Indonezja. Bali. Tajemnicze miejsca wokół wulkanu Batur.

W muzułmańskiej Indonezji wyspa Bali zajmuje miejsce szczególne. Jest enklawą hinduizmu, skomplikowanej dla Europejczyka religii pełnej bóstw, demonów i niezwykłych rytuałów. I niech nas nie zwiedzie turystyczna otoczka wyspy. To tylko cienka powłoka okrywająca tygiel niezwykłości, jaki oferuje nam Bali. Wystarczy uchylić rąbka tej zasłony, by stać się świadkiem rzeczy ulotnych, niezwykłych.


Wulkan Batur, 1717 m n.p.m., na turystycznej mapie Bali zajmuje coraz bardziej znaczące miejsce. Fantastyczne położenie we wnętrzu rozległej kaldery ozdobionej ogromnym jeziorem leżącym u podnóża góry i łatwa dostępność szczytu powoduje, że chętnych do podziwiania wschodu słońca z krawędzi krateru jest coraz więcej. Widok zdecydowanie wart jest trudu, jaki włożymy w półtorej godzinną wspinaczkę. Jak na dłoni widać błyszczące jezioro zamknięte wyniosłymi szczytami kaldery, zza których wyłania się słońce. Dalej widzimy najwyższy wulkan Bali – Agung 3.031 m n.p.m. Przy dobrej widoczności w dali majaczą wulkany sąsiedniej wyspy Lombok. Wspinaczka wokół dymiącego krateru dostarcza kolejnych wrażeń. Miałem szczęście zdobyć Batur w marcu, podczas pory deszczowej, gdy chmury odgrywają na rozświetlonym porannym słońcem niebie niezwykły spektakl, to odsłaniając fragmenty krajobrazu, to zakrywając widoki gęstą mgłą by nagle, niespodziewanie, ukazać nam piękno rozległego otoczenia w pełnej krasie. W wycieczce towarzyszą nam pojawiające się znienacka małpy, które w miejscach pikników czują się pełnoprawnymi współuczestnikami biesiady. Wybierają również owoce i smakołyki z darów składanych bogom. Mieszkańcy okolicznych wiosek, którzy pod szczytem stawiają niewielkie szałasy w których napić możemy się lokalnej kawy, herbaty czy nawet czekolady na gorąco i co nieco przekąsić, żyją z nimi w pełnej symbiozie. Wędrując wąską krawędzią szczytu wielokrotnie napotykamy szczeliny z których wydobywa się wulkaniczny żar. Wystarczy w taką jamę wrzucić garść suchej trawy, by buchnęła ogniem. Pod szczytem wulkanu można rozbić namiot, z czego chętnie korzystają młodzi turyści. Z zaciekawieniem przyglądają im się małe małpy, licząc na okruchy z pańskiego stołu. Warto schodząc z góry zanurzyć się w gorących źródłach usytuowanych na granicy jeziora. Pięknie zagospodarowany kompleks wielu basenów o różnej temperaturze wody oferuje również przekąski i zimne, lokalne piwo, co po trudach wycieczki jest nie do przecenienia.
Turyści przybywający w ten rejon ograniczają na ogół swój pobyt do jednego noclegu i nocnego wymarszu na wulkan. Minimaliści wpadają na śniadanie lub lunch do oferującego niezwykły widok na całą kalderę, wulkan i jezioro, pamiętającego początki turystyki w tym rejonie, Lake View Hotel. Spożywają posiłek, robią setki zdjęć i jadą dalej. Warto tu jednak zatrzymać się na dłużej. Przekonał mnie do tego dziedziczący po rodzicach wspomniany hotel Kadek Krishna Adidharma. Tak brzmi jego pełne nazwisko, nie pozostawiające wątpliwości jakiego Kadek jest wyznania. Jest on również właścicielem agencji turystycznej Eco Tour Bali. Myślę, że z zamiłowania, nie tylko z rozsądku. Bo to właśnie on opowiadał mi o wulkanie, o wyjątkowej architekturze okolicznych wiosek, o drugiej co do wielkości na Bali świątyni Batur czy o swoich tutaj miejscach magicznych. No i zaraził mnie tymi historiami. Zostałem w Lake View Hotel dłużej. Nie żałuję, zdecydowanie.
Do świątyni Batur wybrałem się z „przydzielonym” mi, niezwykle sympatycznym (informacja dla dziewcząt: i przystojnym) przewodnikiem Mertą. Jako, że odległość nie była duża, zaledwie parę kilometrów, postanowiłem wyciągnąć go na rower (wypożyczalnia na miejscu). Tylko się uśmiechnął. Po pierwszym kilometrze wiedziałem czemu. Było blisko, ale ciągle pod górkę. Czasami bardzo stromą górkę. W Indonezji, jak to na równiku, jest gorąco. W górach kilka stopni mniej, ale też ciepło. Po kolejnych kilku kilometrach spłynąłem potem od stóp do głów. Albo odwrotnie. Merta tylko pytał czy jest OK i czy wziąć mój plecak. No i ciągle się uśmiechał.
