzy Pawleta
Szkocja
Highland

Mały słowniczek szkocko – angielsko – polski
Loch – Lake – jezioro
Glen – valley – dolina

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.