Magia balijskich świątyń jest niezwykła. Są niewielkie, acz często bardzo ozdobne świątynie przy każdym domostwie. Są „gminne” w każdej wiosce. Są i takie jak ta, Pura Batur. Najważniejsze. Ściągające wiernych z całej Indonezji. Trafiliśmy na moment przygotowań do kolejnego balijskiego święta. Cała ogromna świątynia była dekorowania. Na setkach rzeźb i figur zawieszano kolorowe materiały i girlandy kwiatów. Stawiano bambusowe konstrukcje ołtarzy. Kobiety wytwarzały niezliczoną ilość bambusowych koszyczków z darami dla bogów. Przybywający wierni modlili się przy licznych kaplicach. Magii miejscu dodawała schodząca z gór mgła, która białym całunem zakrywała jedną po drugiej świątynie ogromnego kompleksu.
Kolejnym miejscem wskazanym przez Kadeka jest schowana w tropikalnym lesie świątynia Pura Nunggu. Można do niej dojść na piechotę, ale to pół dniowa wyprawa. Wsiadamy na najbardziej popularny w Indonezji środek lokomocji, czyli skuter. Krętą górską drogą docieramy w rejon kilku czy nawet kilkunastu świątyń pochowanych w dżungli. Nawet przewodnikowi nie jest łatwo znaleźć właściwą. Pytamy lokalnych ludzi o Nunggu . Mijamy świątynną bramę i już typowo górską ścieżką wspinamy się coraz wyżej. Znowu pytamy o drogę. W końcu jest! Maleńka świątynia w pierwszym momencie rozczarowuje. Zastanawiam się na czym polegał zachwyt Kadeka. Po chwili dociera do mnie wyjątkowość miejsca. Małe rzeźby porośnięte są trawą i roślinnością dżungli. Wykonane są z drewna! Twarze i sylwetki figur nie są podobne do niczego, co kiedykolwiek wcześniej widziałem. Bardziej przypominają zjawy, duchy czy nawet zombie, niż hinduistycznych bogów. Stoją grupami lub pochowane są w zakamarkach kamiennych zmurszałych niskich ogrodzeń, dzielących świątynię pod chmurką na kilka „pomieszczeń”. Udziela mi się atmosfera tajemnicy, mistycyzmu. Nie potrafię wyjść z niezwykłego miejsca, ciągle znajduję nowe szczegóły, nowe figury. Przykuwają uwagę swoimi drewnianymi spojrzeniami spod mchu obrastającego twarze, na których pozostały resztki farby, jaką pokryte były całe sylwetki. Świątynia wyglądałaby na opuszczoną, gdyby nie niewielka grupka maleńkich hinduistycznych rzeźb niemal zakrytych darami. Ktoś tu jednak zagląda. Jak się dowiaduję miejsce ciągle służy do medytacji. Tak właśnie wiele lat temu powstały też rzeźby. Są owocem wyobraźni medytujących. Wracając podziwiamy wspaniałe widoki na wulkan Batur i leżące pod nim jezioro. Jest po prostu pięknie.
Czas na miejsce po którym spodziewam się najwięcej. Cmentarz w najstarszej wiosce Bali, Terunyan. Leży ona dokładnie vis a vis wulkanu. Dostać się można do niej wyłącznie łodzią płynąc z przeciwległego brzegu jeziora. Samochodem napędzanym na cztery koła wyłącznie tylko wtedy, gdy się ma takiego przewodnika jak Merta. Jedziemy wspinając się lub opadając wąziutką, krętą, najpierw asfaltową a potem częściowo szutrową drogą biegnącą wzdłuż wybrzeża mijając rybackie wioski. Krajobrazy są fantastyczne. Nagle telefon. Zawaliło się ogromne drzewo i tarasuje drogę. Musimy wrócić do łodzi. Z trudem zawracamy. Po chwili kolejny telefon. Udało się usunąć drzewo. Możemy jednak jechać do wioski. Wita nas wielka świątynia patrząca wprost na wulkan Batur. Jej charakterystyczne dla balijskich świątyń strzeliste ramiona bramy niemal obejmują wielką górę wystającą z jeziora. Zjeżdżamy na jego brzeg, by z rybakami ustalić cenę przepłynięcia do cmentarza. Mimo, że jest już blisko, jest tak usytuowany, że nie ma innej opcji niż przeprawa łodzią. Stąd już znacznie krótsza, kilkunastominutowa. Cena jest nienegocjowalna, 450.000 rupii za kanu to ok. 30 dolarów. Drogo, ale zamknięta społeczność ma swoje prawa. Rybacy przerywają grę w szachy, którą pasjonowali się wszyscy mężczyźni zebrani w sklepie, a który jest zarazem małą knajpki, by wyznaczyć moich przewoźników. Dzieciaki obserwują mnie z zaciekawieniem, nie przerywając jednak gry w piłkę na placyku przed świątynią. Ktoś myje w jeziorze koguta, by przygotować go do wieczornej walki. Kobiety jakby przypadkiem zaglądają do knajpki, gdzie zawitał nie tak znów częsty o tej porze roku turysta.
We wsi znajdują się trzy cmentarze. Na święty, najważniejszy cmentarz Sema Wayah dostać mogą się wyłącznie nieskalani jakimkolwiek urazem. Ich ciała muszą być perfekcyjne. Jeśli przyczyną zgonu jest nienaturalna śmierć, jak wypadek, samobójstwo czy morderstwo, ciało zmarłego chowane jest pod ziemią w miejscu zwanym Sema Bantas. Niemowlęta, małe dzieci lub osoby, które są już dojrzałe, ale niezamężne, zostają umieszczone w Sema Muda. Wypływamy. Po kilkunastu minutach docieramy do zdewastowanego pomostu. Na brzegu wita mnie tabliczka „Welcome to Kuburan Terunyan” osadzona na fragmencie rozpadającej się ceglanej bramy i ludzka czaszka na małej tacy tuż pod nią. Obok czaszki znajdują się dary dla bogów. Tradycyjny koszyczek z kadzidełkami i kwiatami oraz monety i jeszcze jakieś drobiazgi. Mój flisak dorzuca od siebie papierosa. Jeśli on lubi zapalić, to dlaczego bóstwo miałoby nie lubić? Wchodzimy na teren uświęconego cmentarza. I znowu nie mogę powiedzieć, by mnie oczarował. W oczy rzuca się ogólny rozgardiasz pośród równikowej roślinności, która wręcz spływa ze stromych zboczy góry Abang, do której przylega wioska i cmentarz. Dziwne, „namiotowe” bambusowe konstrukcje z zamocowanymi nad nimi w bezładzie spłowiałymi kolorowymi parasolkami otoczone są czymś, co wygląda jak śmietnik. Mój przewodnik tłumaczy, że to pozostałości po darach, które wszędobylskie małpy porozrzucały w poszukiwaniu żywności. Znajdziemy tu wszystko. Od żywności poprzez ubiory po elementy dobytku zmarłych. Dopiero po chwili zauważam szereg czaszek poukładanych starannie na resztkach kamiennego muru. Obok leżą ludzkie kości. Wielkie drzewo tworzy nad nimi kolejny, tym razem naturalny parasol. Grobowców jest zaledwie jedenaście. Dawni nieboszczycy muszą ustąpić miejsca kolejnym zmarłym. Stąd sterty czaszek pod drzewem. Podchodzę bliżej do bambusowych konstrukcji. Każda wywieszone ma równie spłowiałe jak parasolki zdjęcia zmarłych. Wnętrza kryją leżącego na wznak nieboszczyka. Lub raczej to, co z niego pozostało. Czaszki i resztki kości udrapowane są rozkładającym się białym materiałem, którym zostały okryte po ceremonii poświęcenia. Wstrząsający obraz. Natomiast w ogóle nie czuję nieprzyjemnego zapachu rozkładających się ciał. Jest to możliwe dzięki owemu ogromnemu drzewu o nazwie Taru Menyan, gdzie Taru oznacza drzewo, a Menyan – pachnące, występującemu wyłącznie w tym miejscu. Stąd zapewne i nazwa wioski (dawniej Tarumenyan). Nie ma żadnego naukowo udowodnionego powodu, dlaczego drzewo nie przyjmuje się w żadnym innym miejscu. Jego specyficzne właściwości zabijają nieprzyjemny zapach zmarłych. Zadziwiające. Na cmentarz Sema Wayah wstęp mają wyłącznie mężczyźni. Legenda mówi, że gdy z mężczyznami przypłynęła na cmentarz kobieta, ziemia góry Abang osunęła się na wioskę, niszcząc wiele domostw.
Brzegiem jeziora a potem chaszczami przebijam się do niemal przylegającej do cmentarza małej świątyni, również zagarnianej przez naturę. Ta już zdecydowanie bardziej przypomina balijskie miejsca kultu. Choć i tu atmosfera bliższa jest filmom grozy niż religijnemu skupieniu. Czmychające znienacka małpy potrafią przestraszyć, a bałagan, który po sobie pozostawiają powoduje wrażenie niepokoju. Dziwne miejsce, równie fascynujące co przerażające. Z pewną ulgą przyjmuję fakt, że moi przewoźnicy podpłynęli pod bramę świątyni i wsiadłem do łodzi. Odpływamy. Architektura nekropolii maleje na tle rosnącej w oczach góry i całej kaldery, pozostawiając mnie w głębokiej zadumie nad niezwykłością zwyczajnego wydarzenia, jakim jest ludzka śmierć.

Jerzy Pawleta,
Indonezja, Bali, Batur

Powyższe pliki również możesz zakupić korzystając z formularza po prawej stronie.

O autorze

Jestem autorem wszystkich zdjęć, artykułów i materiałów wideo załączonych na stronie www.jerzypawleta.pl. Zabrania się publikowania zdjęć ze strony www.jerzypawleta.pl w pejoratywnym kontekście w stosunku do przedstawianych ludzi, miejsc czy zdarzeń.